Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
21.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Grupy startowe w Kołobrzegu
16 maja 2011
Jak Marzena przejechała 400 km
18 maja 2011

Gryfland był moim pierwszym maratonem w życiu, a było to w 2008. Toteż chciałem ponownie tam się pojawić. A i by Monika poznała tę część Polski. I klimat jaki ja zaznałem sprzed 3 lat.

Wiadomym jest, że jak sam jeździłem na maratony to często prosto z pociągu się pojawiałem na linii startu, nie tym razem. Podróżując z Moniką po maratonach należy jednak podejść trochę bardziej logistycznie do tego, więc już wcześniej wynająłem pokój w dość skromnej bazie turystycznej Gryfic. Może i z tego powodu Pani w hotelu miała dość wygórowane ceny.

No jednak skoro ja miałem startować o 4.05, a Monika o 7.00 nie było wyjścia jak mieć nocleg na miejscu. Ruszyliśmy z Kielc o 12-ej dopiero bo, niestety, ale w pracy choć na 4 h być musiałem. Podróż jak to w Polsce – ciągnęła się niemiłosiernie. Piątek popołudnie, miasta zakorkowane, drogi dziurawe, remonty, objazdy i kawalkady TIR-ów. Dopiero od Bydgoszczy pod wieczór można było jako tako zacząć się przemieszczać w zadowalającym tempie.

Dotarliśmy do Gryfic o 21.20 więc miałem cichą nadzieję, że zdążę jeszcze do biura zawodów, niestety już było zamknięte, choć to zrozumiałe skoro już za parę godzin organizatorzy mieli być postawieni na nogo startem pierwszych grup o 4.00. Dotarliśmy na nocleg. I choć cena sugerowała nie było tam złotych klamek. Więc szybki rozładunek rozpakunek, przygotowanie rowerów, rzeczy na rano i można iść spać.

Wybiła północ. Co znaczyło że za 3h wstaje zmierzyć się z dystansem ultra.

Tak więc o 3.00 pobudka (jak zazdrościłem Monice, że ma start o 7-ej). Ruszyłem na Plac , miejsce startu. W tym samym czasie dotarła tam ekipa pomiary czasu by rozłożyć się ze sprzętem i po chwili pojawili się kolejni śmiałkowie dystansu ultra. O 4.00 ruszyła pierwsza grupa, 5 min po nich ja i moja grupa. Z praktyki dojazdu do pracy wiedziałem, że zimno może być, więc zaopatrzony w nogawki, rękawki, bluzę i długie rękawiczki ruszyliśmy.

Na rozgrzewkę była runda po Gryfickim bruku, niewygodny to fakt, ale za to jak malowniczo się prezentowało miasteczko o tej porze NOCY. Zważywszy, że było cicho i spokojnie pierwsze kilometry mijały szybko. Jedynie przenikliwe zimno dawało się we znaki. Nie wiem jak reszta ultramaratończyków, ale ja zdecydowanie jestem ciepłolubem.

Jadąc w kierunku Płotów w oddali widzieliśmy czerwone migające światełka poprzedzającej nas grupy śmiałków, co dawało nam mobilizacje do gonitwy za nimi. I już między Płotami a Golczewem minęliśmy już porozrywaną pierwszą grupę. Po zawrotce na rondzie przed Golczewem zostało już nas tylko dwóch, ja i zawodnik nr 8.

Stopy mi już przemarzły na kość. I gdy już zmierzaliśmy od Reska do Płotów w drodze do Gryfic pojawili się pierwsi kolarze z dystansów giga. I nie zapomnę, jakie to było miłe gdy tak jadąc w przeciwnych kierunkach pozdrawialiśmy się wzajemnie. To było przy tym układzie trasy niezmiernie miłe. Widzieć, że nie jest się samemu na trasie.

I tam też minąłem moja Monikę która pod opieką innych maratończyków śmiało mierzyła się z dystansem giga. Jak się później okazało, ich współpraca trwała od startu do mety. Ja na dogonienie Moniki szanse teoretycznie miałem, choć dzieliło nas jakieś 50 km. Z każdą godziną od świtu wzmagał się wiatr, co było do przewidzenia, niemniej pogoda – wbrew zapowiedziom i tradycji – była iście kolarska. Więc kolejne rundy pokonywałem raz sam, raz z małymi grupkami. Zawsze walcząc z wiatrem, dystansem i własnymi słabościami.

O dziwo – i to kolejna rzecz, która mnie mile zaskoczyła na Gryflandzie – asfalt był idealny, poza małymi odcinkami dziur do ominięcia. Po prostu pierwszy raz w tym sezonie poczułem, że to maraton szosowy, a nie przełajowy I tak mijały kilometry. Grupa Moniki dobrze pracowała, więc tylko mijałem ich z przeciwka wiedząc, że ich już nie dogonię. No, cóż, odpoczęła sobie przynajmniej ode mnie.

Nawet chwile na ostatniej rundzie jechałem z grupą ultramaratończyków, którzy wyjechali 2h później na trasę (wiadomo, cóż to za grupa). Faceci z żelaza, karbonu, tytanu i dural, hihi. Ale i tak potem pojechali swoim tempem, a ja niestrudzenie zmierzałem do mety sam.

Cóż, nie ta forma co kiedyś, gdy byłem kurierem rowerowym, ale nie mogą być wszyscy najlepsi.

Wspomnę jeszcze o punktach żywieniowych, na których naprawdę było wszystko, co kolarzowi trzeba na takie dystanse. 6+ za te słodkie bułeczki z tym super nadzieniem (poproszę ich nazwę). I tak po 13h i chyba 45min zajechałem na metę. Czekała już tam na mnie Monika ze swoja grupą, przyjechali chyba ze 20 min wcześniej.

Ciepły posiłek do woli, zjadłem dwa talerze. I choć nie było kiełbasek, czy czegoś tam innego to i tak było to „niebo w gębie” po 13h jedzenia słodkości. Na mecie się dowiedziałem jednej super jak dla mnie rzeczy, że mimo iż jechałem „pożal się” i w ogóle, to w swojej kategorii na ultra zająłem 3 miejsce. Pierwszy raz w życiu miejsce na podium.

Jak się okazało nazajutrz, nie było podium. Nie było zdjęcia, nie było uścisku burmistrza, a szkoda. Wieczór spędziliśmy na wzajemnym opowiadaniu sobie relacji z trasy. Że dobrze się jej jechało, mimo że beze mnie, że na ostatniej rundzie rozsadziło jej oponę, ale i tak dojechała. Jeszcze przed dekoracją, nazajutrz, przespacerowaliśmy się po Gryficach. Śliczne miasteczko.

Generalnie oceniam maraton za udany, super drogi, dobre oznakowanie, punkty żywieniowe. Żal tylko braku uścisku ręki burmistrza.

Jeszcze po drodze do domu zahaczyliśmy o Kruszwicę i Licheń, i tak walcząc z korkami i robotami drogowymi na 22:00 dotarliśmy do domu w Kielcach. Wspaniale było się z Wami wszystkimi spotkać ponownie na trasie i wielki szacun dla organizatorów za poświęcony czas i zapał do organizacji tego typy imprez.

I tylko smutek w sercu że koszt całego weekendu, czyli dojazdu, noclegu, i innych tam kosztów na dwoje to ponad 800zł, więc nie wiem, czy prędko się spotkamy, bo to imprezy dla tych co maja dużo czasu i pieniędzy. A zważywszy, że jeszcze tam w okolicy jest Łobez, Świnoujście i Choszczno, a to z Kielc potworna odległość, to ciężko się zastanawiam nad udziałem w tak dalekich imprezach.

A szkoda że znowu tak przyziemne sprawy ograniczają marzenia i udział w tak wspaniałych imprezach. I niweczą dobre miejsce w Moniki w klasyfikacji całego cyklu.

Po maratonie widzę, że muszę brać się ostro do pracy, skoro za dwa tygodnie 700km/24h w Gliwicach, a za 6 tygodni 850km/24h w Warce.

Niemniej do zobaczenia kiedyś na trasie!

Pozdrower
Jarosław Kędziorek

Facebook