Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
28.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Na kolarzówce, w klapkach przez góry – Liczyrzepa 2012
14 września 2012
Jeziorak Tour – grupy startowe
21 września 2012

Z Remkiem Siudzińskim, ultrakolarzem, który jako pierwszy Polak wystartował w Race Around Austria o katorżniczych przygotowaniach do pokonania 2200 km non stop, przełamywaniu własnych słabości i ograniczeń, a także motywacji do podejmowania wyzwań mimo porażek rozmawia Małgorzata greten Pawlaczek.

Jak długo przygotowywałeś się do Race Around Austria?
Rok. Dokładnie rok przed startem zaplanowałem udział w RAA i zacząłem się przygotowywać pod okiem i zgodnie z planem Wojtka Marcjoniaka.

Z czego musiałeś w tym czasie zrezygnować?
Z części czasu przeznaczonej na sen. Wracałem z treningu o godzinie 1:00 albo 2:00 w nocy, a wstawałem między 6:00 a 7:00. Sypiałem po 4-5 godzin na dobę. No i z oglądania telewizji. Tego w sumie nie szkoda, może poza transmisjami z Wielkich Tourów, ale te chociaż częściowo oglądałem ćwicząc na trenażerze. Rezygnowałem też z jedzenia wszystkiego, na co miałem ochotę na korzyść diet przygotowywanych przez panią dietetyczkę, Justynę Mizerę z Olimpiakosu. Jednak diety były tak smaczne, że nie ma czego żałować. Przy okazji nauczyłem się przyrządzać kilka oryginalnych potraw.

Które z wyrzeczeń przyszło Ci z największym trudem?
Właściwie żadne. Jedynie braki w ilości snu mój organizm niekiedy odczuwał. Po 4 godzinach snu trudniej wykonać jednostkę treningową, chociaż 5 godzin już w zupełności wystarcza.

Łatwo rozmawia się z potencjalnymi sponsorami, prosząc ich o wsparcie finansowe i rzeczowe?
Rozmowy ze sponsorami to jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie przechodziłem w ostatnim roku. Wiedziałem, że będzie trudno, ale nie wiedziałem, że aż tak. Poza tym nie podchodzę do tego na zasadzie „prośba o wsparcie”. Dla mnie jest to propozycja współpracy. Ja mam coś do zaoferowania, zwykle reklamę i w zamian oczekuję konkretnych rzeczy, zwykle finansów lub produktów czy usług, które są potrzebne przed i w trakcie wyścigu. Zwykle spotykałem się z dużym zainteresowaniem w pierwszej fazie. Potencjalni sponsorzy byli zachwyceni samym projektem, kiedy się z nim zapoznawali, natomiast potem ich zapał stygł i ciężko było wydobyć jakieś decyzje. Na szczęście były firmy, z którymi świetnie udało się porozumieć. Grupa Pracuj, Airbike, Atrec, Satis, Memo, Decathlon Piaseczno, eAzymut.pl – widać je za zdjęciach z wyścigu i na stronie głównej www.ultrakolarz.pl.

Wiem, że jesteś zobligowany umowami ze sponsorami, więc nie zdradzisz szczegółów ustaleń, ale czy wymagano od Ciebie sukcesów w tym wyścigu, czy też zakładano, że może się nie powieść?
Sponsorów głównie interesowało podjęcie wyzwania i efekt reklamy.

Ponieważ zmogła Cię choroba, nie dotarłeś do mety. W związku z tym musisz w jakiś sposób „€žrozliczyć siꔀ ze sponsorami?
Szczegółów nie mogę zdradzić. Powiem tylko, że w jednym przypadku chciałem ograniczyć swoje wynagrodzenie proporcjonalnie do przejechanych kilometrów, ale sponsor nie chciał o tym słyszeć. Dał mi do zrozumienia, że jest zadowolony z reklamy i przyszłym roku tez będzie zainteresowany współpracą.

Ławo zainteresować takim przedsięwzięciem media?
Branżowe i lokalne portale internetowe, stacje radiowe – tak. Telewizję – nie. Uważam, że byłbym niezłym „kąskiem” dla jakieś telewizji śniadaniowej, ale jakoś się nie skusili na razie, mimo że wysyłałem oferty. Zobaczymy, która będzie pierwsza .

Pamiętasz moment, w którym podjąłeś decyzję, że nie będziesz kontynuował jazdy?
To było wtedy, kiedy mój lekarz Leszek ponownie postawił diagnozę „zapalenie oskrzeli” i podał mi całą listę przypadłości zdrowotnych, na jakie narażam swój organizm, jeśli postanowię dojechać do mety. Przekalkulowałem, że certyfikat ukończenia maratonu nie jest wart trwałego uszczerbku na zdrowiu. Mam rodzinę, pracę i plany startowe kolejne sezony. Racjonalny wybór był prosty.

Poczułeś wówczas ulgę, czy żal?
Poczułem żal i swego rodzaju ból psychiczny. Ja sobie w głowie zakodowałem, że to już koniec, że kolejne wyzwanie za rok, że teraz się nie udało. Mimo że miałem siły i czas, żeby dojechać do końca i powalczyć na ostatnich kilometrach. Wiedziałem, że nie ma sensu rozpaczać, czy się wkurzać, bo to nic nie da. Starałem się to przyjąć ze spokojem. Natomiast miałem problem z tym, że mój team, rodzina, znajomi, kibice, sponsorzy… wszyscy są skoncentrowani na tym, że jedziemy dalej, że walczymy o dojechanie na metę, że walczymy o miejsca. Ja miałem im za chwilę powiedzieć, że to koniec gry. To było trudne i szkoda mi było ich zaangażowania, wiary, pracy…

Jak poradziłeś sobie z tą sytuacją?
Aby formalności stało się zadość Leszek osłuchał mnie po raz ostatni. Potwierdziło się, że jestem chory. Wróciliśmy do teamu i łamiącym głosem powiedziałem, że się wycofujemy. Leszek przedstawił sprawę od strony medycznej. Nie było za bardzo o czym mówić. Sytuacja była szczególna, dramatyczna i całkiem jasna, a przy tym dla wszystkich trudna. Nie pamiętam słów, nie było ich za dużo, bo gardło się zaciskało i musiałem się starać, żeby mi łzy nie ciekły. Za to po męsku zrobiłem „misia” z załogantami. Zadzwoniłem do żony. Potem Leszek zadzwonił do organizatora. Po czasie pomyślałem, że taka porażka, takie emocje są potrzebne od czasu do czasu. Takie jest przecież życie – raz sukces, raz porażka. Trzeba lubić obie strony medalu i umieć z obu korzystać.

Jesteś typem człowieka, którego niepowodzenia mobilizują, czy zniechęcają?
Wolę powodzenia od niepowodzeń. Dlatego tą porażkę przekuwam na sukces. Udało się całe mnóstwo rzeczy. Zbudowanie i zintegrowanie zespołu, przygotowanie do wyścigu typu RAA czyli też RAAM, pokonanie 1550 kilometrów i 18000 m przewyższenia w ciągu 97,5 godziny, pozyskanie wiedzy o własnych możliwościach i własnym organizmie. Do tej pory mój rekord dystansu to „zaledwie” 1008 km po (prawie) płaskim Bałtyk-Bieszczady Tour. Praca, którą wykonałem ja i ludzie z mojego zespołu przed i w trakcie wyścigu nie pójdzie na marne. Jeśli pojadę RAA w przyszłym roku, to organizacyjnie i mentalnie będzie to zadanie dużo łatwiejsze, niż było rok temu. Podobnie gdybym wybrał dowolny inny wyścig ze wsparciem teamu.

Wiedziałeś zaraz po powrocie do domu, że za rok znów podejmiesz wyzwanie?
Była o tym mowa już wtedy, kiedy się wycofywaliśmy. Ostateczna decyzja o udziale w RAA’2013 jeszcze nie zapadła, ale z takim doświadczeniem myślę, że w przyszłym roku moglibyśmy powalczyć o naprawdę dobry wynik.

Twoi najbliżsi kibicują Ci w tym postanowieniu, czy namawiają, żebyś zrobił sobie przerwę?
Kibicują, ale byliby szczęśliwi, gdybym sobie zrobił przerwę. A tak na serio, to decyzja o udziale w takim wyścigu jest bardzo złożona. Aby ją podjąć trzeba być pewnym wielu elementów, które muszą zagrać. Trening, sprzęt, zdrowie, finanse, zespół, czas potrzebny na organizację, komfort dla rodziny na czas mojej nieobecności i czas treningów. Rower to „tylko” cześć mojego życia. Nie mogę go „uprawiać” kosztem pozostałych, czyli rodziny, pracy, zdrowia. Dlatego ostateczną decyzję podejmę dopiero wtedy, kiedy będę miał pewność, że nie będzie mi to przeszkadzać w sprawowaniu innych ról życiowych: męża, ojca, pracownika itd. Tylko wtedy będzie to miało sens. Nie jestem z tych ludzi, dla których kolarstwo jest całym życiem.

Jeśli zdecydujesz się wystartować w Race Around Austria za rok, kiedy rozpoczniesz przygotowania?
Już rozpocząłem. Tylko jeszcze nie ma pewności, że przygotowuję się akurat do RAA

Co zrobisz inaczej, niż podczas tegorocznych przygotowań?
Już teraz dogłębnie analizuję przyczyny mojej choroby w trakcie wyścigu. Czy miało to związek z alergią czy była to zwykła infekcja? Jeśli infekcja, to co zrobić, żeby się nie powtórzyła? Poza tym jeszcze schudnę, żeby być szybszym na podjazdach, potrenuję technikę na zjazdach, zmienię taktykę jazdy na wyścigu na bardziej agresywną. Będę się mniej oszczędzał, bo teraz już wiem, że mogę jechać całkiem mocno i z koncentracją przez kilka dni sypiając, po 2 h na dobę. Poza tym będzie trochę zmian w organizacji pracy teamu oraz w wyposażeniu aut, ale to tajemnica.

Korzystając z okazji chciałbym jeszcze raz serdecznie podziękować czytelnikom Supermaraton.org, kolarzom startującym w maratonach szosowych i wszystkim, którzy mnie bardzo wspierali merytorycznie i duchowo, dzwoniąc i pisząc do mnie maile i smsy, przed i w trakcie wyścigu. Te, które przyszły w trakcie, czytał mi Jarek na podjazdach. To była realna pomoc z Waszej strony. Dzięki Wam dojechałem dalej i jechałem szybciej. Dziękuję.

Trzymamy kciuki za Twoje treningi i starty!

Zdjęcia z galerii Roberta Słupika – NaSzosie.pl (klik).

Więcej informacji na stronie ultrakolarz.pl (klik).

P.S. W niedzielny wieczór, 16 września przyszedł mail o następującej treści: mam dla Ciebie newsa z dziś i epilog do wywiadu: wystartuję w Race Around Austria 2013 i liczę na dobry wynik ;)