Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Wyniki generalki po Świnoujściu
26 września 2010
Podsumowanie Klana za 2010
2 października 2010

piątek – 24.09.2010
Na piątek wzięliśmy dzień urlopu. Do Świnoujścia mieliśmy daleko, ponad 300 km, w dodatku nigdy tam nie byliśmy. Jeśli chcieliśmy poznać miasto, musieliśmy wyjechać odpowiednio wcześniej.

W piątek budzik zadzwonił o 6.00 rano. Godzina – jak na urlop – szalona. Około 8.00 siedzieliśmy już w aucie i jechaliśmy na maraton. Jak to zwykle w drodze „do” prowadziłam ja. Tradycyjnie też jedliśmy ciastka i orzeszki.

Wszystko przebiegało zgodnie z utartym schematem i tylko wrażenie, że lekko boli mnie ząb burzyło zwykły porządek. Ten ząb nie powinien mnie boleć – był truty kilkanaście lat temu i zgodnie z tym co mówili mi dentyści nie miałam prawa czuć żadnego bólu. Starałam się więc ignorować ból, tłumacząc sobie, że to pewnie mi się tylko zdaje.

Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko: ból był coraz mocniejszy, promieniował do ucha i do skroni, zęba nie dało się dotknąć. Tego już nie szło zignorować. Sytuacja nie do pozazdroszczenia – taki pech tuż przed ostatnim maratonem w sezonie, w dodatku w miejscu, którego kompletnie nie znaliśmy. Z pomocą siostry siedzącej przed kompem w Poznaniu zdobyłam namiary na kilku stomatologów w Świnoujściu.

Było przed 16.00, kiedy w gabinecie dentystycznym usłyszałam diagnozę: zgorzel. Po paru dniach od tamtego popołudnia mogę stwierdzić, że miałam szczęście. Dzwoniąc do pierwszego z brzegu gabinetu dentystycznego, trafiłam na dobrego specjalistę, który zęba nie wyrwał, ani nie zniszczył nieumiejętnym leczeniem. Na fotelu spędziłam półtorej godziny, podczas której pod mikroskopem miałam opracowany ząb.

Z gabinetu wyszłam obolała, lekko spuchnięta i z mocno odchudzonym portfelem. Stomatolog wiedząc, że zamierzam dnia następnego jechać w maratonie zalecił mi bym nie brała antybiotyku, który standardowo w takim wypadku przepisuje. Poinformował mnie, że dolegliwości bólowe mogę mieć jeszcze przez kilka dni. Życzył mi również powodzenia na wyścigu.

Z gabinetu dentystycznego do biura zawodów i kempingu Relax, gdzie mieliśmy nocleg było bardzo blisko. W pobliskim sklepie kupiliśmy dla mnie papkowate niewymagające gryzienia jedzenie i pojechaliśmy na kemping. Ledwo co zaparkowaliśmy, spotkaliśmy Martę S. – chwilę sobie pogadałyśmy. Potem było przenoszenie gratów do domku i wizyta w biurze zawodów, z którego odebraliśmy pakiety startowe. Wieczorem poszliśmy jeszcze na spacer po plaży. Potem, wymęczona bólem, trochę pospałam. Krzysiu obudził mnie tuż przed odprawą, na którą razem poszliśmy.

sobota – 25.09.2010
Rano pogoda była wczesnojesienna. Było mgliście i szaro, ale ciepło (14 stopni C). Nie padało i nie wiało. Warunki na rower, jeśli nie brać pod uwagę mgły, idealne. Zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy rowerami na prom, bo start był po drugiej stronie Świny. Wraz z moją grupą wystartowałam o 8.36.

Początek był dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Myślałam, że po przygodach z zębem oraz nadal z lekkim kaszlem będzie mi się jechało ciężko. Tymczasem jechało mi się świetnie. Co prawda jechałam sama, bo moja grupa prawie cała mi uciekła (wyprzedziłam z niej tylko 2 osoby), ale co to była za jazda! Nie czułam wcale, że jadę, kręciłam z cudną lekkością. Niedaleko przed Międzyzdrojami dogonił mnie Krzysiek, który startował po mnie, zanim jednak to się stało, podczas samotnej jazdy łyknęłam kilka osób.

Tuż za Międzyzdrojami zaczęły się pagórki. W zasadzie można stwierdzić, że był to jeden przydługawy podjazd z elementami zjazdu, który wyniósł nas na wysokość 79m n.p.m. i którego nastromienie początkowo wynosiło 1%, potem oscylowało w granicach 3-6%, osiągając maksymalnie 7%. Tyle jeśli chodzi o suche dane licznikowe. W praktyce oznaczało to jedno: zwalniamy. Po drodze wyprzedziliśmy Andrzeja Gońskiego, który po mojej zachęcie usiadł nam na chwilę na kole.

Po prawej stronie mieliśmy Woliński Park Narodowy. Zachwycał nie tylko piękny bukowo–dębowy las, ale też ogromne, metrowe paprocie! No i grzyby, pełno grzybów. Było je widać z szosy, więc w środku lasu pewnie było ich całe zatrzęsienie. Dalej, kiedy pokonaliśmy podjazd za Międzyzdrojami było już dość płasko. Pojawiały się raz po raz jakieś wzniesienia, ale były one bardzo łagodne. Trzeba też przyznać, że asfalty były doskonałej jakości. Kiedy tak szperam w pamięci, dochodzę do wniosku, że pod tym względem Świnoujście może konkurować chyba tylko ze znajdującym się na drugim końcu Polski Polańczykiem, w którym cykl Maratonów Pucharu Polski kończył się w roku ubiegłym.

Cały czas jechało nam się bardzo dobrze, z autentyczną radością patrzyliśmy na liczniki, które wskazywały, że nasza prędkość średnia cały czas rośnie. Na czterdziestym – którymś kilometrze trasy wyprzedziliśmy Manuela, a chwilę później Janka Ambroziaka. Potem Manuel nas dogonił i współpracując, we trójkę, wjechaliśmy na bufet w Wolinie.

Ten punkt żywieniowy zasługuje na najwyższe pochwały, bo był perfekcyjny. Tak świetnego bufetu nie spotkałam na swojej drodze nigdy wcześniej. Były do wyboru: woda, kawa, herbata, z możliwością dosłodzenia, arbuzy, banany, batoniki no i prawdziwy hit: kanapki w kilku smakach. Cudowne były te kanapki, bardzo smaczne i co ważne dla mnie z świeżo zaleczonym, jeszcze obolałym zębem – łatwe do gryzienia. Do tego wszystkiego – przesympatyczna obsługa. Gdyby to nie był wyścig, to bym tam pewnie na pogaduchach została dłużej.

Manuel z bufetu ruszył przed nami. W międzyczasie wjechała Marta S. Mówiła, że mimo, że zapisała się na dystans mega, planuje zakończyć wyścig po jednej pętli, czyli na mini. Ja też zmieniłam plany: zapisana tradycyjnie na giga, w powodu chorego zęba miałam jechać mini ale, że pierwsza pętla szła ładnie, to zdecydowałam się jechać na drugie okrążenie. Jako pasibrzuch przyznaję, że do jazdy na drugiej pętli skusiła mnie dodatkowo wizja ponownej wizyty na bufecie w Wolinie…..

Z bufetu ruszyliśmy przed Martą, która ostatecznie aż do mety nas nie dogoniła. Po pierwszej pętli, na mecie miałam średnią 27,8 km/h. Na drugiej pętli zaczęło wychodzić ze mnie zmęczenie. Już nie jechało się tak cudownie lekko i trochę słabowałam. Na podjeździe za Międzyzdrojami nie wyprzedziliśmy nikogo. Potem po drodze udało nam się łyknąć kilka osób, ale było ich niewiele.

W dodatku zaczęła się wyraźnie psuć pogoda. Cały czas było mgliście, pojawił się też lekki wiaterek i wszystko wskazywało na to, że lada chwila zacznie padać. Niedaleko przed bufetem w Wolinie dogoniliśmy Ulę Zadworną. A potem po raz drugi Manuela. Okazało się, że miał jakąś usterkę rowerze i na bufecie dowiedzieliśmy się, że w związku z tym pojedzie na mega, a nie jak planował giga. Wkrótce na bufet dojechała Ula, która szybciutko się uwinęła i ruszyła z niego przed nami.

Po posileniu się, ruszyliśmy w drogę. Przed nami było do pokonania wiele km krajową drogą nr 3. Miała ona co prawda szerokie pobocze ale i tak nie czuliśmy się na niej zbyt komfortowo, zwłaszcza, że na drugiej pętli ruch samochodowy jakby się wzmógł. Nieciekawa, szaro – bura pogoda (zaczęło kropić) i pędzące trójką auta utwierdziły nas w przekonaniu, że zakończenie maratonu po dwóch pętlach będzie dobrą decyzją. Dość szybko dogoniliśmy Ulę, która jechała z kimś w duecie (wtedy nie wiedziałam kto to).

Niedługo po tym, na świeżo zrobionym i jeszcze niedokończonym odcinku drogi nr 3 coś zaczęło stukać w rowerze Krzysia. Stuk dochodził z tylnego koła i przypominał odgłos kamyka wbitego w bieżnik opony, uderzającego w asfalt. Przeleciało mi nawet przez myśl, że to może być kapeć, ale opona nie była flakowata. Stukało cały czas i Krzysiu zatrzymał się, żeby zobaczyć co to. Okazało się, że jednak kapeć. W tylnym kole. Zatrzymał się na wymianę dętki, a ja pojechałam dalej. Sama, bez jednego nawet batonika i podstawowych narzędzi do naprawy roweru. Wszystko to zostało u Krzysia.

Od tego momentu moja prędkość zaczęła spadać. Samotna jazda w deszczyku i pod wiatr wcale nie jest fajna. 27,1 km/h, 27,00 km/h, 26,9km/h…. prędkość średnia leciała w dół na łeb na szyję i zatrzymała się na 26,7km/h, kiedy wjeżdżałam na metę. Zanim jednak wjechałam na metę, od momentu gdy zostałam sama miałam do pokonania 25 km. Zaczęli mnie doganiać Ula i jej towarzysz. Jechali potem za mną w odległości mniej więcej 200 – 300m (ostatecznie mnie nie dogonili).

Raz po raz oglądałam się za siebie w nadziei, że zobaczę pędzącego Krzysztofa, była to jednak płonna nadzieja. Na metę wpadłam około 15.30. Głodna i mokra od mżawki. Dowiedziałam się tam, że w mojej kategorii wiekowo – rowerowej jestem pierwsza (i jedyna), natomiast open na dystansie mega wśród kobiet jestem druga (za Beatą Tulimowską). Zaraz po mnie na metę wjechała Ula, kilka długich minut później (już się niepokoiłam) Krzysztof.

Z licznika wyszło mi:

Czas ……………………………..06:27:36 (czas brutto: 06:45:27)
Dystans ………………………….172,82 km
Prędkość średnia ……………….26,7 km/h
Prędkość maksymalna ………..46,0 km/h
Temperatura minimalna …………13ºC
Temperatura maksymalna ………18ºC
Przewyższenie ………………………599 m
Wysokość maksymalna ………….79 m
Nachylenie średnie ………………….2%
Nachylenie maksymalne ………….7%

Dominującym tematem na linii mety był bardzo oczekiwany wjazd czołówki z giga – mieli się pojawić lada chwila. Ten finisz był prawdziwie widowiskowy: na metę jechała grupa. Zdzisław Kalinowski chyba nie zdołał się dobrze ustawić i aby wywalczyć dobre miejsce poleciał przez krawężnik (dał się słyszeć głośny wystrzał – złapał kapcia z tyłu) i dalej, z tym kapciem leciał na metę przez trawnik. Cóż to był za widok! Ostra walka do samego końca.

Jazda na dystansie krótszym niż giga ma tę zaletę, że na mecie jest jeszcze jedzenie. Poza tym jest czas żeby się ze spokojem ogarnąć i przygotować do pomaratonowej imprezki. Imprezka zaczęła się około 20.00. Kiedy wyszliśmy z domku, przy stolikach było już kilka osób, m.in. Magda Janiszewska, do której się przysiedliśmy. Stopniowo zaczęło się robić coraz bardziej tłoczno. Byli między innymi: Beata z kolegami z WTRu, Irena Kosińska z Krzysztofem Łańcuckim, Jan (nazwiska nie znam), zwycięzca tegorocznego Bałtyk – Bieszczady Tour – Bogusław Kramarczyk, Jan Ambroziak, siedzący nieco z boku Łukasz Jasianowski i wiele innych osób. W bardzo miłej atmosferze spędziliśmy kilka godzin.

niedziela – 26.09.2010
Uroczyste wręczenie pucharów odbyło się w muszli koncertowej. Wszystko zaczęło się z małym opóźnieniem o 10.30. Najpierw dekorowani byli zwycięzcy wczorajszego maratonu na poszczególnych dystansach w kategoriach wiekowo – rowerowych. Potem zwycięzcy na poszczególnych dystansach open – bez podziału na kategorie wiekowo – rowerowe.

Uroczyście uhonorowani zostali ci, którzy przejechali tegoroczny Bałtyk – Bieszczady Tour – otrzymali oni koszulki, na których nadrukowana była mapa Polski z zaznaczoną trasą. Każda koszulka była imienna i z podanym czasem przejazdu – piękna pamiątka z tej morderczej imprezy. Cały czas niepokonany rekordzista trasy – Zdzisław Kalinowski otrzymał piękny Puchar Przechodni.

Potem przyszedł czas na wręczenie Pucharów Polski za rok 2010 w kategoriach wiekowo – rowerowych, a na samym końcu wręczane były Puchary Polski za rok 2010 w klasyfikacji generalnej kobiet i mężczyzn. Była to szczególnie miła chwila dla sześciu osób: Ireny Kosińskiej, Beaty Tulimowskiej, Andrzeja Głowackiego, Rafała Dykcika, Zdzisława Kalinowskiego oraz dla mnie. Nasze puchary były wyjątkowo okazałe – ciężkie i wysokie (mierzyłam swój – jest wysoki na 45cm). Po dekoracji pamiątkowa fotka całej szóstki i tak oto zakończyliśmy tegoroczny cykl szosowych maratonów rowerowych.

Marzena Szymańska

Zdjęcia z galerii Darka Bielenisa.

Facebook