Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Wyniki z Łobza
5 czerwca 2007
Generalka po Łobzie
6 czerwca 2007

„Ja zawsze byłem szalony…”
Żona jak je tylko zobaczyła to powiedziała, że się nie nadają dla mnie. Nawet sam producent wyraźnie – biało na czarnym – napisał na nich, że one są – Flash, czyli będą błyskawicznie do wyrzucenia. Były tanie „Forso! Wróć!” i niebieskie, firma cooltowa- no to je kupiłem. W Lesznie był kapeć na przedniej – zignorowałem ten sygnał ostrzegawczy. Nie wierzyłem, że może być – że będzie aż tak źle.

W piątek autem przejechaliśmy ze Zdziśkiem tylko najtrudniejszy technicznie odcinek trasy i okazało się, że jest też bardzo piękny. Jakaś ruinka przy drodze, karkołomne zakręty obficie zapiaszczone, dużo hopek, niezły asfalt wąziutkich dróg obsadzonych po obu stronach starymi drzewami, wijących się wśród wysokich traw . U nas tego nie ma… bajka, raj!

Na odprawie dowiedzieliśmy się tego co było do przewiedzenia. Niestety mamy kolejnego Patrona naszych kolarskich imprez. Odszedł Wielki Maratończyk Eugeniusz Gostomczyk.

„I pędzisz, pędzisz – by złapać słońce, lecz ono zachodzi (…) i wschodzi znów za Twymi plecami. Ono niezmienne jest, lecz ty się starzejesz, skraca ci się oddech i jesteś o jeden dzień bliżej śmierci.”

Za tym zakrętem nad Twoją nową szosą słońce będzie świecić wiekuiście, tworząc dla Ciebie „Wielki spektakl w niebie.”

Nasza grupa stawiła się w bazie w komplecie i razem stanowiliśmy wulkan Dobrego Humoru z szerokim jęzorem lawy Pozytywnej Energii. Ech… finiszować z Nimi…erupcja!

Rano wczesna pobudka. Wykonałem niesłychanie perfekcyjną sekwencję procedury startowej, której zwieńczeniem była rozgrzewka z Acerolą. Na minutę przed startem wszystko było idealnie piękne. 30 sek po starcie już zaczęło do mnie docierać, że kończę mój lot, że kończę powoli, ale kończę niechybnie. Niewidoczna podczas jazdy, ale dobrze odczuwalna bulba na tylnej oponie waliła o gładziutki asfalt imienia Konopnickiej. Nie mogłem sobie jednak odmówić przyjemności jazdy w tej mojej grupie i wylecieliśmy, wznosząc się, w komplecie z Łobza. O jakże by było wspaniale… „W biegu” Perforacja dętki nastąpiła po dystansie 5,8 km przy ciśnieniu w oponie 8,14 bara, i przebiegu opony 1685 km. Już zupełnie wyluzowany, jak tylna dętka, wstawiłem zapas (starą łatą na dziursko w oponie celując) wpompowałem na 1/3 i obrałem kierunek – nazad, czy na zad, bo czułem się jak w d…

W bazie nie walała się żadna, nawet stara, nikomu nie potrzebna opona. Ja głupi z domu też jej nie zabrałem a mam ich 5 w piwnicy, na Klasyk brałem! Pod sklepem rowerowym byłem o 9:40, w sklepie były dwie opony. Wybrałem „żyletę – 622-20” i sobie ją szybko założyłem. Jeszcze tańsza od „Haczkisunki” ale strasznie chora bo z kantem po jednej stronie (taką sobie wybrałem, a druga też poszła na pniu i pojechała pod Resko)

No i co dalej robić? Fajnie – bo mam sprawny rower, co nie było takie pewne przed otwarciem sklepu. Ale dokąd, kiedy, po co, z kim mam na nim jechać ???? – Czekać na grupę i poszaleć z nimi do mety przez 300km ? Ooooo taaak!
– To by oznaczało wycofanie się z impezy! Porażkę totalną! A rower sprawny! – Nie!
– Zrobić seteczkę i sczeznąć z nudów? – Nie!
– Zrobić 200km i dać sobie spokój? Nieciekawy, miękki plan, kiepski pomysł. – Nie!
– Zrobić 300km. Dobra fajnie. Ale po co? Setę za darmo – żadnych punktów do PP? – Nie!
– Jechać 400km! No…? Samotny Jeżdżak, pogoda super – choć ryzyko deszczu, traska super… No ale na tym etapie „kariery” to pomysł „chorego królika”. Zatem… Nie!
– Jechać nad morze… może nad Zalew Szczeciński?… do domku (370km)?… hm

Ale było coś co chciałem zrobić… pojeździć rowerkiem.

Wyjechałem o 10:13, wyjechałem z linii startu. Nastąpił automatycznie restart systemu… nowe myśli:
– Przecież kiedyś, dawno, tylko tak się jeździło. Brało się czystą wodę w bidony i cały dzień samotnie w siodle – jechało się.  -Są tu ludzie, o półtorej godziny drogi przede mną, którzy będą zmagać się dziś z tym kolosalnym dystansem, nie są ścigantami B klasy, tak jak ja, ale powoli nakręcą w swym tempie swego kilometrowego maxa. Warto ich zobaczyć w akcji, przejechać się z nimi kawałek.
-Robić „Wielkiego Szlema 2007”! (ŁMR +PB+KK+PD = 853km „płaskie” + 503,5km gÓrY = Wielki Szlem) Czyli 400km – Nie, 1356,5km – Taaak! Puknij się chłopie w łeb, tylko najpierw zdejmij kask! Dwie kasety zamiast półkul mózgowych – i to ósemki.
-„Szaleniec jest w głowie mej.” Zatem „Pędź króliku, pędź…” …tylko w dziurę nie wjedź… „…o słońcu zapomnij.”

Pierwsi maratończycy pojawili się za Siedlicami jechali na 100 i mieli jeszcze połowę przed sobą. Tylko rzut oka na ich ogólną sytuację i było jasne, że na mecie będą wykończeni bardziej niż ja nad ranem nazajutrz. Ja już swojej pierwszej w życiu setki nie pamiętam – a szkoda – ale widząc ich wysiłek wydał mi się on znajomy. Kolejnych spotkałem po skręcie w lewo za Węgorzynem. Albo stali i odpoczywali, albo podprowadzali rowery pod te hopki, które ja brałem z blatu. Zacząłem sobie wyobrażać, jak musiałoby mnie boleć by zejść z roweru i odpoczywać lub iść prowadząc go. Ci ludzie sprawili, że poczułem się przy Nich mały. Każdy uczestnik na każdym dystansie robi Wielkie Rzeczy. Ale odkrycie! I wreszcie to zobaczyłem – tę starą prawdę. „My i oni – (…) zwykli ludzie” – lecz niezwykłe nasze czyny.

Druga pętla. Za Drawskiem doganiam Pana Jana. Tym razem nasze kierunki są zgodne. Rok temu gdy Pan Jan kręcił odwrotne rundy, mogłem mu tylko pomachać przez drogę. Teraz jechałem z nim kawałek i gawędziłem. Szybko stwierdził, że chyba jedzie za wolno bo zrobiło się 19km/h uznałem, że przeszkadzam i Go spowalniam zatem pożegnaliśmy się. Dalej byli kolejni zawodnicy wykuwający swoje wymarzone 200km. Ja podziwiałem krajobraz i powyginaną geometrię trasy – „W górę… i w dół”. Pokonywałem nieznaną, piękną przestrzeń. Żadnego wychodzenia na zmiany, nieustannej uwagi w gapieniu się na oponę prowadzącego, skoków ciśnienia na podjazdach – czyli miłej katorgi jazdy w grupie. Ot wycieczka krajoznawcza.

Na trzeciej pętli koło Reska wyprzedziłem dwóch zawodników. Widać było, że radzą sobie dobrze i dotrą do odległego o 170km celu. Chciałem dojechać do kogoś z kim można by wyjechać na czwartą pętlę. Gdzieś za 260 kilometrem spotkałem Damiana, który chciał zrobić rekord życiowy i wybierał się na nocną przejażdżkę. Przejechaliśmy koło 20km i byliśmy umówieni. Skoczyłem do Łobza przodem bo już marzłem w krótkich gatkach po zachodzie słońca. Planowałem dłuższy postój – bo na przygotowanie stroju i oświetlenia do nocnej jazdy. Daniel dojechał i ruszyliśmy.

W nocy dzieją się różne rzeczy! A to kogoś chcieli pobić. A to kogoś psy napadły. A to ktoś łapie dwie gumy na raz. My z Damianem nie mieliśmy żadnych takich przygód. Mimo wiatru było mi ciepło w nowych ciuchach, księżyc całą jasna stroną oświetlał chmury i pozwalał na obserwację horyzontu. Noc była do jazdy – fajna. Grubo przed Połczynem jechaliśmy już w czwórkę. Dołączyli Henryk i Roman. To w nocy kolosalna różnica bo po prostu coś się dzieje wokół, jest towarzystwo. Rok temu na GMR jechałem sam – było niesamowicie – ale wolałem tego nie powtarzać.

Trzecie miejsce w kategorii – podium cieszy jak każda miła niespodzianka. Taki prezent od trzech czy czterech zapisanych konkurentów, którzy spasowali. Walka o zwycięstwo w M3szosa-400 między Jurkiem a Cezarym była ostra choć korenspondencyjna. Wniosek – imagisowcy górą!

Tak to było. Świetny plan uszedł z powietrzem z dętki ale to i tak udany i ciekawy start. Miałem dużo szczęścia w sobotę. Wszystko się świetnie ułożyło. Maratony szosowe to jest to! Nie wiesz co robić? To jedź!

„Dom, znów dom. Lubię tu być, gdy tylko mogę. Kiedy wracam do domu zmarznięty i wyczerpany dobrze jest wygrzać kości przy kominku…”

… i wszystko pod słońcem ma swój sens, ale słońce zaćmione jest przez księżyc.”

„Nie ma żadnej Ciemnej Strony Księżyca, serio. Prawda jest taka, że…” – jest tam składowisko leżakujących, tężejących przez wieczność, dupnych Huthinsonek.

Wszystkie cytaty Roger Waters z „The Dark Side Of The Moon” płytka o Życiu, to i trochę o jeździe na rowerze. W „Any colour you like” chodzi oczywiście o kolor ramy. E… może obręczy?
Pozdrowienia dla 110 – głośnego fana Pink Floyd.
Ach te różowe strzałki!

Adam 109 Filipek

Facebook