Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
28.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Grupy startowe w Iławie
15 września 2011
Dopiero Łobez wyłoni zwycięzców Pucharu Polski?
19 września 2011

Ten maraton to była Wielka Improwizacja. Prawie do końca nie było wiadomo, czy Jeziorak Tour w tym roku się odbędzie, a jak już się okazało, że tak, to nadal informacje na stronie były umieszczane w sposób nader oszczędny. Niewiele było wiadomo i organizacja zdawała się nie być najlepsza.

Mimo tego i pomimo, że z Iławskiego Maratonu 2009 r. nie mam dobrych wspomnień (na krajowej siódemce został potrącony przez samochód mój kolega Darek), jakby na przekór, postanowiłam wziąć udział w tym maratonie. Niemałą rolę tu odegrali koledzy z Iławy: Robert Neugebauer i Marian Maciejewski.

Obaj jeżdżą na maratony szosowe, zawsze bardzo miło jest ich spotkać, pogadać, podzielić się wrażeniami. Obaj zawsze w swoich charakterystycznych biało-niebieskich strojach kolarskich godnie reprezentują Iławę. Pojechałam zatem głównie dla nich, namawiając do jazdy również Krzysia i Darka.

W czwartek przed maratonem nadal nie wiedzieliśmy, czy będziemy mieli zapewniony nocleg w schronisku. Możliwość noclegu w tym obiekcie została ogłoszona bardzo późno, a organizator twierdził, że aby móc uruchomić ten nocleg musi uzbierać przynajmniej 20 chętnych. Zbyt mało czasu i zbyt późne ogłoszenie sprawiły, że nocleg w schronisku nie wypalił.

Tak więc w czwartek przed wyjazdem nasza trójka: ja, Krzysztof i Darek zostaliśmy z ręką w nocniku. Organizator p. Wojtek starał się nam pomóc. Znalazł kwaterę w Szałkowie, gdzie były: start, meta i impreza integracyjna. Cena jednak (jak dla nas) okazała się zaporowa. Szybko stało się więc jasne, że będziemy nocować w namiocie (tak jak przed maratonem w Gryficach). Nie było by w tym nic złego, gdyby nie to, że w czwartek późnym wieczorem rozbolało mnie gardło, a noc z piątku na sobotę miała być zimna…. W akcie desperacji napisałam maila do Mariana z Iławy, czy ma możliwość przenocowania nas u siebie.

Piątek – jedziemy na maraton

Wyszłam z pracy 4 godziny wcześniej niż zwykle. Szybko zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy w drogę do Iławy. Mimo, że czułam się średnio, tradycyjnie w drodze „do” auto prowadziłam ja. Tym razem moim głównym posiłkiem na trasie był czosnek hihi. Kiedy dojeżdżaliśmy do Iławy, zadzwonił telefon. Nieznany numer. Okazało się, że to Marian, który właśnie odczytał mojego desperackiego maila. Było mu nas strasznie szkoda, ale sam nie miał możliwości przenocowania nas u siebie. Zapewniał jednak, że coś postara się nam załatwić.

Na pole kempingowe dotarliśmy z zapasem czasu. Jeszcze za jasności rozbiliśmy namioty i poszliśmy na odprawę. Spotkaliśmy tam Mariana i Roberta z córką Eweliną. Robert opowiadał nam o niej w Kołobrzegu, teraz była okazja by poznać się osobiście. Ewelina, która wcześniej jeździła w maratonach MTB, miała podczas tego maratonu zadebiutować na szosie. Jeszcze przed odprawą Marian zdążył powiedzieć Robertowi i Ewelinie o naszych noclegowych problemach. Okazało się, że Ewelina może nas przenocować u siebie. Z pewną nieśmiałością i ogromną wdzięcznością zgodziliśmy się.

Sama odprawa przebiegała bardzo chaotycznie. Przede wszystkim niewiele słyszałam, bo nikt nie załatwił dla organizatora mikrofonu. Udało mi się jednak wyłapać ważną dla mnie informację: mianowicie, że można zmienić w dniu wyścigu dystans. Generalnie jestem zwolenniczką istnienia takiej opcji w uzasadnionych przypadkach, takich jak np. choroba lub podła pogoda, albo poważna awaria roweru. Chore gardło mogło mi uniemożliwić pokonanie zadeklarowanego dystansu Giga. Ucieszyłam się, że w razie czego mogę zjechać z trasy wcześniej. Choćby po jednej rundzie.

Po odprawie pojechaliśmy na kemping wycofać naszą opłatę za namioty i spakować się. Około 22:00, czyli o godzinie zdecydowanie mało wizytowej, nasza trójka zameldowała się u Eweliny i jej rodziny w domu.

Sobota – 3 razy dookoła jeziora

Gdybym zaczęła się chełpić, że 3 razy objechałam dookoła jezioro Swarzędzkie, na nikim nie zrobiłoby to wrażenia. Cóż to bowiem za wyczyn? Żaden. Wszak jedna runda to niecałe 10 km. Zrobienie 3 okrążeń wokół Jezioraka, najdłuższego jeziora w kraju, to już jednak zupełnie inna sprawa. Jedno takie okrążenie to aż 75 km.

Sobota była słoneczna, ale chłodna. W ciągu dnia zaczęło też niestety wiać. W naszej grupie startowej mieliśmy Edwarda Dąbrowskiego. Lubię z nim jeździć, jest on dla mnie prawdziwą inspiracją. Poza Edwardem jechał też z nami Darek (odpadał po około 10 km), chłopak w stroju Cervelo (był z nami w grupie w Kołobrzegu, ale nie znam jego imienia – uciekł do przodu gdy tylko nadarzyła się okazja) i zawodnik nr 20 – Mariusz Truszkiewicz – jechał z nami przez pół maratonu.

Pierwsze okrążenie było jak zwykle szybkie. Nasza średnia wynosiła 33 km/h. Chore gardło trochę mi przeszkadzało. Czułam, że jadę bez lekkości. Jak czołg. Nasza grupa była już od jakiegoś czasu zdekompletowana, gdy doszli nas dwaj zawodnicy w strojach z napisem Danielo. Krzysztof dał zmianę, pod górkę ciągnąc z prędkością bliską 40 km/h, odpadłam. Edward oglądał się za mną. Starałam się ze wszystkich sił, jednak oddychało mi się ciężko i nie byłam w stanie dojść grupy. W końcu Krzysztof zorientował się, że mnie nie ma i poczekał.

Zaczęła się pogoń za grupą. Oba „Daniele” ostatecznie uciekły do przodu. Edward i Mariusz trochę zwolnili i udało się nam do nich doskoczyć. Szczerze nie znoszę takich pościgów. Około 67 km trasy dogoniła nas wielka grupa, w której jechała Monika Jagodzińska. Nie podejmowaliśmy próby podczepienia się pod nich, jadąc swoje. 6 km przed końcem pierwszego kółka spotkaliśmy Irenę Kosińską. Krzyknęłam by siadała na koło i chwilę tak jechaliśmy razem. Na pierwszej rundzie nie było przed Szałkowem żadnego bufetu mimo, że ponoć miał być.

Bufet był dopiero w Szałkowie. Było dziwnie, bo nie było go z szosy widać. Okazało się, że był schowany gdzieś w głębi, za chodnikiem. Było wyjątkowo ubogo – tylko banany i napój, wzięliśmy więc banany, napój i ruszyliśmy na drugą rundę. Z bufetu razem z nami wystartowała Beata, którą tam spotkaliśmy. Jechała z nami, ale później niestety ktoś ją zblokował. Kiedy się zorientowała, że jedzie za chłopakiem, który puścił nasze koło, było już za późno na pościg. Szkoda.

Druga runda była jakaś taka powolna. Jechaliśmy na tyle spokojnie, że zamiast na jeździe koncentrowałam się na swoich gardłowych i kataralnych dolegliwościach i było mi z tym strasznie ciężko. Naraz poczułam, że jestem bardzo zmęczona. Chłopaki nie kwapiły się by zwiększyć tempo. Co dziwne, Krzysztof zaproponował nawet by po drugiej rundzie zjechać na metę i odpuścić Giga. Zaprotestowałam.

Bufet, który miał być gdzieś w połowie rundy zdążył się zorganizować. W Jerzwałdzie młodzi ludzie bardzo aktywnie oferowali nam banany i picie. Stali wzdłuż drogi i podawali wszystko w locie. W połowie okrążenia, Mariusz, który już od jakiegoś czasu przestał dawać zmiany, podjechał do przodu i podziękował nam za wspólną jazdę.

Zostaliśmy we trójkę i motywacja spadła nam praktycznie do zera. Raz po raz prosiłam Krzysia, by jechał szybciej, ale jemu się nie chciało. Edwardowi też się nie chciało. Średnia leciała w dół na łeb na szyję. Dałam jedną zmianę. Jakieś 20-25 km przed Szałkowem doszła nas szybko jadąca grupa. Byłam akurat na przedzie naszej trójki i …. skoczyłam za tamtymi. Skutecznie. Raz po raz się oglądałam – Krzysztof i Edward uśmiechnięci od ucha do ucha byli wyraźnie zadowoleni z mojego skoku.

Jechaliśmy po wariacku, dokręcałam na zjazdach, nie przeszkadzały mi łaty na asfalcie. Było bardzo fajnie i nasza średnia skoczyła aż o 0,2 km/h w górę! Niestety nie wszyscy byli tak zadowoleni. W grupie znalazł się chłopak, który gadał do mnie, że jestem młoda, silna i mam dawać zmiany. Celowo robił dziury w grupie, chcąc mnie zmusić bym nie jechała za nim na kole, a przesuwała się na czoło peletoniku. W końcu, wyraźnie chyba wkurzony, poszarpał grupę i uciekł z kilkoma chłopakami.

Nie chciałam być nieuprzejma, ani niegrzeczna, więc nie wdawałam się z nim w dyskusję, ani nie komentowałam jego niemiłego zachowania. Z tej grupy został z nami jeden młody chłopak (jechał tuż za nami, nie wiem co się z nim stało później – tj., czy skoczył do przodu, czy został) i chłopak w ładnym stroju teamu Corratec (ostatecznie uciekł do przodu).

Na bufecie w Szałkowie wzięliśmy banany picie i polecieliśmy na ostatnie kółeczko. Znowu tylko we trójkę. Tempo zaczęło spadać. Zapytałam Krzysia, czy jesteśmy w stanie utrzymać do końca średnią powyżej 30 km/h. Odparł, że nie jest pewien. No i wtedy stało się. Po raz pierwszy uczestnicząc w maratonie przestałam być maskotką jadącą na kole. Zaczęłam dawać zmiany. Uczciwie długie i odpowiednio mocne, by swoim wyjściem do przodu nie spowalniać. W międzyczasie wiatr trochę osłabł. Po zmianach byłam też wyraźnie bardziej głodna, więc zaczęłam częściej jeść.

Jechaliśmy tak, gdy ze 20 km przed metą zobaczyliśmy w oddali zawodnika ubranego w pomarańczową koszulkę. Z daleka wyglądał jak ktoś z roju Szerszeni. Kiedy dogoniliśmy, okazało się, że to Marian z Iławy! Opowiadał, że pierwszą rundę zrobił z bardzo mocną grupą w rekordowym tempie. Potem jakoś stracił motywację, długo stał na bufetach. Zapytał na jaką średnią jedziemy i bardzo nam pomógł w jej utrzymaniu.

Od kiedy Marian do nas dołączył, wychodziłam na zmiany rzadko. Kolega ciągnął tak mocno, że w zasadzie nie potrzebował żadnych zmian, choć Edward i Krzysztof mu je dawali. Czy może być coś piękniejszego niż wjazd na metę maratonu Jeziorak Tour z zawodnikiem z Iławy? Chyba nie.

Nam się to udało, choć dla mnie utrzymanie mocnego tempa Mariana nie było wcale łatwe. Tuż przed metą wyleciałam do przodu, a na samej kresce z głośnym okrzykiem sekundę dołożył mi Edward. Na mecie uściski i radość z wspólnie pokonanej trasy. Podszedł do mnie też Zdzisław Kalinowski, by pogratulować. Było to bardzo sympatyczne.

Niestety zabrakło dla nas grochówki. Panie z Koła Gospodyń Wiejskich mówiły, że ugotowały jej dużo, ale miały przykazane by rozdawać ją wszystkim – tj. nie tylko zawodnikom, ale też ich rodzinom, przyjaciołom i znajomym. Tym sposobem, zupy nie starczyło dla wszystkich jadących! Jednej z pań zrobiło się mnie żal (tak, przyznaję: chodziłam i smęciłam) i przyniosła swój własny prywatny żurek, abyśmy my maratończycy mogli się najeść. Był przepyszny! Dziękuję! Zanim zebraliśmy się do Iławy (8 km), pogadaliśmy jeszcze przy stole z Moniką i Jarkiem.

Po prysznicu i doprowadzeniu do ładu nosa i gardła pojechaliśmy na imprezę integracyjną. Po odstaniu swojego w kolejce uraczyliśmy się smacznym jedzonkiem. Wspólnym dyskusjom nie było końca. W loterii prawie każdy coś wygrał. Przypuszczam, że mało kto pojechał do domu z pustymi rękoma.

Z licznika:
Czas netto ……………………………07:23:50
Czas brutto ………………………….07:28:11
Dystans ………………………………….226,88 km
Prędkość średnia netto ……………….30,60 km/h
Prędkość średnia brutto ……………..30,12 km/h
Prędkość maksymalna ……………….49,00 km/h
Temperatura minimalna ………………….13 stopni Celsjusza
Temperatura maksymalna ……………….19 stopni Celsjusza
Przewyższenie ……………………………..882 m
Nachylenie średnie ………………………….1%
Nachylenie maksymalne ………………….6%

Niedziela – zakończenie

Uroczystość kończąca maraton miała aż półtoragodzinny poślizg. Nie dla wszystkich starczyło też trofeów sportowych (było ich za mało). Były osoby, które nie mogły tak długo czekać i niestety musiały pojechać do domu przed dekoracją.

Długie oczekiwanie było okazją do rozmów i żartów. Wielkim poczuciem humoru wykazali się Krzysztof Łańcucki i Jan Lipczyński. Kiedyśmy stali pod salą sportową w mniejszych i większych grupkach, zwołali nas i oświadczyli, że zakończenie owszem będzie, ale najpierw musimy jeszcze raz przejechać trasę. Zanosząc się od śmiechu zalecili ściągnięcie rowerów z bagażników samochodowych i udanie się na start.

W końcu jednak doczekaliśmy się. Odebrałam statuetkę za zajęcie 3 miejsca w swojej kategorii (pierwsza Monika Buchowiecka, druga z minimalną stratą – Monika Jagodzińska). Bardzo udany był szosowy debiut Eweliny, która zajęła w swojej kategorii 2 miejsce.

Pod względem organizacyjnym pewnie wiele można by temu maratonowi zarzucić. Jednak z tego co wiem, p. Wojtek organizował wszystko praktycznie… sam.

Warto przypomnieć tu zdanie z podpisu naszego pepe: „przecież to tylko zabawa!”
Ja bawiłam się świetnie.

Marzena Szymańska

Facebook