Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Był czas na podziwianie wodoków
20 kwietnia 2007
Informacje dotyczące Maratonu w Bogdańcu
24 kwietnia 2007

Marek Konitz

Przygotowania zacząłem podczas Świąt Wielkanocnych – trening w warunkach obniżonego ciśnienia, w Górach Sowich (w końcu aż 900m). Potem jeszcze inhalacje z czystego tlenu, trochę anabolików, mała transfuzja krwi i można jechać!

Po starcie ruszamy dość ostrym tempem. Na pierwszej krzyżówce już pierwszy błąd nawigacyjny – zamiast w stronę Szczecina prowadzący skręca na Świnoujście. Po krótkim zamieszaniu część grupy pędzi mocno do przodu, zostajemy w cztery osoby – ja i kolega na szosówce oraz dwóch kolegów na mtb (widać skończył się potencjał moich środków dopingowych). Zgodnie stwierdzamy, że tempo zasadniczej grupy nie nadaje się dla nas na 240km. W cztery osoby docieramy do pierwszych wzniesień za Międzyzdrojami. Z niepokojem zauważam, że mam rozlegulowaną przerzutkę i nie mogę użyć największej tarczy na podjeździe. Grupa odchodzi na kilkadziesiąt metrów ode mnie, ale wciąż mam nadzieję dogonić ich na zjeździe – niestety w tym momencie spada mi łańcuch i muszę się zatrzymać. Stwierdzam, że nie będę się spinał na początku trasy i nie próbuję gonić kolegów. Odtąd jadę sam, swoim tempem. Chwilę później mijam legendę maratonów Pucharu Polski – pana Jana Ambroziaka. Na moje pozdrowienie odpowiada Szczęść Boże i jedziemy dalej.

Druga pętla, wciąż samotna, mija pod znakiem obserwacji ornitologicznych. Przejeżdżając przez las za Wisełką spotykam żywe wcielenie naszego godła – Orła Bielika! Cóż za niesamowity ptak! Czeka na skraju lasu i na mój widok leci w głąb. Z początku miałem jeszcze wątpliwości, ale w domu na spokojnie porównuję zdjęcia i jestem prawie pewien, że to był młody Bielik. Dojeżdżając do Łuskowa zauważam jeszcze na polu flirtujące czajki, kilka bocianów, i sporo innych ptaków, których niestety nie potrafię nazwać. Doganiam kolegę z numerem 173. Przez jakiś czas jadę mu na kole, potem chcę dać zmianę, ale chyba nie zrozumiał mojej intencji i został w tyle. Po przyjechaniu na metę chwila oddechu. Mam okazję obserwować widowiskowy finisz grupy Tomka Widuchowskiego i Zdzisława Kalinowskiego (z tym pierwszym jechałem samochodem z Gdańska, drugiego rozpoznaję po napisie na spodenkach). Jak to mówią komentatorzy sportowi, widać po chłopakach sportową złość – również grymas bólu, widać, że dawali z siebie wszystko.

No tak, oni już skończyli cały dystans, a ja dopiero wyjeżdżam na trzecie kółko… Na bufecie w Międzyzdrojach zabawiam odrobinę dłużej – bardzo przyjemnie się rozmawia. Międzyczasie dojeżdża Beata z numerem 10 i Michał ze 173. Tym razem proponuję świadomie wspólną jazdę i czekam na kolegę jeszcze parę minut. Przez pierwsze kilka kilometrów Michał jedzie bardzo nierówno i dość wolno, zastanawiam się, czy mu się nie urwać, ale stwierdzam, że będzie przyjemniej we dwójkę. Po skręcie w kierunku na Wolin robimy krótką przerwę w lesie. Międzyczasie mija nas Beata. Korzystając z osłony lasu m.in. przelewam wodę z butelki do bidonu. Gdy ruszamy ponownie, sytuacja zmienia się radykalnie i jedziemy już bardzo równo, osiągając momentami 39km/h. Doganiamy Beatę, która przez ładnych kilka kilometrów trzyma się nam na kole. Przed Wolinem na moment zostaję w tyle, ale doganiam Michała, chwilę odpoczywam na kole i do bufetu dojeżdżam już na czele. Odpoczywamy dłuższą chwilę, ja nie mogę się oprzeć kanapkom. W tym czasie dogania nas Beata. Beata jedzie pierwsza, po krótkiej chwili my też ruszamy. Nie jedzie mi się już niestety tak dobrze (może to nadmiar kanapek?) i po 10km Michał zostawia mnie z tyłu. Dojeżdżam sam na metę, trzymając tempo ok. 28km/h.

To była moja pierwsza impreza tego typu i już teraz wiem, że nie ostatnia. Tempo miałem, hm, raczej bardziej niż powolne, ale co tam, jestem zadowolony, że przejechałem dystans. Zdając sobie sprawę, że jestem bardziej przygotowany teoretycznie, głównie po lekturze forum, niż praktycznie, bałem się przeforsować na początku, chciałem zachować siły na cały dystans. Do następnych imprez postaram się trochę potrenować i odrobinę przyspieszyć, choć i tak będę raczej walczył z samym sobą, a nie z innymi, ale to chyba również cel maratonów szosowych?

Pozdrowienia!
Marek Konitz

Facebook