Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
700km w 24 godzin
7 lipca 2008
Marek Galiński najszybszy na Przełęczy Karkonoskiej
9 lipca 2008

Wybrałem się do kotliny jeleniogórskiej z kilku powodów: raz – że w tym zakątku Polski jeszcze nigdy nie byłem, dalej – kusząca perspektywa zaliczenia podobno najtrudniejszego podjazdu w kraju – w sam raz dla moich „góralskich” ambicji, również chłodna kalkulacja zdobycia kolejnych punktów do generalki.

Dobrawszy sobie kompana z Beskidów – Damiana, celem optymalizacji kosztów ;) wyruszyliśmy w piątkowe popołudnie by tuż po 23 zameldować się na kwaterze w Sosnówce. Przeczucia co do formy na dzień następny nie były najlepsze – Pętla Beskidzka sprzed niemal tygodnia „dała popalić”, a tydzień dzielący oba maratony ani nie pozwolił się w pełni zregenerować ani cokolwiek potrenować.

Na dodatek nie najlepiej przespana noc – to wszystko nie wróżyło dobrego wyniku… Zaplanowanie startu na 10 pozwoliło spokojnie zjeść śniadanie i przygotować się do startu, z małymi przygodami trafiliśmy do parku zdrojowego w Cieplicach: numerki, chipy i jesteśmy gotowi – powitanie przez pana Zamanę i już ustawiamy się do startu – na tym maratonie wyjątkowo jedziemy najpierw odcinek przejazdowy bez ścigania, potem tzw „OS” –
namiastka prawdziwego ścigania na zabezpieczonej trasie ze wspólnym startem – i tak na przemian.

Ruszamy – kierunek Piechowice – tempo w miarę spokojne, nie pcham się do przodu bo nie ma po co, na szczęście zaczyna się podjazd i powoluteńku przesuwam się do przodu – choć wiem, że formy brak to już mam pewność, że ostatni nie będę – „góralskie” doświadczenie i gabaryty mi to zapewnią choćbym nie wiem jak słabo pojechał – w końcu to góry. Na pierwszym OS pierwszy w miarę konkretny podjazd do Szklarskiej Poręby – znowu mijam kilkanaście osób.. które potem mijają mnie na zjeździe do Świeradowa.

Wieje lekki wiatr w twarz i ja z moją wagą niemal „małyszową” nie umiem się rozpędzić więcej jak 35km/h – co prawda mógłbym wskoczyć do któregoś z mijających mnie „pociągów” ale kilka nieudanych prób uświadamia mi, że może mnie to kosztować sporo sił – więc odpuszczam i zapada decyzja – dziś jadę „na przetrzymanie” – wszak jutro dzień drugi, znacznie cięższy. Teraz już bez żalu tracę cenne sekundy by się zatrzymać i podnieść zgubiony przez kogoś pulsometr – po chwili oddaje go szczęśliwemu właścicielowi i spokojnie dojeżdżam na metę w Świeradowie – finałowe 500m podjazdu nie robi na mnie większego wrażenia – wciąż nie jestem ostatni…

Przejazdówka do Gryfowa iście rekreacyjna – start – wręcz przeciwnie, zostaje niemal na samym końcu – dwóch Bernardów, Henryk, Irena – mówię jej pół żartem – pół serio, że dziś „pojedziemy sobie razem”.

Potem następuje cała „seria niefortunnych wypadków” gdzie tracę cenne minuty: zaczyna padać więc staję by założyć kurteczkę (niestety nie posiadłem jakoś umiejętności zakładania jej „w locie”) – spadam na absolutny koniec – jestem nawet za wozem z napisem ‚koniec wyścigu’ – gorzej się już nie da… doganiam kolumnę i po chwili.. Bernard tuż przede mną ma kraksę – leży na wznak na zakręcie – przyzwoitość nakazuje się zatrzymać, na szczęście tuż za nami jest karetka, pomoc już w akcji więc jadę dalej.. doganiam Irenę, zostawiam ją na podjeździe, i… zatrzymuję sie na „siku”.

Reszta dnia w sumie nie warta komentarza
– ostatecznie jestem 7… od końca, jakimś cudem ktoś jeszcze z M3 jest za mną. Na mecie pierwsze rozczarowanie organizacyjne – za kupon na posiłek dostaję.. dwie bułeczki z wędliną i szynką… trochę skromnie jak na wysokość wpisowego. Udaje sie na spoczynek targany wątpliwościami co będzie jutro – zgon czy reaktywacja?

Niedziela wita nas pięknym słońcem, które napawa lekkim optymizmem, szykuje się do startu ograniczając ekwipunek do absolutnego minimum. Musimy opuścić kwaterę więc ustalam z Damianem, że wkładam rower do auta i jadę na start a on pedałuje… w sumie to tylko 6-7km tyle co w sobotę do Cieplic – tylko, że okazuje się że jest to cały czas podjazd – jest mi wręcz głupio, że wystawiłem kolegę do wiatru – na szczęście wjechał „na miękko”, zdążył na start i tylko zrobił sobie rozgrzewkę.

Start i przejazdówka do Łomnicy – rozkoszny zjazd do Sosnówki i równie rozkoszna ścieżka rowerowa wzdłuż drogi na Kowary – całkiem serio, oby więcej tak poprowadzonych i wykonanych ścieżek. Pierwszy OS i na reszcie zaczynają się prawdziwe góry – odżywam, nogi bolą ale kręcą, płuca, oddech – bez problemu. Mimo, że na starcie zostałem tradycyjnie prawie na samym końcu, do przełęczy Kowarskiej wyprzedziłem kilkudziesięciu rywali w tym kilku „dających z buta” na samym końcu.

Czuje, że będzie dobrze, reaktywacja, nomen omen – odrodzenie… czekam z niecierpliwością na finałowy odcinek. Zjazd do Karpacza, oczekiwanie na drugi tego dnia OS ciągnie się niemiłosiernie.. startujemy.. ja znowu w ogonie i znowu pod górę mijam kilkanaście osób, może więcej … jest dobrze. Wreszcie jesteśmy w Podgórzynie, czekamy na start do finałowego, widać, że wszyscy już nieźle zmęczeni, ja wciąż o dziwo czuje się co najmniej nieźle… Henio z Wałbrzycha z kompanami odwiedza nasz maraton – czyżby też chciał zaliczyć Karkonoską? Jeśli tak – to pełen szacunek – jak zwykle zresztą, wszyscy wiedzą o co chodzi.

Optymizm miesza się z obawami – jak trudny jest ten podjazd – wjeżdżałem już na ściany „sub 30%” ale ile tego tam jest? wreszcie startujemy.. z tych emocji popełniam fatalny błąd – zapominam wcześniej zrzucić łańcuch na małą tarczę i mści się to zaraz po sygnale, staję w miejscu, ruszam, znowu jestem prawie ostatni.. Ale nic to.. dla dodania otuchy i mobilizacji wymyślam zabawę – będę sobie liczył kolejnych wyprzedzonych rywali. W tym miejscu pragnę przeprościć wszystkim, którym ta zabawa mogła się wydać.. mało zabawna – to było mi naprawdę potrzebne.. Szacowałem, że naliczę 30 osób.. przestałem liczyć przy 57… wjechałem… nie zszedłem… minąłem kilku wycinaków „zapodających z buta”… Czas na przełęcz niemal równa godzina.. 60 na 121, w dwudniowej generalce kilka oczek od góry: 90 na 105 sklasyfikowanych, mogło być lepiej, a było jak zwykle…

Na mecie znowu bułki – odpuszczam i udaje się na rozpaczliwe poszukiwanie czegoś ciepłego do zjedzenia – rzutem na taśmie się to udaje, wracam na dekorację – i tu znowu kilka rozczarowań – inaczej niż zawsze nie ma „tomboli” a fanty wręczane są zwycięzcom poszczególnych kategorii.. w sumie zasłużyli.. niech im dobrze służą.

Wreszcie nadchodzi najbardziej „medialny” moment całej imprezy – wręczenie panu Galińskiemu nagrody za pobicie rekordu wjazdu na przełęcz – rower od sponsora – od razu widać, że za duży dla naszego olimpijczyka ale nie zraża go to wcale… nawet fakt, że rekord został pobity na… krótszej trasie… no comments.

Do domu wracamy z mieszanymi uczuciami… niby wszystko fajnie, wszyscy zadowoleni i uśmiechnięci.. ale.. Ja rozumiem, że jak impreza jest organizowana przez tak znaną osobę jak pan Zamana to trochę szumu medialnego musi być, tylko jak dla mnie tego szumu trochę za dużo a za mało uwagi dla nas – zwykłych maratończyków. Gdybym miał wybierać to wolałbym dostać ciepłą zupę na mecie niż zabezpieczenie trasy.. mnie to bez różnicy – ja i tak patrze przed siebie i uważam co robię.

A co do pana Galińskiego – chwała mu za to, że jest w formie, niech przywiezie medal z Pekinu.. tylko czy to dla niego taka satysfakcja wygrać „z całą bandą amatorów”, zaledwie o kilka minut, na dodatek korzystając z formalnie zabronionej pomocy z wozu technicznego… na finałowy podjazd dostał specjalnie przygotowany rower i skróconą trasę.

Trochę rozżalony..
TT vel Tozik
Beskidy

Facebook