Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Śrem
21.04

Rewal
5.05

Stargard
12.05

Nowogard
23.06

Świdwin
7.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Karpacz
25.08

Choszczno
1.09
Pętla Drawska – Zaproszenie
1 sierpnia 2007
Wyniki po Kłodzku
8 sierpnia 2007

Adam Filipek

Tym razem w piątek przed startem nie było eksperymentów żywieniowych typu piwko+jogurt. Na bębenku kasety zabłysła o trzy „promyczki” większa gwiazdka – 26. To dwie podstawowe różnice między przygotowaniami do PB i KK. Przyniosło to dobry efekt.

Trafiliśmy bez problemów do bazy i odbyliśmy formalności. Pomyślny wywiad czy są wszyscy z grupy startowej nastroił optymistycznie i „bojowo”. Piwko w knajpce i spokojne spanko.

Sobota 5:30 pobudka. I jak zwykle (prawie) perfekcyjna procedura startowa. Nie dokręciłem tylko śrubek mostka przy kierownicy. Rozgrzewka tuż przed startem – pojechałem zobaczyć miejsce gdzie nie było mostka. Na luźnym obrocie wróciłem na Zieleniec. Wszystko grało. Mój czwarty KK mógł się zacząć.

8:10 startują Musaszi na swym nowiutkim rowerku i Acerola na nieco starszym. 8:12 startujemy my i od razu zwiewam. Bez problemu pokonujemy prowizoryczny mostek. Na początku podjazdu „Pod Ubocze” rower wydaje taki dźwięk jakby konał! Co jest? Koła całe – nie biją. Rama się nie składa. Zszokowany zostaję nieco w tyle i na szczycie patrząc na licznik uprzytamniam sobie, że kiera w mostku drgnęła. No to małe piwo! Do Młotów zawodnicy grają w rosyjską ruletkę. Chyba byli nawet tacy co nie hamowali. Cud – jestem w Młotach. Podjazd pod Spaloną – mijamy Musasziego i Acerolę. Znam ten podjazd i zarządzam sobie jazdę na 90% mocy. Efekt jest taki, że urywam wszystkich. Wyprzedzam jakiś rozmawiających maratończyków, ktoś mnie poznaje. Ja pruję na szczyt lecz dochodzą mnie Remik i Klan. No to mam już pewną jasność sytuacji.

Po wertepach lecimy do Gniewoszowa. Dogania nas Acerola i Musaszi. Na zjeździe głupota mi w czaszce wrze – 72km/h! A gdzie Krzysiek na „innym”? Pogubił bidony…ech. Musaszi łapie pierwszą gumę… uch. Stało się to po tym jak zagadnął do wyprzedzanego Henia „Fortuna kołem się toczy”. Na punkcie się nie zatrzymuję- mam 1,5 litra izotonika w bidonach a 0,5l wypiłem z peta. Ten plan nie wypala bo Remik również nie traci czasu na punkcie. Pod Puchaczówkę – w pięciu – jedzie z nami jeszcze Jurek. Zawrotne tempo pod Puchaczówkę. Wytrzymuję tylko ja i Remik! To już zerwaliśmy Klana? Nie – profesor – załapał się do grupki Gryckiewicz + „Mrozowcy” i dognał nas przed Lądkiem. Chciał nas urwać ale doszliśmy go przed Jaworową. A Mistrzu i jego przyboczni polecieli jakby nie było podjazdu!!! Klan pokazał nam źródełko za Jaworową. Zatankowaliśmy i jazda. Szykowaliśmy się z Remikiem na wspólna jazdę do Zieleńca i ostry finisz na ostatnim kilometrze.

Niestety mój główny konkurent w M3 został za Złotym Stokiem. Okazało się potem, że miał defekt spinki łańcucha Dura Ace. Nie czekałem na Niego. Zrobiła się szansa na odrobienie kilkudziesięciu punktów. Na Łaszczowej byłem nieco przed Klanem i potem mogłem sobie obejrzeć jak tam można zjeżdżać. Ja lubię swój rower i zostałem w tyle. Tuż przed Wilczą znów byliśmy razem i na Wilczej byłem nieco przed Klanem. Zapowiadał się ostry finisz na ostatnim kilometrze.

Niestety Klan pod Srebrną pokazał pazur. Zostałem tam 300m za Nim i mając w pamięci co wyczynia na zjazdach odpuściłem pogoń. Przejazd przez Rudę dobrze oznakowany. Jakieś krople deszczu. Na ostatni punkt ja wpadam – Klan wyjeżdża. To niespodzianka jednak odpuszczam pogoń. Tankuję, a Kalin przelatuje bez stopu. Dziwne przecież pić trzeba! Lisia – ciężka robota ale nikt mnie nie dogania. Zjazd do Kudowy – poprawiony asfalt – przepraszam Rajców (patrz relacja przed KK). I ostatni podjazd, asfalcik europejski. Od Srebrnej jadę sobie mocno ale tak by się nie zadręczać. No i dogania mnie Skiba i pyta „Czemu tak na raty?”. „A o… o co chodzi?”- myślę. Siadam na kole i sprawdzam czy będzie mi pasowało tempo. Nie, nie pasowało – to jadę swoim. Wiadukt w Lewinie. Skiba ma nawet 700m przewagi ale widzę, że go zaczynam dochodzić. Polskie Wrota 350m do Skiby. Zapowiada się ostry finisz na ostatnim kilometrze.

Niestety widzę, że zsiada z roweru i prowadzi. Omijając go pytam „Czemu tak na raty?”, „Skurcze łapią” – słyszę. Patrzę na dane z licznika i okazuje się, że zapowiada się ostry finisz „z czasem” jeśli chcę zdążyć w 9h. I to wreszcie się ziszcza!

To był mój najlepszy Supermaraton Wszechczasów (nr.10), perfekcyjnie zaplanowany i wykonany! Perfekcyjna pogoda i organizacja. Świetny grill i wyjątkowa atmosfera na imprezie integracyjnej. Podziękowania dla wszystkich.

P.S. – W niedzielę w Telekspresie Zieleniec – ale tylko „downhillowcy-cieniasy”

Facebook