Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Maraton Gryfice 2008
6 maja 2008
Awaria
21 maja 2008

napisał poziomy

Już przed laty, gdy jeździłem na klasycznej szosówce, koledzy sugerowali, że powinienem startować, bo mógłbym być pretendentem do jakiś wygranych. Nigdy nie czułem takiej potrzeby, choć podświadomie wiedziałem, że chyba nie byłbym ostatni, bo nikt ze mną nie chciał jeździć…dla znajomych byłem „troszkę za mocny”.


Gdy w 2004 roku zbudowałem pierwsza poziomkę zacząłem pokazywać sie na wycieczkach REWORU. Pomimo wielokrotnych namów ze strony znajomych z tego klubu na start w zawodach ja z uporem maniaka odmawiałem mówiąc „Ja w zawodach nie startuję.” Oni jednak nie ustawali w wysiłkach by mnie przekonać. Jednym z argumentów, jaki podawałem to ten, że” jeżeli wygram to nikt nie uwierzy, że jestem dobry tylko powiedzą ze wygrał mój rower” i niestety jak się miało okazać, przeczucie mnie nie myliło.


W swym postanowieniu byłem twardy…do czasu, gdy Trzebnicę włączono do cyklu PP.
Na zeszłorocznej edycji chcąc choć trochę zasmakować atmosfery postanowiłem podczepić się (nie startowałem, jako zawodnik tylko obserwator) pod grupę szosowców (chcąc spróbować z „mocnymi”), w której startowali dwaj moi „Reworowi” koledzy Maciek W. i Przemek K. . Jechałem wciąż na końcu grupy by nie przeszkadzać pełnoprawnym uczestnikom. Na przodzie tempo narzucali, o ile dobrze pamiętam, koledzy z Ostrowa ( Grzesiu Bogdajewicz…) i jeden z Szerszeni :) Początkowo podobało mi się, jednak im bliżej Milicza tempo stawało się momentami coraz szybsze i kolejne osoby odpadały z grupy. Ja jednak wciąż walczyłem o utrzymanie sie za prowadzącymi.

Tuż przed Miliczem nastąpiło takie „szarpnięcie”, że przez 2-3 minuty musiałem gonić samotnie 44-47 na godz. Do Milicza grupa liczyła juz tylko 5 osób i ja. Niestety tutaj skończyła sie dla mnie sielanka podjazd w Wierzchowicach to była masakra, jeszcze nigdy nie czułem się tak wykończony…Czołówka pognała do przodu a ja już czułem, że mam „pozamiatane”. Próbowałem jeszcze gonić na zjeździe, ale o drobieniu strat nie było mowy. Jechałem więc samotnie… Lecz kolejne górki stawały nie dla mnie ścianą nie do przebycia. Niedługo potem zaczęli mnie mijać zawodnicy, którzy wcześniej odpadli z grupy głównej, potem… kolejni… i kolejni, kto mnie mijał ten pamięta.


Za Złotowem poddałem sie:( …zacząłem robić zdjęcia. Po pewnym czasie ruszyłem znowu…Dojeżdżam do miejsca z napisem KOZA PIERDZI…… Pierwszy raz w życiu nie mam siły podjechać…Padaczka zsiadam z roweru i pcham: ( zatrzymuje się i znowu zaczynam robić zdjęcia. Patrzę jak wszyscy są lepsi ode mnie..Oni podjeżdżają. Z mozołem ruszam dalej i znowu przerwa na parę fotek. Przegania mnie Przemek Kotowicz, który wcześniej złapał gumę… Mobilizuje się doganiam go i razem docieramy do mety…ponad 4 godz…porażka :(
Wnioski: może i jestem dobry na płaskim, ale na górkach…Szkoda gadać… pocieszam się tylko, że może to echa mojego sierpniowego maratonu 618km w 24godz.


Od października do marca z różnych powodów nie mogę trenować.
Od początku marca ruszam pełna parą…choć nie mam żadnych nadziei, że zdążę do 10 maja.
Zaczynam od jazdy na góralu po wałach nad Odrą. W deszczowe dni „ryję” na trenażerze. Treningi przeprowadzam z ciągłą rejestracją akcji serca, potem analizuję programem Firstbeat Technologies . Z programu wynika, że trenuję na granicy przetrenowania…często trenuję wbrew zaleceniom programu…nie mam czasu jednak na spokojne budowanie bazy…Musi starczyć wrodzona wydolność, jedyne, na czym się skupiam to poprawa mocy, przecież muszę jakoś dać radę „tym górkom”.
Mijają dni, poprawia sie pogoda… porzucam treningi na góralu, na którym zdążyłem zrobić tylko około 600 km, przesiadam sie na poziomkę. Podstawowa trasa treningowa na trasie przyszłego maratonu Wrocław Skarszyn Skotniki Cielętnik Złotów Grochowa Zawonia znowu Cielętnik Węgrów Krakowiany Boleścin i Wrocek. W mokre dni dalej trenażer… Jedynie spotkania z Reworem przejeżdżam w spokojnym tempie. Krzysiu Łańcucki widział na wykresach, czym się różnił mój dzień treningowy od jazdy z Reworem. Wciąż nie mam pewności czy wystartuję w Trzebnicy, testy wydolnościowe wypadają kiepsko. Myślę jednak, że bez względu na to czy pojadę czy nie forma może sie przydać…Kupiłem GPS-a i planuję jakiś wypad w Polskę. GPS-a również wprzęgam do analizy treningów, przy pomocy programu Sport Tracks sprawdzam i porównuje zachowanie na podjazdach itp.
Nadchodzi maj…Przeglądając Internet natrafiam na informacje o czasówce w Żmigrodzie. Zawozi mnie żona (nie mam prawa jazdy) pytanie do sędziów czy w regulaminie jest ograniczenie co do rowerów pada odpowiedź –nie, nie ma. Rozpakowywuję się i wyjeżdżam na rozgrzewkę…Wracam i natychmiast podchodzi do mnie sędzia z informacją Nie możesz startować!!! Nie będziesz klasyfikowany. Żona nie może zrozumieć „zmienności sędziego” przecież to właściwie jazda o „zieloną pietruszkę” żadnych punktów czy coś w tym stylu…uspokajam ją i mimo wszystko postanawiam pojechać.
Daję z siebie wszystko… średnie tętno z jazdy 168 ud/min, czyli ponad 95% max aż sie dziwię, że nie padłem na serce… jednak na mecie jestem szczęśliwy 19.3km w 26min 7sek, śr około 44.3 km/h. Okazuje się, że wykręciłem najlepszy czas. Sędziowie postanawiają mimo wszystko mnie wyróżnić, dostaję pucharek uznania…Zawiedziony jestem jednak jego uzasadnieniem a właściwie jego brakiem… Nie było ani słowa o mojej chęci rywalizacji, ani o wyniku (czyżby nie chciał denerwować pozostałych uczestników) dostałem tylko za to, że jechałem na poziomie. Przyznam się, że nie cierpię wyróżnień jedynie za swoją „inność” bez zaznaczenia wyniku, bo pozbawia mnie to całkowicie zapału do rywalizacji sportowej, mam wrażenie, że niewarte były wysiłki, bo gdybym nawet przyjechał ostatni, to teoretycznie też mógłbym dostać taka nagrodę. Oczywiście po wymienieniu czasu konieczne byłoby wyraźne zaznaczenie, że mój rower pozwala na osiąganie nieco lepszych wyników (nie aż tak bardzo jak się niektórym wydaje), przez co inni zawodnicy nie powinni się czuć pokrzywdzeni. A tak niektórzy z obserwatorów napewno mieli wrażenie, że nagrodę dostałem za rower.
Chcę żeby było jasne, jeździłem lub jeżdżę na wszystkich typach rowerów i dokładnie sobie zdaję sprawę ile kosztuje wysiłku jazda na każdym z nich. Więc nawet jak czasem wygrywam z Wami „nie poziomami” jestem pełen podziwu dla wszystkich z „tyłu”.
Przez tydzień waham się czy warto startować w Trzebnicy, zapisuje się w ostatniej chwili na 3 dni przed maratonem. Obawiam się podobnego podejścia sędziów do mojego startu, do tego ciągle mnie szarpie jak można było włączyć „poziomy” do kategorii INNE… na górkach wprawdzie szanse sie wyrównują z przewagą dla MTB, jednak na płaskim to jak zestawienie Davida z Goliatem. Zdaję sobie sprawę z tej nierównej walki, lecz nie mam innego wyjścia, to jedyna możliwość by wystartować. Startuję bez przemyślenia konkretnej taktyki. Początkowo zamierzam w grupie poczekać na startujących za nami szosowców. Jednak już pierwszy zjazd ulicą Prusicką sprawia, że koledzy zostają z tyłu (na zjazdach mam największą przewagę, bo i aerodynamika lepsza a i ciężar mój i mojego rowerka (w sumie około 100 kg) robi swoje. Szybko podejmuję decyzje, że będę jechał sam tak długo jak się da, gdy mnie dogonią to spróbuję się podczepić…i utrzymać…czego nie do końca jestem pewien po zeszłorocznych doświadczeniach :(
Licznik w rowerze zaczyna mi pokazywać „pierdoły” i muszę sobie „darować” jego wskazania…
Przyjmuję że będę jechał na pulsometr, po około godz. ustalam ze będę jechał na tętnie 85-87 % max (na wyższym długo nie pociągnę).
Widzę, że prędkość mam chyba niezłą, bo raz po raz mijam kolejnych zawodników. Samotna jazda ma tę zaletę, że widzę wszystkie dziury przed sobą wiec wybieram optymalną „trajektorię”, czasem nawet zjeżdżam na lewy pas ruchu a w lusterku podglądam czy nie jedzie samochód z tyłu.
Co jakiś czas zerkam na stoper w pulsometrze, aby nie zapomnieć o upływie czasu i konieczności „jedzenia” i picia. Jedzenia w cudzysłowie, bo to w półtoralitrowej butelce, w sakwie za sobą, mam 4 zmiksowane banany plus pół słoika miodu z wodą…druga półtoralitrowa butelka to ‚picie” czysta woda „Staropolanka”.
Jazda upływa dość monotonnie…Widzę jak powolutku zbliżam sie i wyprzedzam tych, którzy wystartowali wcześniej. Szkoda mi tylko, że nie mam pojęcia jak szybko jadę i ile już przejechałem. Moje tempo jest na tyle wysokie, że nikt z wyprzedzanych nie ma szansy by za mną jechać…zresztą jazda za mną wiele by im pomogła. Przejeżdżam Milicz i z dreszczem na plecach zastanawiam sie, co zaraz będzie na „górkach”. Wierzchowice…idzie nie najlepiej więc staram się przejechać nie szarpiąc się i wdrapuję się powoli, jednak chyba nie jest źle, bo mijam na podjeździe dwóch na MTB. Myślę sobie oby tak dalej…trochę odpoczywam na zjeździe do Krośnic w rozwijaniu większych prędkości przeszkadzają jadące samochody za znajdującymi sie przed nimi kolarzami. Jeśli to możliwe wyprzedzam samochody. Za Pierstnicą, w oddali, na końcu długiej prostej, widzę ogromne skupisko kolarzy, około 50 osób. Doganiam ich na podjeździe w Bukowicach. Wśród nich rozpoznaję niektórych Reworowców. Jest Leszek Piadyk , nasza Irenka a Jasiu Woś żartobliwie prosi mnie żeby go pociągnąć :) dobrze wie, że w tym miejscu to ja mam problemy nie mniejsze niż on …choć trzeba przyznać jadę nieco szybciej niż reszta, adrenalina robi swoje :) . Przy wyjeździe z Bukowic pozostawiam „peleton” za sobą.
Jednak coraz częściej nerwowo zerkam w lusterko wypatrując grupy pościgowej, czyli szosowców z 22 i 23 grupy, którzy startowali 2-4 min po mnie…liczę, że przewaga którą wypracowałem na odcinku płaskim do Milicza, napewno juz sie sporo zmniejszyła, bo szosowcy na górkach są napewno szybsi ode mnie. Zdaje sobie sprawę, że jeżeli dogonią mnie przez najbliższe 40 min to mam „pozamiatane”, napewno przeskoczą mnie na pierwszym podjeździe i…..


Staram się jechać nie tracąc wcześniejszego zapału a „strach” przed goniącymi dodaje mi sił. Długo jadę samotnie, sporadycznie mijając pojedynczych zawodników. O tym, że chyba nie jest źle orientuję się po numerach na ich plecach…Pojawiają się sie dwucyfrowe numery. W Tarnowcu u podnóża Cielętnika mijam Gosię Rajczybę. Przepraszam, że ją zostawiam i zaczynam zdobywać „Everest po płytach”. Na końcówce brakuje mi przełożeń… Myślę sobie, cholera znowu się zatrzymam??… nieeeee tylko nie toooo… ostatkiem sił dochodzę szczytu…. jeszcze jedna hopka na najbardziej nierówno złożonych płytach i jestem…ufff zmęczyłem to.

Na zjeździe regeneruję siły i szykuję się do ostatnich, najbardziej znanych mi km z trasy.Śmigam nie patrząc na znaki na drodze. Zerkając na stoper w pulsometrze coś mi podpowiada, że jest dobrze…nawet bardzo dobrze…Jednak czy starczy mi sił? Wiem, że prawie pod samą Trzebnice są głównie podjazdy a juz wcześniej miałem problemy… No cóż grunt to jakoś to „zmęczyć” i zbyt wiele nie stracić. Myśl o szansie na zrobienie dobrego czasu dodaje mi „skrzydeł”. Gdy przede mną pojawia się napis Trzebnica jestem piekielnie zajechany…ale w duszy raduję się i powtarzam sobie…- Dałeś radę..-Cholera Dałeś radę. Teraz juz tylko zjazd w dół, podjazd do targowiska, zaskoczenie, że Meta nie jest tam gdzie jej się spodziewałem, wolniutki nawrót, przetaczam sie przez metę z podniesioną ręką szczęśliwy, że to juz koniec ! a kilkanaście metrów dalej …zaliczam glebę :)


Po jakimś czasie odszukuję na tablicy swoje nazwisko i…nie wierze własnym oczom!…Super!!!… Jestem 8, czas 03:09:42. (śr 37.95). Przede mną jest tylko siedmiu chłopaków z „Szosy” M2. Ktoś z boku dorzuca, że przede mną wjechali zawodnicy z licencjami, to jeszcze bardziej mnie podbudowuje. Jestem tym bardziej szczęśliwy, że przy okazji zrobiłem swój rekord życiowy. Raz po raz podchodzą do mnie różni ludzie, pytają o wynik i gratulują. Podchodzi również Zenek Janik, on również mi gratuluje. W miłej atmosferze spędzam jeszcze z 3 godz. na „pogaduszkach” z kolegami i sędziami, po czym udaję sie „na kole ” do domu.


Gdyby w tym czasie przyszedł Zenek i powiedział coś w stylu –„Wiesz chłopie swoim „wyczynem” namieszałeś nam tutaj w klasyfikacjach :-) może coś zrobimy by chłopaki z MTB nie poczuli się pokrzywdzeni po konfrontacji z Tobą (z „poziomem”)….nie sądzę abym mu odmówił , zwłaszcza, że nie zależało mi na punktach. Pomimo tego wszystkiego, dalej uważam, że to sympatyczny gość, ale….
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że są to ostatnie miłe dla mnie chwile tego Maratonu.


Nazajutrz jeszcze raz sprawdzam listę wyników a żona zawozi mnie na dekorację. Pstrykam fotki swoim klubowym kolegom w oczekiwaniu na swoją kolej. Nadchodzi moment…M4 INNE…Zenek wyczytuje…3 miejsce..2 miejsce..serce podchodzi mi do gardła, powoli wstaję…Szpakowski Józef…Zatyka mnie, myślę – chyba coś się Zenkowi pomyliło…czekam znowu, myślę napewno zaraz się poprawi…konsternacja…. na „moim” miejscu staje ktoś inny. Ściska mnie w żołądku, mam ochotę głośno zapytać, O co tu chodzi??.. ale powstrzymuję się. Po chwili staram się dyskretnie zapytać Mirka Janika – Co ze mną? on potwierdza, że coś będzie. …Może postanowili stworzyć grupę rower poziomy??…więc znowu niepewny cierpliwie czekam.


Jak słyszę mowę o rowerze poziomym wiem, że przyszła moja kolej, wstaję… dostaję puchar…Znowu słyszę gadkę podobna do tej ze Żmigrodu, ani słowa o moim miejscu, ani o czasie,znowu czuję się jak bym dostawał nagrodę np.” za to bo jeżdżę wózkiem inwalidzkim”.
Jednak kątem oka widzę, że na pucharze jest jakaś plakietka (w przeciwieństwie do tego ze Żmigrodu) liczę wiec, że może, chociaż tam jest zaznaczone jak mi poszło. Trochę mnie tylko zastanawia, dlaczego puchar jest mniejszy od tego za pierwsze miejsce…ale może juz takich nie mieli. Siadam na miejsce. Czytam plakietkę NAGRODA SPECJALNA…opadły mi już całkiem ręce… Kurde, znowu „spuścili mnie na drzewo”… Znowu nagroda dla roweru, a nie dla mnie za jazdę…nie zasłużyłem na takie traktowanie…ale kogo to obchodzi…przecież rower poziomy „jeździ sam”.
Tym postem kończę moje uczestnictwo w tym wątku i Maratonach.


…może zobaczymy się za rok w Trzebnicy, lecz ja tym razem, jako widz i kibic :) Może nawet troszkę dotrzymam wam towarzystwa na trasie …może… jedno jest pewne zawodów mam dosyć na następne 40 lat .

Pozdrawiam wszystkich, którzy wypowiadali się w mojej sprawie i życzę wielu sukcesów.
Oponentów proszę, jeśli to możliwe, proszę mnie już nie zaczepiać kolejnymi docinkami, bo mam ochotę na tym zakończyć całą sprawę.

Gratuluję zaś wszystkim, którym udało się przeczytać całego tego posta. jesteście prawdziwymi Supermaratończykami :)

Facebook