Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Wyniki PP po maratonie w Świnoujściu
20 września 2008
Maraton Rowerowy Dookoła Wyspy Wolin… wrażenia po
22 września 2008

Gdy ostatni zawodnik znika za metą Tour de Pologne, wyścig zyskuje nowe życie, to ukryte przed oczami kibiców.

Na dodatek tour zaczyna żyć w wielu miejscach na raz, czasem bardzo odległych od startu czy mety.

W środę w nocy pojechaliśmy z Lublina, gdzie skończył się czwarty etap, aż do Kazimierza Dolnego, by przyjrzeć się pracy mechaników ekipy Liquigas Gaspol. Legendarnych mechaników. Nazareno Berto to człowiek, który jeździł w jednej drużynie z kolarzem wszechczasów Eddym „Kanibalem” Merckxem.

Gianni di Lorenzo dotrzymywał tempa dwukrotnemu zwycięzcy Giro d’Italia Giuseppe Saroniemu. Jeździli z Czesławem Langiem, Lechem Piaseckim, Ryszardem Szurkowskim. Teraz składają i rozkładają rowery. Dzień w dzień, przez większą część roku, czasem do późnej nocy.

Każdy duży zespół ma specjalną ciężarówkę dla mechaników. Większość jest podzielona na dwie części: warsztat i pralnię. Królestwem Nazareno i Gianniego jest warsztat wypakowany supernowoczesnym sprzętem.

Liquigas Gaspol do Polski przywiózł 24 rowery, w tym osiem do jazdy na czas. Sama rama takiego cuda techniki kosztuje ponad osiem tysięcy złotych. Cały rower z osprzętem jakieś 25 tys. Ekipa dźwiga ze sobą także zapasowe części, w tym koła. Jedno, karbonowe, to koszt pięciu tysięcy złotych. Nazareno pokazuje je z dumą i poleruje szmatką.

– Po każdym etapie muszę dokładnie wyczyścić rowery, a potem je nasmarować – mówi Berto. To mit, że po etapie maszyna rozbierana jest na części i składana od nowa. Dokonuje się jedynie drobnych korekt, choć nie zawsze jest tak łatwo.

Di Lorenzo wspomina ciężkie etapy górskie. Noc przed takim wyzwaniem dla kolarzy on spędza w samochodzie, zmieniając koła zębate na koła odpowiednie w stromych górach. Wczoraj jak prestidigitator żonglował jednak kluczami, śrubokrętami, wywijał dmuchawą ze sprężonym powietrzem. – Wszystko musi być wyregulowane i ustawione na rano – dodaje Berto.

To zegarmistrzowska praca. Zawodników jest ośmiu, każdy ma inne ustawienia: wysokość, a nawet kąt nachylenia siodełka i dziesiątki innych drobiazgów. Wszystko trzeba sprawdzić, porównać z odpowiednią tabelką. Mechanicy uwijają się w milczeniu. Ciszę na parkingu mąci tylko hałas agregatora prądotwórczego i szum pralki. W dali słychać jeszcze odkurzacz.

Po etapie wypucować trzeba wszystkie pojazdy, łącznie z luksusowym autokarem dla zawodników. To ruchomy dom na kółkach z małym gabinetem i salonem, kuchnią, łazienką, anteną satelitarną. Ekipa ma takie dwa. Do Polski przyjechał i tak mniejszy, gdyż bardziej luksusowy porusza się po hiszpańskich drogach na Vuelcie.

W autokarze panuje demokracja, nikt nie ma specjalnych przywilejów, choć Franco Pellizotti ma prawo wybrać sobie fotele z przodu. Kanapy cieszą się mniejszym prestiżem.

Gdy nad Kazimierzem gęstnieje noc, parking błyszczy jeszcze z daleka halogenowymi lampami ustawionymi przed stanowiskami mechaników. Nad autami unoszą się kłęby pary z wody używanej do mycia sprzętu. Pobudka bladym świtem. Rowery trzeba wyjąć z ciężarówki, rozstawić na samochodach technicznych, jeszcze raz sprawdzić i gnać do kolejnego miasta.

Oskar Berezowski

Źródło: Polska The Times.

Facebook