Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Nowe galerie zdjęc 2007
26 listopada 2007
,,Klasyk Kłodzki" 2005 to nasz kolejny cel
28 listopada 2007

Relacja z Pucharu Polski w Maratonach Szosowych (Łobez 14-15 Maja 2005)

W szkole pada hasło; Odbędzie sie maraton. Dystanse to: 110, 220, 330 km. Czemu miałbym nie spróbować…??Jak później się okazuje kilku dobrych kumpli też się zapisuje. No to nie jestem sam. Tylko jak wygląda taki maraton ?? Od razu korzystam z wynalazku XXI wieku; Internetu. Kilka minut i już wszystko wiem. Znam regulamin, trasę, przeciwników, datę itp. itd.

Nie pozostaje nic innego jak przygotować rower i potrenować. Jak się później okazało tych treningów były może ze cztery. Zrobiłem je razem z Kamilem (łącznie jakieś 200km.) Tylko czy to wystarczy…?? Zostają dwa dni do maratonu. Spotkanie z organizatorem, kilka cennych uwag i juz żyjemy tylko samym wyścigiem. Dzień przed maratonem wybieramy się na odprawę techniczną (otrzymujemy kilka wskazówek, numery startowe) i wracamy do domu z myślą że jutro wielki dzień.

Wieczorem ostatnie przemyślenia jeżeli chodzi o ubiór i jestem gotowy: rowerek wyszykowany czeka w garażu, ubiór gotowy, napoje i snickersy też. Na starcie spotykam się z Kamilem, Albinem, Markiem, Piotrkiem, Krzyśkiem i Błażejem. Jesteśmy w IV grupie startowej, startujemy o 8,15. Wyczytują nasze nazwiska i z wielkim zdenerwowaniem czekamy na machnięcie chorągiewką. Jest!! Ruszyliśmy… Postanawiamy jechać w 5-osobowej grupie. narzucamy tępo treningowe aby się rozgrzać 26-27 km/h. Nasz pierwszy cel to resko i punkt kontrolny oraz żywieniowy. Cały czas wieje w plecy. Po drodze mija nas kilka grup szosowców. Widać że chłopaki ostro trenowali i mają zamiar ostro walczyć. Przez pierwsze kilometry rozgrzewamy mięśnie na wietrze wiejącym prosto w twarz.

Ogólny stan zawodników jest dobry. Nawzajem spoglądamy jeden na drugiego. I oto przed nami Resko a w nim pierwszy punkt kontrolny i żywieniowy. Uzupełniamy wodę i żarełko i ruszamy. Ostatnie zerknięcie na licznik: średnia 27km/h. Nie jest źle. Z Reska wyjeżdżamy razem. Staramy się utrzymać szyk i jechać miarowym tempem. Jednak zaraz z Ługowiną pojawiają się pierwsze problemy. Ktoś odpada, komu spada łańcuch. Zawracamy ale juz jest OK. Kumple po mału zaczynają odczuwać pierwsze zmęczenie. Wyrywam do przodu, chłopaki zostają. Ostatni raz odwracam się do nich ale słyszę: Jedź!! Po tym stwierdzeniu układam sie i przyśpieszam, żeby wyciągnąć prędkość. Pierwsze wzniesienie i już ich nie widzę. No niestety…Będę jechał sam. Nie mam licznika…Jadę na wyczucie…Mijam pierwszych kolarzy. Wymieniamy spojrzenia i zostawiam ich z tyłu.

Do Radowa Małego jadę ostro. Kumple z grupy całkiem zniknęli mi z oczu. Teraz staram się obierać jakieś punkty i je gonić. Najczęściej są to inni rowerzyści. Jednak nie tylko ja wyprzedzam. Sam zostaje wyprzedzony przez kilka mocnych grup zawodowych szosowców. Ale nie przejmuje się tym. Myślę sobie: jest dobrze; tępo utrzymuje (tak mi się przynajmniej wydaje), kumpli nie widać nawet na długich prostych, nie odczuwam zmęczenia. Wszelkie partie mięśni przyzwyczaiły się do wysiłku. Co jakiś czas prostuje sylwetkę żeby kręgosłup trochę się rozruszał. Wjeżdżam do małej miejscowości za Radowem Małym: Pogorzelica. Kilkoro dzieci siedzi na płocie i krzyczy żebym jechał szybciej. Podoba mi się to…To dodaje otuchy i siły. Przed sobą widzę rozjazd ale nie widzę znaku. Decyduje się skręcić w lewo i zaraz po tym słyszę: nie w tą stronę synku!! Oni jadą w prawo!! To jakieś dwie babcie siedzą na podwórku…Ostro naciskam klamkę hamulca, kolo się blokuje i już jestem na właściwej trasie. Ostatni obrót w stronę dwóch kobiet i głośne: dziękuje!!

Narzucam tępo żeby nadrobić stracony czas. Odwracam się do tyłu, reszty mojej grupy nie widać. Odcinek Radowo Małe- Dobra pokonałem w szybkim tempie. Nawierzchnia była dobra, samo nachylenie też nie najgorsze: kilka górek, które pokonuje bez większego problemu. Podnoszę głowę do góry i cóż widzę…Dobra. Czyli jestem przy kolejnym punkcie. Szybko zerkam na oznakowanie. O rany!! Muszę się cofnąć do miasta. Dojeżdżam do centrum. Dwie miłe dziewczyny spisują numer i uzupełniają mi bidon. Dostaję banana, snickersa i ruszam dalej. Ku mojemu zdziwieniu widzę przed sobą Kamila. Doganiam go i krzyczę: wracaj do punktu kontrolnego!! Kamil dopiero się opamiętuje. Ostro hamuje i wraca. Zdążyłem tylko usłyszeć jak krzyknął: dzięki!! Znów jestem na trasie. Połykam banana, popijam wodą i tnę dalej. W połowie trasy między Dobrą a Węgorzynem zaczynam opadać z sił. Zjadam batona ale nie jest najlepiej. Teren okazuje sie coraz bardziej pagórkowaty. Przecież muszę dojechać!! Widzę z przodu kolarza w białej koszulce i obieram go sobie jako cel. Ostrzej naciskam na pedała i zbliżam się do niego. Jak sie okazuje to kolega z Łobza. Chwilę mocujemy się, który wytrzyma tępo około 35 km/h (na moje oko) i zaczyna odpadać. Przyśpieszam choć zaczynam odczuwać c oraz większy wysiłek. Żeby było śmieszniej trasa staje się jeszcze bardziej górzysta. Kolejne górki dają się we znaki.

Wyciągam z kieszeni mapę i jako kolejny cel obieram sobie Węgorzyno- musze tam dojechać, a zaraz za nim jest punkt kontrolny i żywieniowy (mój zapas już się kończył, właśnie zjadałem ostatniego batona i popijałem go ostatnimi łykami wody). Przed samym Węgorzynem jest już gorzej niż źle. Kryzys staje sie trudny do zniesienia. Ostatnią górkę przed Węgorzynem zdobywam na stojąco. W Węgorzynie sporo przechodniów zwraca na mnie uwagę. To mi daje motywację do dalszej jazdy. W Węgorzynie musze pokonać dużą górkę i wyskakuje na piękną trasę: nowiutki asfalt, mały ruch samochodów, a przedemną przepiękny i zarazem potężny zjazd. W końcu odpocznę. Zerkam n mapę i widzę kolejny punkt kontrolny i żywieniowy w Wiewiecku. Jednak do niego jeszcze kawałek. Ale motywacja jest. Będzie dobrze- powtarzam sobie. Oglądam się za siebie ale nie widać nikogo. Najwyraźniej peleton bardzo si ę rozciągnął. Z tyłu nikogo, z przodu też nie. Jadę dalej choć nawet motywacja przestaje wygrywać ze zmęczeniem.

Dobrze że przynajmniej przestało tak wiać i nie pada, choć temperatura nie jest imponująca. Dojeżdżam do Wiewiecka – kumpel wydaje mi żarcie i pyta czy ciężko… Kiwam głową i proszę o jeszcze jednego banana i snickersa. Uzupełniam wodę (bidon był już suchy) i włączam się do ruchu. Od razu zjadam 2 banany i czuje, że jest lepiej. Ból w nogach mija, głód i pragnienie przestały dokuczać. Znowu przyśpieszam. Ostro pedałuje utrzymując (jakieś tam) tępo. Trasa staje się przyjemna. Żadnych podjazdów, wręcz przeciwnie…Kilka ostrych zakrętów, nawet nie zwalniam i nadrabiam co straciłem przed Węgorzynem. Dojeżdżam do Przytonia i widzę przed sobą potężną górkę. Dam rade- mówię sobie i jeszcze mocniej naciskam na pedała. Górka okazuje się w miarę łagodna i już jestem na niej. Jadę kawałek i widzę niewielkie wzniesienie. Postanawiam przyśpieszyć i staję na pedałach. I to był mój błąd. W tym momencie łapie mnie skurcz w lewej nodze. Ból jest niesamowity. Przestaje pedałować i popełniam drugi krytyczny błąd- prostuje prawą nogę. Łapie mnie drugi skurcz w prawej nodze. Zjeżdżam na pobocze i przewracam się na trawę.

Próbuje rozmasować mięsnie, ocieram najpierw jedną nogę potem obie, następnie obie na raz. Ból bardzo pomału mija. Jednak był straszny. Mija mnie 2 zawodników i pyta o problem. Kiedy odpowiadam, że to skurcz uśmiechają się i jadą dalej. No nic. Po mału wstaje i próbuje wsiąść na rower. Ostry ból mija jednak już wiem, że ten ostatni odcinek będzie straszny. Każdy ruch korbą powoduje ból i silne napięcie mięsni. Mam wrażenie, że zaraz złapią mnie kolejne skurcze. Delikatnie przyśpieszam i pamiętam żeby nie jechać na stojąco. Mam problem z każdą górką. Obracam się do tyłu z myślą, że zobaczę kumpli ale ku mojemu zdziwieniu ich nie ma. Wyjeżdżam na drogę Łobez- Węgorzyno i wiem że mi się uda. Znam tu każdy zakręt i każde drzewo przy drodze. Z nikłymi nadziejami odrobienia straconego czasu, postanawiam przyśpieszyć. Nogi bolą ale jakoś jadę. Jeden zakręt, drugi, górka mostek, ostatnia prosta i widzę przedmieścia Łobza. Udało się…Udało…Mijam znak Łobza i pociągam wody z bidonu jak szampana z lampki i jadę dalej. Teraz w myślach mam poszczególne odcinki Łobza, które będę zaraz mijał. Jest CPN, przejazd kolejowy, komis, pogotowie i już jestem między domami. Jeszce jakieś 500 m. Ludzie z podziwem patrzą na mnie, jakbym był w tym momencie jakimś gościem.

Mijam stare boisko i widzę metę. Udało się!! Ostatni raz obracam się do tyłu ale nie ma nikogo. Ani moich kolegów ani innych kolarzy. Mijam linię męty, sędzia spisuje mój numer startowy (56) a ja już siedzę na chodniku i popijam wodę z bidonu. Jesteś wielki Hubert – pomyślałem i zaczynam dzwonić do rodziców: Mamo, dojechałem.

autor: Rupert

tekst za strony Bzykacze Łobez 

Facebook