Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Relacja z Maratonu w Łobzie
8 czerwca 2005
Wywiad z Danielem Śmieją
30 czerwca 2005
inżynBiKer

W zeszłym roku startowym nie było równowagi.

Co tydzień była walka i zapomniałem o turystyce. A to przecież od tego zaczęło się rowerowanie. Na początku z sakwami, później już na góralach po szlakach i nie tylko. Ten rok już taki nie będzieie. Będą wyścigi i wyścigi. Będą wyścigi rzeźnie, wyścigi walki do upadłego, gdzie średnie HR nie będzie miało prawa spaść poniżej 180. Będą też wyścigi pokoju, przejechane dla czystej przyjemności rowerowania. Genchi Genbutsu – jak mawia japońska filozofia Toyoty. Wracam do źródeł. New InzynBiKer Way. W ubiegłym tygodniu była rzeźnia. Do Łomianek przyjechało 1500 bikerów i trzeba było walczyć. To nic, że w jakimś leśnym wyścigu, który normalnie ominęło by się z daleka. Komu zależało na punktacji nie mógł odpuścić. Za tydzień będzie czterodniowa rzeźnia w Karpaczu. Żaden rzeźnik (oprócz oczywiście naszego króla) trzeciej rzeźni pod rząd nie wytrzyma.

Do Świnoujścia jechać jednak trzeba. Naczytał się człowiek o cyklu pucharu polski w maratonach szosowych i zawsze chciałem zobaczyć jak to jest z tym ściganiem po płaskim i asfalcie. Kalendarz startowy jest taki, że w tym roku pasuje tylko ten jeden wyścig. Promocja z biletami i jedziemy do Świnoujścia. Ja i Grzegorz.

Grzegorz z zamiarem przejechania 500, ja oczywiście lightowo. W pociągu spotykamy swoich. Trochę ludzi z Warszawy wybiera się na wyścig. Zaczynam rozmawiać z jednym z nich. Przedstawia się: Krzysiek Patrzę dokładnie mu w twarz olśnienie i pytam: Krzysiek C.?. Niesamowite klimaty. Spotkać kolegę ze studiów po 15-tu latach i do tego jadącego na tą samą imprezę. No nie mogę. Oj będzie się działo na wyścigu, będzie. Całą drogę wspominamy stare dobre czasy. Jest też okazja porozmawiać trochę o zawodach, dowiedzieć się czegoś dokładniej na temat całej imprezy i specyfiki ścigania Wieczorem docieramy do Świnoujścia. Fajna atmosfera. Widać, że wszyscy się znają. Zero stopni, niedogrzane domki i wreszcie upragniony sen. Rano wstajemy i promem na start. Jest około 140 startujących. Peleton niestety nie może być razem i wszyscy podzieleni są na 15-to osobowe grupy Przed startem wysyłam maila do orgów z prośbą aby znaleźć się w jednej z Grzegorzem. Prośba nie zostaje spełniona i jadę dwie grupy po nim. Na nieszczęście tak się złożyło, że w ostatniej. Przed startem długo zastanawiałem się nad specyfiką tego rodzaju wyścigów.

MTB – wiadomo. Tutaj jesteś sam, sam pracujesz na swój wynik i nie ma przypadkowości. Na szosie inaczej. Siądzie człowiek na koło i jak pasożyt może sobie jechać nie męcząc się zbytnio. W taki właśnie sposób jadę pierwsze kilometry. Na liczniku 30, na pulsometrze 160.

To 160 to trochę za dużo. Założenie przedstartowe było takie, żeby wyścig przejechać przy 150, ale z drugiej strony, jak tu nie wykorzystać okazji. Zaraz pewnie zaczną się zmiany. Cieszę się, że wkrótce będę miał okazję do trochę innego niż zwykle ścigania. Coś tam w głębi duszy się dzieje. Może jednak w dniu dzisiejszym się pościgać, a darować sobie czterodniówkę?

Przede mną bardzo kulturalny zawodnik. Przed każdą dziurą daje ostrzegawcze znaki. Fajnie myślę sobie i jadę spokojnie. Wjeżdżamy na gorszy asfalt. W tym miejscu gdyby chciał ostrzec przed wszystkim i dziurami musiałby chyba jechać bez trzymanki. Niestety nie ostrzeżony wpadam w jakąś totalną dziurę i staje się to co najgorsze. Na 7 km łapię gumę…

W sumie normalka, ale nie do końca. Jestem ostatni. Wiem już, że będę jechał sam. Przypominam sobie jeszcze jedno. Zapomniałem wziąć z domu drugiej dętki zapasowej. Po wymianie nie będę już miał co zmieniać, a wjeżdżamy przecież do Niemiec. Sprawnie zmieniam dętkę i o dziwo patrze, że popsuła mi się pompka. Próbuje pompować ale jak tak dalej pójdzie to pompowanie to mnie jeszcze zdublują. Na szczęscie przyjeżdża dobra wróżka, zatrzymuje się, pożycza mi pompkę i mogę jechać dalej.

Przyjemna trasa. Woliński park. Robię zdjęcia. Wjeżdżam do Wolina i oczywiście pytam się o sklep rowerowy. Dobrze, że dzisiaj sobota. Kupuje dętkę i już bardziej spokojny (choć nie do końca, bo nie ma w sklepie pompek) jadę dalej. Dopiero około 50 km wyprzedzam pierwszą osobę. Jak się później okaże na metę dojedzie dopiero o 4 rano. Po kilku km widzę jeszcze dwóch, którzy się wycofali. Co jakiś czas wyprzedzam. Przed bufetem jedziemy we dwójkę i rozmawiamy trochę o wyścigu. Okazuje się, że kolego miał ciekawą przygodę. Jechał w pozycji skulonej i nie zauważył stojącego samochodu i miał bliskie spotkanie. Nic nie mówię ale wracają wspomnienia. Kiedyś biłem swój prywatny rekord dystansu i miałem podobne zdarzenie. Do dzisiaj się zastanawiam jak udało się nie uszkodzić samochodu, a wypadek skończył się jedynie zdrapanymi kostkami.

Wreszcie jest pierwszy bufet. Ktoś powiedział wcześniej, że na bufecie można będzie kupić dętki. Dyskutujemy o promocji. Przemiła obsługa, udaje mi się wytargować parę złotych i ciesze się, bo mam już właściwy zapas. Na bufecie mam szczęście. Trochę inaczej niż w mtb. Tam lepsi biorą wszystko. Tutaj sprawiedliwie, każdy ma wydzieloną działkę a ewentualnie ostatni dostają coś extra. Tak w ogóle ten bufet to moje genchi genbutsu. Tak jak na pierwszych maratonach, w których startowałem. Czas aby się zatrzymać, porozmawiać, porobić zdjęcia. Trochę tęsknie za tymi czasami. Im człowiek jest bliżej początku stawki tym mniej radości w tym ściganiu. Ale może przesadzam. W tym roku będzie przecież równowaga, będzie i pokój i rzeźnia.

Szkoda, że popsuły się krajobrazy. Trochę jestem tym zawiedziony, bo liczyłem na przejażdżkę po ciekawej trasie. Dojeżdżam do Szczecina. Wreszcie prawdziwy sklep rowerowy. Kupuje pompkę. Teraz już spokojnie mogę wjeżdżać do Niemiec. Spotykam bardzo miłego zawodnika i postanawiam przejechać z nim miasto. Co jak co ale nie wolno się zgubić. Jeszcze mała sesja zdjęciowa przy bramie i później już sam swoim 150 jadę do granicy.

Granicznicy widząc numer startowy nawet nie proszą o dokumenty i puszczają dalej. To mniej więcej połowa dystansu i widać, że część osób zrobiła sobie dłuższą przerwę. Ja osobiście nie odczuwam takiej potrzeby i jadę dalej. Rozczarowanie totalne krajobrazami. To chyba najmniej ciekawy fragment etapu. Poza tym te ścieżki rowerowe. Przyznaje, że część z nich sobie odpuszczam.

Drugi bufet.

Miał być 10 km za pierwotnie planowanym na stacji. Jadę już 12 km i zastanawiam się, że może go już minąłem. Spotykam jednak jedynego startującego na poziomym rowerze, który ma ten sam dylemat. Wiem już na pewno, że nie minąłem bufetu i jadę dalej.

Po 14 km wreszcie jest. Widać, że wszyscy mieli podobny dylemat, część osób nawet dzwoniła do orgów i jest to chyba jedyny minus (raczej minusik) w całej imprezie. Odpoczywam, przymierzam się obowiązkowo do poziomowego rowerowania, robię zdjęcia . W drogę. 150 HR i do Świnoujścia.

W Pasewalku wreszcie trafiam na grupę, która jedzie moim 150. Siadam na koło i cieszę się, że udaje mi się jechać przez kilkanaście km w tunelu aerodynamicznym. Przy Uznam zaczyna się wiatr. Nasz peleton się rwie. Nie chce jechać 170 i zwalniam. Ten wyścig to ma być przede wszystkim trening wytrzymałościowy. Trochę jednak przy długi jak na trening. Szczególnie w tej temperaturze. Jest zimno i zabrałem zimowe spodenki kolarskie. W normalnych warunkach są dobre. Mają jednak jeden minus. Nie mają pampersa i po 10 godzinach zaczynam trochę z tego powodu cierpieć. W poniedziałek konieczna wizyta u dermatologa. I to właściwie wszystko. No może jeszcze fotografia zachodu słońca. To przecież pierwszy zachód słońca zzoomowany podczas wyścigu.

Docieram na metę.

Żartuje sobie trochę, że wyjeżdżam na drugą pętle, ale szybko żałuje tego co powiedziałem widząc poważną minę organizatora, który chce zapisać mój wyjazd.

Wracam do zimnego domku, biorę kąpiel.

Niestety wrócili już wszyscy i muszę się myć w zimnej wodzie. Marznę tak, że nie mam siły wyjść coś zjeść. Na dzisiejszą obiadokolację muszą wystarczyć dwa carbosnacki.

Godzina czwarta Wchodzi bohater.

Grzesiu, okazało się, że nie dość że zaliczył 500 to jeszcze na drugim miejscu.

Podziwiam i w pewnym stopniu zazdroszczę (szczególnie dystansu), bo zawsze chciałem coś takiego zrobić.

O siódmej wstaje lekko wygłodzony. Trochę się dziwie, że bohater też już na nogach bo nie będzie czasu marnował. Trzy godziny snu po 500 km. To się nazywa dopiero regeneracja. Uspokajam się dopiero gdy spotykamy się na plaży i mówi mi, że dzisiaj pierwszy raz od niepamiętnych czasów nie poszedł rano pobiegać…

Po 11-tej rozdanie medali. Trochę się zdziwiłem. Każdy kto ukończył wyścig otrzymuje swój medal z dystansem i czasem pokonania. Atmosfera rodzinna, oklaski, każdy uczestnik podchodzi pojedynczo i odbiera trofeum. To na pewno niesamowite przeżycie dla wszystkich. Każdy jest bohaterem. Nie ważne czy champion, czy ten z tyłu stawki. Tak samo zasługuje na to ten, który przyjechał o 4 rano po przejeździe 500 jak i 250 km.

Wszyscy stoczyli niesamowitą walkę pokonując swe słabości. No właśnie czy wszyscy?

Wszyscy oprócz jednego.

Mnie jest po prostu wstyd. Żeby odbierać nagrodę trzeba na nią zasłużyć. Dla takich jak ja powinien być na mecie pomiar tętna i w przypadku jeżeli średnie z wyścigu będzie poniżej HR 70%MAX medal się nie należy. Gdyby wiedział, że będzie coś takiego po odbiór medalu bym nie przyszedł. Nagrzeszyłem mocno. Grzechy swoje wyznałem i jako pokutę wyznaczam sobie wyścigowe zaliczeniu supermaratonu. Szkoda, że następny PP, na którym będę mógł wystartować dopiero za rok.

A impreza naprawdę godna polecenia.

Jestem jednak grzesznikiem a nie cyborgiem i w bieżącym roku jeszcze nagrzeszę.

Kolejny raz już w Szczawnie na mojej ulubionej górze Chełmiec.

tekst ze strony Towarzystwa Cyklistów Pruszków 

Zdjęcia

Facebook