Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Chrząstawa Felt Cup!
16 października 2008
4. Konkurs bikeFoto.pl
17 października 2008

Karpaty, które dają nam fantastyczne możliwości rowerowego szaleństwa na własnym podwórku, nie kończą się w Polsce. Ten górski olbrzymi „rogal”, wkraczając na terytorium sąsiedniej Ukrainy, tworzy jedne z najwspanialszych miejscówek do ambitnej rowerowej turystyki górskiej w Europie.

Dlaczego? Po pierwsze wyrosły tam długie i wysokie grzbiety górskie pokryte wielkimi połoninami, na które prowadzą liczne ścieżki i gruntowe drogi, po drugie – nikt nie wpadł jeszcze na pomysł, żeby zakazać nam jeździć tam na rowerze. Takiej okazji nie mogliśmy odpuścić…

Góry Ukrainy poznałem już co nieco wcześniej, podczas pieszych wędrówek. Męcząc „na bucie” wspaniały singletrack, który wił się po odkrytym połonninym grzbiecie nie mogłem odegnać myśli jak wspaniale wyglądałaby tam jazda na rowerze. Już wtedy wiedziałem, że tu wrócę.

Jako, że jazda miała być terenowa w pełnym tego słowa znaczeniu zrezygnowaliśmy z sakw na rzecz niewielkich plecaków. Nie zabraliśmy też namiotu, a za schronienie miała nam służyć, skonstruowana i wykonana specjalnie na tą okazję – płachta Henryka. To rodzaj tropiku, który montuje się na odwróconych do góry kołami rowerach, który tworzy w ten sposób prowizoryczne schronienie. Żeby nie „kręcić” bez sensu po asfalcie wynajęliśmy busa, który szybko i sprawnie wywiózł nas do podnóży Czarnohory – najwyższego pasma Ukrainy.

Po drodze nabyliśmy od przydrożnej handlarki wino domowej roboty i uczciliśmy przy jego pomocy początek długo planowanego wyjazdu. ozleniwieni działaniem trunku nieśpiesznie wdrapaliśmy się na rowery. Pogoda też nie zachęcała do jazdy – siąpił deszcz, na dodatek dzień miał się ku końcowi. Zanocowaliśmy w całkiem przytulnej wiacie, a rano ruszyliśmy na podbój przełęczy, która wznosiła się między czarnohorskimi olbrzymami – Pietrosem i Howerlą. Oba szczyty przekraczają 2000 m. n p m. a nasza przełęcz to obniżenie w głównym grzbiecie do jakichś 1600 m. n p m.

Widoki zapowiadały się niesamowite, tymczasem na podjeździe z trudem mogę dostrzec plecy kumpla, który jedzie pięć metrów przede mną. Mgła jest tak gęsta, że można ją niemal kroić nożem i wkładać po kawałku do plecaka. Dróżka pnie się nieśpiesznie na nasze szczęście, w pionie trzeba pokonać niemal 1000 metrów. Po drodze mijamy pasące się stada półdzikich koni, ruiny schroniska i miniaturowe cerkiewki przy pasterskim osiedlu. Mimo, że brakuje rozległych panoram, nie narzekamy na brak wrażeń.

Bezwietrzna pogoda i gęsta mgła szczelnie wszystko otulająca, tworzy klimat jak nie z tej ziemi. W końcu wdrapujemy się na przełęcz skąd czeka nas zjazd. Najpierw śmigamy serpentynami połoninnej drogi, która tutaj oznacza po prostu wyprofilowane trawiaste zakręty, później podmokłym świerkowym lasem i na koniec wypadamy na pokrytą owczym łajnem łąkę. Okazuje się, że przyczepność w takiej gównianej materii jest żadna. Każdy z nas wpadając na to specyficzne lodowisko rozpaczliwe ratuje się przed glebą odstawiając niemal cyrkowe przedstawienie. Później już bez tak zabawnych epizodów zjeżdżamy na dno doliny. Zjazd w tutejszych warunkach oznacza zwykle kilkanaście kilometrów dzikiego pędu po zróżnicowanym terenie, od połonninego „przełaju” po miękkiej trawie, poprzez kamieniste i bagniste ścieżki, po szybkie fragmenty leśnymi drogami. Czarnohorę jedynie musnęliśmy, przecinając główny grzbiet z południa na północ. Tymczasem najsmaczniejszym kąskiem byłby przejazd całym pasmem, ale nie wszystko na raz, jeszcze tu wrócimy…

Spod Czarnohory gnamy pod Świdowiec. To nieco niższe pasmo, ale za to o pejzażach tak kosmicznych jak na Europę, że szczęka opada z zachwytu. Świdowiec pokryty jest ogromną połoniną, to morze traw falujące na finezyjnie ukształtowanych przez naturę stokach, a w zagłębieniach utworzyły się tu i ówdzie polodowcowe jeziorka. Żeby to wszystko zobaczyć musieliśmy przetrzymać dwudniową ulewę. Najpierw pod Płachtą Henryka, a później w przytulnym domku nieopodal górskiego schroniska.

Nic nie zapowiadało poprawy pogody dlatego postanowiliśmy wyjechać w góry bez względu na przeciwności losu. Niebiosa doceniły naszą zuchwałość i kiedy uzbrojeni we wszystko co nieprzemakalne, z workami foliowymi w butach włącznie, wyszliśmy pod schronisko i okazało się, że nie pada! W tych okolicznościach nie mogliśmy spodziewać się lepszego prezentu. Kiedy wyjechaliśmy w końcu na główny grzbiet Świdowca i myśląc, że złapaliśmy przysłowiowego byka za rogi okazało się, że przeceniliśmy własne możliwości. Wiatr jaki w nas uderzył na przełęczy nie pozwalał na jazdę, jego boczne podmuchy wręcz strącały nas z rowerów.

Kiedy zdawało mi się, że znalazłem receptę na jazdę w takich warunkach poprzez odpowiednie dobranie kąta nachylenia do podłoża tak żeby równoważyć siłę wiatru siłą przyciągania ziemskiego, podmuchy na chwilę ustawały a ja lądowałem na glebie. Na szczęście w spokojniejszych miejscach pasma wiatr pozwalał nam na jazdę. Monotonne chlupotanie naszych kół w kałużach błotnistej dróżki nagle przerwał tupot dziesiątek końskich kopyt. Z mgły wyłonił się cały ich tabun. Pędziły prosto na nas! Nie wiem czy one bardziej się przestraszyły nas czy my ich, ale jedno wiem na pewno – to był widok, którego nie zapomnę.

Po tym niesamowitym epizodzie Świdowiec nie przestał nas zachwycać. Chmury zaczęły się rozrywać i mogliśmy podziwiać tą ogromną przestrzeń. Nasza gruntowa droga trawersowała strome fragmenty grzbietu dzięki czemu jazda była cały czas możliwa. Dzień pełen wrażeń podsumowaliśmy długim na kilkanaście kilometrów zjazdem z przewyższeniem sięgającym kilometra i obfitą kolacją w wiejskim barze we wsi Uść Czorna.

Nocleg tym razem wypadł nam niedaleko cmentarza, ale wymęczeni trudami trasy nie przejmowaliśmy się grasującymi koło naszej płachty Henryka duchami. Teraz kolej na Połoninę Krasną to niższe pasmo od Świdowca, bo sięgając nieco ponad 1500 m. n p m, ale znacznie bardziej wymagające technicznie i siłowo. Zamiast wygodnych trawersów tutaj trzeba się zmagać ze ścieżką, która niemal bez wyjątku wdrapuje się na każde wzniesienie.

Trawersy, jeśli są, to bardzo wąskie i bardzo techniczne. To niemal mysie ścieżynki nie szersze niż trzy opony w naszych bikach. Pod koniec tego etapu odnajdujemy stary pasterski szałas pokryty dziurawym gontem, ale za to z dużymi pokładami siana na stryszku. Mościmy tam sobie królewskie posłanie i podwieszamy naszą płachtę pod dachem. Jak się okazało był to dobry ruch, bo w nocy rozpętała się prawdziwa burza, a nadwątlony zębem czasu gont nie dałby nam odpowiedniej ochrony. Rano przedzierając się przez powstałe podczas ulewy kałuże zjeżdżamy w dolinę do wsi Kołoćawa. Można tu zobaczyć nieprzeciętnej urody, smukłą drewnianą cerkiew.

Kolejny etap przed nami nie jest zbyt interesujący – musimy przekręcić kilkadziesiąt kilometrów po asfalcie. Ten sam sprzęt doskonale spisujący się na górskim szlaku teraz jest przekleństwem. Nawet wyścigi z Panią jadącą na leciwej „Ukrainie” nie bardzo nam wychodzą. Koniec końców dostajemy się pod kolejne pasmo – Borżawę. Nie mamy dokładnych map tego terenu dlatego, żeby wspiąć się na jej grzbiet zasięgamy języka wśród miejscowych. Przy okazji dowiadujemy się o istniejącym w okolicy pięknym wodospadzie. Zgodnie ze wskazaniami jedziemy najpierw obejrzeć „znamianityj wodopad”, a później rozkładamy się do spania na uroczej łące. Wieczorem gościmy przy naszym ognisku zbieracza borówek, który ze swoją kompanią obozuje po sąsiedzku. Okazuje się, że na Ukrainie za litr zebranych borówek można dostać więcej pieniędzy w skupie niż w Polsce. Borżawa to jedno z lepszych miejsc dla zbieraczy borówek. W sezonie, dziesiątki, a może nawet setki ludzi pracuje na jej stokach.

Ranek wita nas piękną pogodą, chyba pierwszy raz podczas całej eskapady. Żeby nie było zbyt sielsko całkiem wygodna na początku ścieżka niknie gdzieś wśród traw połoniny i większość podjazdu, a właściwie podejścia musimy taszczyć rowery na plecach. Na samym grzbiecie jest wąziutki singletrack. Bardzo techniczny, kluczy pomiędzy kępami traw i często przeskakuje skalne progi. Jazda jest jednak możliwa. Daje przy tym mnóstwo radości. Pod nami głębokie doliny. Te opadające na południową stronę gór są wiją się wyjątkowo nisko. Tam właśnie mamy zamiar zjechać. Szykuje się downhill z przewyższeniem prawie półtora kilometra! W zjazdowym amoku coś jednak schrzaniliśmy pakując się nie w tą co trzeba dróżkę…

Kończyła się w miejscu, gdzie połonina spotykała się z lasem. Zamiast zawrócić i odnaleźć odpowiednią drogę zdecydowaliśmy się na szalone posunięcie – zjazd na przełaj przez las do dna doliny, gdzie według mapy miała się znajdować droga. Zjazd okazał się koszmarnym przedzieraniem się przez ostępy bukowego lasu, z pokonywaniem gąszczy i powalonych drzew, a na dnie doliny zamiast drogi przywitał nas groźnie szumiący górski potok…

Nie mając wyjścia zaczęliśmy napierać z jego nurtem. Początkowo delikatnie stąpaliśmy z gracją baletnicy po kamieniach żeby tylko się nie zamoczyć, później było nam już wszystko jedno – parliśmy byle do przodu nie zważając jak głęboka jest woda. Pokonując progi skalne, powalone drzewa, wyższe od nas łopiany i pokrzywy, dotarliśmy w końcu do nieśmiałych zarysów drogi w dolinie. To była najszczęśliwsza chwila podczas wyprawy. Po kilkuset metrach wjechaliśmy na prawdziwą szutrową autostradę! To już oznaka cywilizacji.

Na koniec wyprawy mieliśmy wyjechać na Połoninę Równą. Brakło jednak na to czasu i pognaliśmy w stronę Polski. Powrót nie był łatwy – sto kilkadziesiąt kilometrów asfaltami w upalnym słońcu w ciągu jednego dnia dało nam nieźle w kość. Ostatnie kilometry Tomek pokonał bez siodełka, bo mocująca je śruba skapitulowała – szczęście w nieszczęściu, że dopiero wtedy. Od tamtego incydentu Tomek zawsze wozi ze sobą zapasową śrubę…

Tomasz Dębiec

Źródło: rower.com.

Facebook