Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Pierwsza impreza
25 kwietnia 2005
Spreewaldmarathon w Cottbus 2005
10 maja 2005

Paweł Koralewski


(23-24 kwietnia 2005)

Już po ubiegłorocznym bardzo udanym starcie w świnoujskim maratonie w głowie świtała myśl, aby w kolejnym roku powtórzyć tą interesującą przygodę. Kiedy pod koniec roku podano dokładny termin imprezy stało się jasne, że wczesna pora wymusi szczególne przygotowanie treningowe. Mimo chłodu i śniegu pierwsze jazdy zacząłem z początkiem marca. Była to jedyna możliwość, aby półtora miesiąca później myśleć o tym starcie. I kiedy wszystko zdawało się mi sprzyjać, na tydzień przed maratonem – na liczniku miałem już przejechane ponad 1200 km i czułem, że jestem w dobrej formie – jak na złość przyplątało się choróbsko – niby niepozorne, bo „tylko” zapalenie gardła. Jak się później okazało, nie chciała mnie ta „paskuda” opuścić prawie przez cały tydzień.

Czwartkowe popołudnie. Czas na pakowanie plecaka. Dobrze, że jest duży bo wpycham tam kilogramy, jeśli nie dziesiątki kilogramów samych „najpotrzebniejszych rzeczy” – z przewagą ubrań. Jak się później okaże, przydało się wszystko co do jednej skarpetki… Wyruszam z Poznania. Czeka mnie teraz blisko 7 godzin podróży pociągiem, która okazuje się całkiem wygodna, jak na warunki naszego PKP. Dwugodzinną przesiadkę w Szczecinie wykorzystuję na spotkanie z rodziną. Kuzynka pakuje rower (i przy okazji mnie też) do swojego bordowego poloneza i dzięki brawurowej jeździe przez to piękne miasto portowe już po kilku minutach piję herbatkę z krewnymi. Wracając w ostatniej chwili zdążamy na pociąg do Świnoujścia. Na miejscu jestem tuż przed 22. Portier jest nieco zakręcony i wyraża wielkie zdziwienie, że już przyjechałem. Pierwszych uczestników spodziewano się w piątek. Mimo jego zachęcających propozycji, aby przenocować na dworze w końcu dostaję klucz od domku i tam śpię. Domek kempingowy zimny. Niezbędne do przetrwania nocy okazują się szalik i czapka! Na dworze w końcu tylko 2 stopnie.

Piątek to cały dzień wypoczynku nad morzem. Sporo czasu spędzam na plaży, próbując uleczyć moje gardło zdrowym nadmorskim powietrzem. Wyśmienita bezchmurna pogoda tym bardziej zachęca do tego, aby spędzić czas właśnie na takim relaksie. W ciągu dnia poznaję dwóch współlokatorów mojego domku. Zarówno pan Krzysztof Zaborowski z Kędzierzyna-Koźla jak i pan Bogusław Szyszka z Krakowa już nie po raz pierwszy startują w maratonie, więc wymieniamy się swoimi doświadczeniami i komentarzami. Jednym słowem wszystko kręci się wokół roweru. Wieczorna odprawa techniczna to okazja do spotkania większości uczestników zawodów. Mimo miłej atmosfery nie czuję się tam dobrze. Ujawnia się zmęczenie po całym dniu spacerów, a dodatkowo gorączka potęguje nieprzyjemne uczucie. Gdy mamy już wracać na kemping, gdzie większość z nas mieszka, organizator – pan Rusak informuje nas, że w ośrodku są problemy z prądem. Na miejscu okazuje się, że faktycznie światło gaśnie co kilka minut. Przezorność (i to całkiem słuszna i uzasadniona) uczestników maratonu, którzy słysząc zapowiedzi nocnych przymrozków, wypożyczyli piecyki elektryczne do domków, okazała się zabójcza dla wątłej instalacji elektrycznej ośrodka. Tak więc wieczorny prysznic biorę przy świetle… lampki rowerowej :)

Sobota rano. 6:30. Najwyższa pora, aby wstać. Niezłe samopoczucie nie idzie niestety w parze z kondycją fizyczną. Po nieco wymuszonym śniadaniu przychodzi jednak czas na start. Ubieram się wyjątkowo ciepło, ale przecież na dworze jest raptem +5 stopni! Potem okazuje się, że przez pierwsze dwie godziny i tak przyjdzie mi marznąć, a ręce pomimo dwóch par rękawiczek staną się jednym z czynników zniechęcających do dalszej jazdy… Na sam początek do jazdy musi mnie zachęcić cudownie niebieskie bezchmurne niebo oraz emocje, których w takich momentach nie brakuje. Na samą myśl tego, co mnie czeka, cieszę się jak małe dziecko.


Poranek tuż przed startem


Tuż przed wyjazdem

Ruszamy! 109 uczestników startuje w 15-osobowych grupkach co 5 minut. Szczęśliwie załapuję się do drugiej grupy (z numerem startowym 29) i już o 8:35 zaczynam maraton. Początkowy kilometr to próba jazdy wraz z czołówką mojej grupy. Lepiej jednak na spokojnie przyzwyczaić organizm do nowych warunków. W końcu przez cały tydzień praktycznie nie jeździłem na rowerze, a teraz mam to robić prawie przez pół doby! Początkowy chłód bardzo mocno daje się we znaki i przez pierwsze dwie godziny po głowie krążą myśli o rezygnacji. Później jednak jest już tylko lepiej. Do pełni szczęścia brakuje peletonu lub chociażby peletoniku, do którego mógłbym się przyłączyć. Ostatecznie na pierwszy (w Stepnicy, 54 km) jak i na drugi punkt kontrolny (w Goleniowie, 72 km) dojeżdżam samotnie, mijany przez dziesiątki osób, które wystartowały później ode mnie. Brakuje jednak sił, aby podnieść sobie poprzeczkę…


Punkt kontrolny i bufet przy stacji w Goleniowie


Chwila oddechu i przekąska w Goleniowie

W Goleniowie spędzam prawie 20 minut i dogania mnie tam inna Lubuszanka, z naszego zielonogórskiego Klubu, Kasia Ignasiak. Na dłuższą pogawędkę nie ma niestety czasu, gdyż wszyscy w pośpiechu konsumujemy pyszne kanapki, banany i popijamy to wszystko ciepłym isostarem, który okazał się zbawienny w tych warunkach termicznych. Czas ruszać dalej i, jak na złość, nadal będę jechać samemu. Ponieważ jestem już za 1/3 trasy dochodzę do wniosku, że przyjdzie mi się pogodzić z tym losem i odpowiednio do tej sytuacji dopasować siły. Słońce nieprzerwanie przygrzewa i robi się coraz cieplej, w pewnym momencie nawet +12 stopni. Powoli dojeżdżam do Szczecina. Tam spotykam Pawła Skarżyńskiego. Pamiętam go jeszcze z ubiegłorocznego maratonu – szczecinianin, mój rówieśnik. W tym roku nie startuje oficjalnie, ale postanowił przejechać z innymi uczestnikami choć kilkadziesiąt kilometrów. Okazuje się, że spotyka mnie wielkie szczęście, bo właśnie on kieruje mnie przez cały Szczecin i razem (choć chwilami w odległości 100 m) dojeżdżamy do granicy w Lubieszynie. Tutaj pani ze Straży Granicznej, widząc jak powoli czaję się, podjeżdżając do niej z dowodem, zaczyna energicznie machać rękami krzycząc: „Kolarz! Jechać, jechać!”. Po tej dość zabawnie wyglądającej scenie jestem już na terenie RFN. To chyba dla mnie przełomowy moment. Po chwili mijam połowę trasy i utwierdzam się w przekonaniu, że i tym razem się uda! Sprzyjający wiatr w plecy niesie mnie po niemieckich drogach jak na skrzydłach. Zdumiewające było to, że górki pokonywało się tam łatwiej niż wcześniej zjazdy po polskiej stronie. Zaczarowane drogi? Brak oporów tocznych? Cokolwiek to było to aż do Pasewalku (155 km) godzina jazdy była czystą przyjemnością. Ja nabrałem jeszcze większej chęci do jazdy, rowerowi „chciało się” jechać i ten odcinek był właśnie kwintesencją tego, co kocham w jeździe na rowerze, a zarazem okazją do jak najbardziej czynnego wypoczynku w pełnym tego słowa znaczeniu. W Pasewalku trzeba zmienić kierunek jazdy z zachodniego na północny. I tu zaczynają się „schody”. W tym momencie jadę pod wiatr i wiem, że tak już będzie do końca… Odległy o 10 km kolejny punkt żywieniowy zdaje się oddalać coraz bardziej, a woda kończy się zbyt szybko… Kiedy zaczynam przeczuwać, że może niepostrzeżenie przejechałem punkt kontrolny, spotykam dwóch kolarzy, od których dowiaduję się, że zostały mi do niego jeszcze jakieś 2 km. Jak na skrzydłach gnam, aby choć chwilę tam odpocząć i zregenerować siły.


Parking leśny w okolicach Pasewalku

15:50. W nogach już 165 km. Postój na parkingu leśnym to prawdziwa przyjemność. Uzupełniam zapasy wody w bidonie, jak i pustki w moim żołądku. Przesympatyczny organizator pan Rusak na prośbę o dodatkowego Snickersa wciska mi do ręki dwa batony. Teraz jeszcze tego nie wiem, ale 4 godziny później okażą się one niezbędne. Na parking stopniowo zjeżdża się coraz więcej osób. Spotykam m.in. pana Krzysztofa Zaborowskiego z mojego domku. Dojeżdża także Mariusz Cieślik na jedynym w maratonie poziomym (!) rowerze – dość osobliwa ciekawostka. 16:30. Szkoda tracić więcej czasu. Znów samemu ruszam w ostatni, 80-kilometrowy odcinek. Przez kilkanaście kilometrów widzę dwie postacie jadące około 300-400 metrów za mną. Niestety, w pewnym momencie znikają z pola widzenia. Także tym razem żadna grupka się do mnie nie przyłączy… Do uroczego, a przede wszystkim wyjątkowo bezwietrznego jak na ten dzień, miasteczka Anklam 50 km przed metą wjeżdżam przy dźwięku dzwonów kościelnych, które jakby same chciałyby mi dodać otuchy.

Zbliża się wieczór, a ja zbliżam się do wyspy Uznam. Choć cały czas jadę pod wiatr, to nawet przez myśl mi nie przechodzi, co będzie, kiedy przejadę most łączący wyspę ze stałym lądem. W plecy wciąż przygrzewa słońce, po mojej lewej stronie roztacza się piękny widok łąk i tuż za nimi cieśniny Peene. I właśnie znad tej morskiej cieśniny wieje porywisty, przenikliwie chłodny (nawet do +3 stopni) wiatr czołowy skutecznie utrudniając mi jazdę. Chwilami po drodze płaskiej jak stół jadę tylko 17 km/h, choć wkładam w to wszystkie swoje siły. Ku mojej radości ta męczarnia trwa tylko lub aż godzinę. Z ostatnich godzin jazdy pamiętam niewiele, w głowie tkwiła już tylko myśl, aby bezpiecznie dojechać do mety, a oczy były wlepione w asfalt. Jedyny ciekawszy moment to spojrzenie w tył na cudownie pomarańczową tarczę zachodzącego słońca i równie uroczą srebrną tarczę właśnie wschodzącego księżyca w pełni. Choć do mety pozostaje już tylko 10 km, to jeszcze „udaje” mi się zabłądzić na leśnej ścieżce między Korswandtem a Ahlbeckiem, na którą wjeżdżam zamiast ścieżki rowerowej… Na granicy melduję się o zmierzchu. Zwalniam tylko tak pro forma, bo dokumentów oczywiście nikt nie chce widzieć.


Wielka radość na mecie

20:38. Meta. Tu spotykam moich rodziców, którzy dość niespodziewanie wybrali się „pospacerować nad morzem” i Tomka Ignasiaka, który niecierpliwie oczekuje przyjazdu swojej żony. Przez chwilę mam dość roweru i nawet myślę sobie, że to już mój ostatni maraton, ale nie trwa to długo… Jeszcze przed pewien czas nieco półprzytomny krążę między domkiem a metą. Po kilkudziesięciu minutach dojeżdża także zmarznięta Kasia Ignasiak. Później nadchodzi czas na zasłużony wypoczynek.


Medale i puchary czekają na najlepszych

Rano w niedzielę budzę się zdrowy i jak gdyby „w pełni sił”. Mam już ochotę na kolejny maraton, bo wiem, że warto było przyjechać do Świnoujścia. Tuż przed południem ma miejsce miła uroczystość wręczenia wszystkim uczestnikom medali pamiątkowych, a najlepszym – pucharów. Na szczególny podziw zasługują ci, którzy mimo przymrozków, jadąc nocą, pokonali 2 pętle czyli 510 km! Wielki aplauz zbiera także, nieliczne w gronie 107 maratończyków, 5 kobiet. Po uroczystości kemping „Relax” pustoszeje. Miłośnicy kolarstwa żegnają się do następnego maratonu, wywożąc ze sobą po raz kolejny niezapomniane miłe wspomnienia :)


Najdzielniejsi maratończycy – pokonali 510 km!


Kasia i Paweł – Lubuszanie-maratończycy


Załoga domku nr 3 po dekoracji
źródło Lubuszanie 73

Facebook