Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
28.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Znamy kalendarz Pucharu Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2012
23 października 2011
Dzień Niepodległości na rowerze – tylko w Osiecznej!
2 listopada 2011

W odpowiedzi na prośbę Piotra Taterki, jednego z inicjatorów stworzenia muzeum Bolka Zajiczka otrzymaliśmy od Was mnóstwo maili ze zdjęciami i wspomnieniami o tym Wspaniałym Człowieku. Dziękujemy! Będziemy pamiętać o Tobie, Bolku, i o Was Wszystkich, Którzy Odeszliście, nie tylko w dniu 1 listopada. Spoczywajcie w pokoju.

Bolesław Zajiczek, który 9 stycznia 1951r., na skutek wybuchu granatu stracił dłonie obu rąk i jedno oko już za życia stał się legendą. W dniu tamtego strasznego wypadku miał zaledwie 21 lat. Przeciętny człowiek pewnie by się załamał.

Jednak p. Bolesław był niezwykły, mimo tak wielkiej tragedii cały czas żył bardzo aktywnie. Jak zwykł mawiać: „w życiu nie nudziłem się nawet przez pięć minut”. Biegał, jeździł na rowerze, uprawiał ogródek, prowadził (przez 50 lat!) drużynę harcerską, ratował żaby, wziął udział w rowerowym rajdzie dookoła świata. W 1997r. wraz ze swoim przyjacielem Bernardem ustanowił swój osobisty rekord kilometrów przejechanych na rowerze w ciągu jednej doby. Rekord ten wynosi 487 km.

Poznaliśmy się osobiście po maratonie w Kołobrzegu w 2009 r. Tak się złożyło, że podczas wyścigu przez ładnych kilkadziesiąt km jechałam razem z Bernardem Mikołajczykiem z Milicza – jego przyjacielem. W ten sposób poznałam Bernarda, a dnia następnego Bolesława.

Mający wtedy 79 lat Bolek Zajiczek otrzymał piękny puchar dla najstarszego zawodnika. Po rozdaniu pucharów i medali oraz rozlosowaniu nagród okazało się, że możliwy jest jeszcze jeden nocleg na sali gimnastycznej. Ucieszyliśmy się bardzo, bo to oznaczało dodatkowy dzień w Kołobrzegu. Wraz z nami na sali pozostali wtedy też Bolesław Zajiczek i Bernard Mikołajczyk.

Obaj, Bolesław i Bernard, razem przyjeżdżali na maratony, a osobą, która nieustannie namawiała do kolejnych wyjazdów był p. Bolek. Namawiał zresztą nie tylko Bernarda. Ja sama uległam jego namowom i dzięki niemu w 2009 r. pojechałam wraz z Krzysiem i Darkiem na maraton do Iławy. Pamiętam jakby to było dziś, p. Bolek tłumaczył mi, że do Iławy trzeba przyjechać, bo maraton będzie wiódł obok niezwykle ważnego miejsca w historii Polski – pól Grunwaldu. „To trzeba zobaczyć” – mówił. P.

Bolek był człowiekiem z niezwykłą życiową pasją i energią. To musiało udzielać się każdemu kto go znał. W Iławie spotkaliśmy się po raz drugi. Kończąc sezon 2009, pożegnaliśmy się słowami „do zobaczenia w Trzebnicy, w przyszłym roku”.

Zanim jednak przyszedł nowy sezon, udało nam się spotkać jeszcze raz. Wracaliśmy z ostatniego maratonu w 2009 r., który odbył się w Polańczyku. Wieźliśmy puchar za zajęcie I miejsca w kategorii M6 rowery inne za 2009 r. dla Bernarda Mikołajczyka. Ustaliliśmy, że puchar ten zostawimy u Bolka. Wtedy to po raz pierwszy byliśmy u niego w domu.

Pan Bolek przyjął nas niezwykle ciepło. Mieliśmy wpaść tylko na chwilę, a zasiedzieliśmy się półtorej godziny i gdyby nie późna pora, pewnie posiedzielibyśmy jeszcze dłużej. Pan Bolek mieszkał w dużym starym domu, którego sercem był osobliwy pokój pełen pucharów, odznaczeń, medali i dyplomów. Wszystkie te trofea zajmowały dokładnie całe pomieszczenie. To w nim p. Bolek przyjmował gości, którym opowiadał o swoim niezwykłym życiu.

Na tym jednak nie koniec. W domu był też pokój z ogromną kolekcją kufli do piwa. Sam p. Bolek – sportowiec i harcerz, alkoholu nie pił. Nie potrafię teraz sobie niestety przypomnieć skąd wziął się pierwszy kufel. Krzyś tego dnia dostał jeden z kufli z tego przebogatego zbioru w prezencie.

Z korytarza po schodach szło się do góry, na piętro. Był tam pokój z kolekcją trofeów myśliwskich. Na ścianach próżno jednak było szukać imponujących trofeów, jakimi zwykle chełpią się myśliwi. Były za to dziwacznie powyginane i zdeformowane poroża tzw. selektów, które zostały odstrzelone przez brata p. Bolka.

Podczas długiej rozmowy pojawił się pomysł zorganizowania wspólnie z p. Bolkiem kilkudniowego rajdu rowerowego z bazą w Miliczu. Na pożegnanie p. Bolek dał nam upominki, a były to mapy Doliny Baryczy, kubki, plan Milicza i kilka innych pamiątek.

Cała nasza czwórka: p. Bolek, Bernard, Krzysztof i ja spotkaliśmy się ponownie wiosną 2010 r. na Trzebnickim maratonie. Była piękna słoneczna pogoda zarówno w dzień zawodów, jak i w niedzielę podczas rozdania trofeów sportowych. W niedzielę było sporo czasu na wspólne rozmowy. P. Bolek bardzo się ucieszył z nagrody specjalnej, którą otrzymał za udział w maratonie.

Bolek Zajiczek był człowiekiem niezwykle otwartym. Już wcześniej zapraszał nas do Milicza, chciał, abyśmy bliżej poznali pełną uroku Dolinę Baryczy. Tamtej niedzieli, po Trzebnickim maratonie powiedział, że to zaproszenie jest cały czas aktualne.

Niedługo, z pomocą p. Bolka, udało mi się zorganizować majówkę w Miliczu dla klubu AKTR Cyklista, w którym od paru lat jeżdżę. Kilka razy rozmawialiśmy przez telefon, by dograć szczegóły. P. Bolek był nie tylko sportowcem, był także harcerzem. Załatwił całej naszej ekipie (złożonej z kilkunastu osób) nocleg w harcówce w szkole podstawowej nr 2 w Miliczu, w której prowadził od niemal wtedy 50 lat drużynę harcerską „Barycznie”. Harcerstwo to cały wielki rozdział w życiu p. Bolka, a znajdująca się w szkole harcówka to miejsce na wskroś NIM przesiąknięte.

Tamtego ciepłego wieczoru Krzysztof i ja przyjechaliśmy do Milicza o godzinie 20:00. Pod szkołą na ławeczce siedzieli Bolesław i Bernard. Zapewniali nas, że nie czekali długo, że przyszli tylko chwilę wcześniej na wypadek, gdybyśmy się pojawili przed ustaloną godziną. Później dowiedziałam się, że obaj siedzieli pod szkołą i czekali na nas ponad godzinę.

Taki właśnie solidny był Pan Bolek. Zawsze perfekcyjnie zorganizowany i punktualny. Dał się poznać jako taki zarówno podczas maratonów, jak i podczas innych naszych spotkań.

Pan Bolek zadbał o uatrakcyjnienie naszego rajdu. Dzięki niemu mieliśmy możliwość zwiedzenia Milicza z przewodnikiem PTTK, który opowiedział nam wiele ciekawych historii i pokazał najważniejsze punkty miasta. Przygotował także torebki z planem Milicza, mapą tras rowerowych i folderami Doliny Baryczy. Największą jednak atrakcją, tą na którą wszyscy czekali, była wizyta w domu p. Bolka. Bardzo mi zależało, by koleżanki i koledzy z klubu poznali bliżej p. Bolka i zobaczyli jego niezwykły dom.

Podziw wzbudziły nie tylko niezliczone medale, puchary i dyplomy ale też niezwykle zadbany i idealnie wypielony ogródek p. Bolka. Mieliśmy okazję zobaczyć jego specjalnie przystosowane narzędzia do pracy w ogrodzie. Pod koniec naszej majówki w Miliczu, w pobliskim Żmigrodzie, odbył się kolarski wyścig na czas. Bolesław wystartował jako najstarszy zawodnik.

Po tej majówce wraz z klubem AKTR Cyklista wpadłam na pomysł, by w podziękowaniu za pomoc w organizacji rajdu podarować p. Bolkowi naszą klubową koszulkę. W koszulce tej pojawił się na maratonie w Lesznie 2010 i w Kołobrzegu 2010.

Kilkudniowy, związany z maratonem, pobyt w Kołobrzegu w 2010 r. był dla nas niczym krótkie wakacje. Po maratonie, tak jak rok wcześniej, zostaliśmy nad morzem dzień dłużej. Tak jak wtedy w towarzystwie Bolesława i Bernarda. We czwórkę jeździliśmy rowerami po Kołobrzegu i jego okolicach. Wylegiwaliśmy się też na plaży, spacerowaliśmy, rozmawialiśmy. To był cudownie spędzony czas.

Kołobrzeski maraton 2010 był ostatnim w jakim p. Bolek wziął udział. Już wtedy był chory. Niestety powoli pogarszający się stan jego zdrowia nie pozwolił mu na żaden start w 2011 r. Ostatni raz spotkaliśmy się 27.03.2011. To była niedziela.

Wraz z klubem AKTR Cyklista byliśmy wtedy na rajdzie „Rowerowe Powitanie Wiosny” w Trzebnicy. Do Milicza było niedaleko, więc wpadliśmy odwiedzić p. Bolka. Mimo, że był znacznie szczuplejszy niż zwykle, nadal pełen był życiowej energii. Kiedy się z nim rozmawiało, jego ciężka choroba schodziła gdzieś na dalszy plan. Przestawała istnieć. Był tylko ON. Jego entuzjazm i pasja.

Kiedy w czwartek 18 sierpnia tego roku zadzwonił do mnie Bernard z informacją, że nasz przyjaciel w środę odszedł, rozpłakałam się.

Pogrzeb odbył się szybko, bo już w piątek. Było to dzień przed kołobrzeskim maratonem rowerowym. Wraz z Krzysztofem i Darkiem pojechaliśmy do Milicza pożegnać się z Bolesławem. Msza pogrzebowa odbyła się w kościele p.w. św. Michała Archanioła w Miliczu.

W niewielkim kościółku nie zmieścili się wszyscy, część musiała stać na zewnątrz. Podczas mszy przeszła burza z ulewą. Kiedy jednak kondukt z trumną Bolesława wyszedł z kościoła na ulice miasta, chmury się rozeszły i wyszło słońce.

Bolesław Zajiczek został pochowany w Miliczu, na cmentarzu parafialnym w jego nowej części. Mimo, że odszedł, na zawsze pozostanie w naszej pamięci i w sercach.

Marzena Szymańska
Zdjęcia pochodzą z galerii Marzeny i Krzysztofa.

Facebook