Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Sezon 2009 według Klana. Pana Klana :)
13 listopada 2009
Przecieki z wiarygodnego źródła na temat PB 2010
23 listopada 2009

Maratony szosowe są z intencji imprezami dla wszystkich rowerzystów, wszystkich tych, których ambicja i umiejętności nie predestynują do ścigania się profesjonalnego, ale także dla nieposiadających zacięcia do rywalizacji.

Głównymi ich zadaniami są propagowanie zdrowego stylu życia, turystyki rowerowej, promowanie atrakcyjnych miejsc kraju i integracja braci rowerowej. Są to nierzadko przygody, w trakcie których łatwo można nawiązać bardzo ciekawe znajomości. A stąd już bardzo krótka droga, by maratony szosowe uczynić stylem życia.

Imprezy te przyciągają cyklistów o bardzo zróżnicowanych umiejętnościach i poruszających się na zróżnicowanym sprzęcie (organizatorzy wprowadzili kategorię rowerów „innych”, by nieposiadający szosówek ani rowerów zbliżonych do nich parametrami mogli rywalizować we własnym gronie). I mimo że na starcie pojawia się po kilkaset osób, większość ścigantów znajduje dla siebie odpowiednie cele do osiągnięcia: dla jednych to będzie podium czy miejsce w pierwszej szóstce, dla innych zmierzenie się z dystansem, a dla kolejnych zminimalizowanie strat do najlepszych czy pokonanie znajomego. Są też tacy, których bawi sam udział w zawodach.

Dystans do swoich osiągnięć
Wydaje się, że podstawowym obowiązkiem maratończyka powinno być zachowanie dystansu do osiąganych przez się rezultatów. Należy przecież pamiętać, że supermaratony są imprezami z gruntu amatorskimi i nawet jeśli zwycięzca poszczególnej edycji czy nawet całego cyklu jest człowiekiem znakomicie wytrenowanym, to wciąż mu wiele brakuje do tych najlepszych – zawodowców, którzy ścigając się, zarabiają pieniądze. Nie znaczy jednak, że najlepszym maratończykom nie należy się podziw. Przeciwnie, należy się szacunek i wielkie brawa za talent i sumienność, a przede wszystkim za wiele wyrzeczeń i włożoną w swą pasję pracę.

Ale to wszystko dotyczy także pozostawionych w pokonanym polu rywali. I tych, którzy stracili do zwycięzcy kilka sekund czy minut, ale także tych, którzy tracili godzinę, dwie… Również tych, których pokonał dystans. Jednak zdarzają się i tacy maratończycy, dla których zwycięstwo ma zbyt wielką rangę. Zwyciężając, czują się, jakby zdobyli kolarski Olimp. Niektórym z kolei bliska jest idea zwycięstwa za wszelką cenę, i zwyczajnie oszukują konkurentów. Z pewnością decydującym o tym czynnikiem jest czasami ułomna natura ludzka, ale nieraz wpływ na to mogą mieć inne czynniki.

Skąd niedomówienia
Czy to przez nazewnictwo? Uzasadnienie nazwania maratonu MTB w ten właśnie sposób jest oczywiste. Wyścigi MTB są po prostu krótsze, trwają zazwyczaj półtorej – maksymalnie dwie godziny, więc wprowadzenie kategorii maratonu MTB, który jest znacznie dłuższy, ale i zazwyczaj poprowadzony mniej selektywną trasą, jest całkowicie racjonalne. W przypadku maratonu szosowego jest nieco inaczej. Bo owszem, zdarzają się na niektórych imprezach dystanse ultra, mierzące znacznie więcej niż nawet najdłuższe klasyki w zawodowym peletonie, jednak w nich bierze udział ledwie garstka największych twardzieli, a pozostali mierzą się z dystansami nie dłuższymi niż zwykło się wytyczać do przejechania na standartowych wyścigach kolarskich (dystanse mega i mini są od nich krótsze).

Oczywiście, jeśli na dystans 80, 160 czy 240 km spojrzeć z punktu widzenia osoby niejeżdżącej na rowerze, jeżdżącej nieregularnie czy tylko lekko wytrenowanej, to są to dystanse maratońskie i z tej perspektywy ich nazewnictwo się broni. By jednak nie było niedomówień co do maratońskości maratonu, warto by je określić jako po prostu amatorskie.

Amator – piękny wyraz
Nie ma się co zżymać na amatorszczyznę, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę jej łaciński źródłosłów. Amare, czyli po prostu: kochać! Amator więc to osoba, która to, co robi, robi z pasją, z miłością. Profesjonaliście nic nie ujmiemy, nazywając go profesjonalistą, raczej poklepiemy po ramieniu, chwaląc profesjonalne zachowanie. Natomiast amatorszczyzna w mowie potocznej zawędrowała w dość nieciekawe miejsce, gdzieś poza granice fachowości, rzeczowości, ale przecież całkiem niesłusznie, skoro amator to osoba działająca z najszlachetniejszej z pobudek. Zresztą wystarczy spojrzeć na osobę oddającą się z miłości, i przeciwstawić ją osobie oddającej się profesjonalnie…

Wcale nie trzeba kierować się Filozofią wina Beli Hamvasa, by zauważyć, po której stronie znajdują się słuszne wartości. Za to z tym większą łatwością przyjdzie nam oddać sprawiedliwość amatorszczyźnie.

Być może takie postawienie sprawy, nazwanie pasji pasją, sprawi, że maratony szosowe nie będą traktowane przez sporą część uczestników jako wyścigi. Chociaż wszędzie, gdzie jest rywalizacja, klasyfikacja, pojawia się także wyścig o jak najwyższą lokatę i nawet amatorszczyzna tego nie ukróci. Niemniej jednak amatorszczyzna może złagodzić dość niefortunny – moim zdaniem – i chyba trochę na wyrost przypisany tytuł trofeum, o jakie maratończycy się zmagają.

Puchar Polski w Maratonach Szosowych, a zwłaszcza ten puchar Polski, sugeruje najlepszość, i to absolutną, w dziedzinie maratonów szosowych, a to przecież nie do końca tak. Nie chcę tu nikogo urazić ani deprecjonować niczyich osiągnięć, do których sam nie jestem w stanie się zbliżyć, jednak mam nieodparte wrażenie, że przydałoby się w nazwie cyklu wyraźne wskazanie – o którym wszak wiedzą jego uczestnicy – jaki ma on charakter. W kontekście pucharu Polski wydaje mi się to konieczne, by nikt nie miał roszczeń co do znaczenia zdobytego tytułu, być może, by nie miał pomysłów przekształcenia cyklu w bardziej dosłownie pojmowane wyścigi kolarskie, by w końcu zwiększać ich poziom sportowy.

Amatorskie maratony szosowe mają swój urok i są organizowane przez amatorów w najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie widzę zatem przeszkód, by cykl nie miał się nazywać Amatorskim Pucharem Polski w Maratonach Szosowych czy Pucharem Polski w Maratonach Szosowych Amatorów, a może jeszcze jakoś inaczej…

Kategorie
Podobno nie należy mnożyć bytów ponad miarę, ale może jednak? Jak się zdążyłem zorientować, co roku odbywa się burzliwa dyskusja nad tematem podziału rowerów na szosowe i inne. Także i ja chciałbym – poniewczasie – zabrać w niej głos, bo dopiero teraz wpadło mi do głowy coś, czym bym chciał się podzielić. Mianowicie, wydaje mi się, że przydałaby się kategoria pośrednia pomiędzy szosą a rowerami typu „inne”.

Wtedy to do kategorii szosa wliczałoby się wszelkie rowery wyścigowe z „barankiem” lub lemondką – bez względu na grubość opon – oraz pozostałe rowery o oponach do 25 mm (albo 23, kwestia do dyskusji);
Inne I, czyli trekingi, crossy i MTB na oponach grubszych niż 25 (23) mm, jednak nie przekraczających 35 mm;
Inne II, czyli trekingi, crossy, MTB, składaki itd. na oponach szerszych niż 35 mm.

(Rzeczowego i dokładnego przedstawienia tego punktu się nie podejmuję – powyższe z pewnością jest niekompletne i może zbyt naiwne – po prostu nie dysponuję zbytnią wiedzą nt. budowy rowerów, choć rower – jaki jest – każdy widzi).

Wada rozwiązania – rozmnożenie kategorii o 50% oraz skomplikowanie wystarczająco już skomplikowanego w tym miejscu regulaminu.

Zaleta – brutalne wydzielenie szosowców z grona pozostałych maratończyków oraz wyjście naprzeciw potrzebom tym cyklistom, którzy nie czują się na siłach, by rywalizować z szosówkami, a nie chcą na siłę kombinować ze sprzętem, by się podczepić pod bliższą sobie kategorię. Istotny wydaje mi się czynnik, który zaliczyłem już do wad: zwiększa się ilość maratończyków, którzy będą rywalizować o konkretne cele.

Dobry

Facebook