Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Bordeaux-Paris 1931-1937
27 stycznia 2007
Ruszyła strona Supermaratonu Rowerowego – Świnoujście 2007
1 lutego 2007

Tomek Tomczak

W tym roku obaj już po raz drugi wzięliśmy udział w Rajdzie Rowerem wokół Tatr i podobnie jak w zeszłym roku jesteśmy zachwyceni atmosferą i organizacją tego rajdu. Wpisujemy go już na stałe do naszego kalendarza imprez kolarskich. Oto relacja Tomka:

Dla mnie zeszłoroczny Rajd był w ogóle pierwszą w życiu imprezą kolarską w jakiej brałem udział i patrząc na tegoroczny wynik, to wygląda że ten debiut był niezwykle udany, bo w tym roku pojechałem w sumie nie wiele lepiej mimo, że ten rok przepracowałem bardziej „profesjonalnie” ;)

W tym roku niestety spóźniłem się na start, jakieś 2 min ale to miało kolosalny wpływ na przebieg, najpierw próbowałem dogonić peleton by po jakiś 15km dać sobie z tym spokój – wiedziałem, że najgorsze przy takim dystansie to przeszarżować na początku. Na szczęście gdy dojechałem na przejście w Chochołowie okazało się, że jeszcze spora grupa tam „marudzi” przy „wozie technicznym” więc nie straciłem tak całkiem kontaktu z peletonem. Potem aż do miejscowości Podbiel jechałem w kilkuosobowej grupie, której skład trochę się zmieniał – przez jakiś czas jechałem z dwoma kolegami z CYKLOKRAKA – jak się później okazało jeden z nich jadący na Kellysie z lemondką to „Spros” – uczestnika 1000km maratonu „IMAGIS” w poprzek Polski.

Za Podbielem jak tylko zaczęło się lekko pod górę nasza grupka się rozerwała, przez kilka chwil jechałem z jakimś starszym kolegą kolarzem, którego akcent wyraźnie zdradzał miejscowe pochodzenie. Ale jak tylko zaczął się bardziej stromy podjazd za Zubercem ten pan został z tyłu, a ja znów zacząłem doganiać i wyprzedzać kolejnych uczestników rajdu. Dla mnie z moimi niecałymi 60kg żywej wagi – im stromiej tym lepiej ;)

Na pierwszym bufecie (w ogóle dotąd jechało mi się super, nie czułem jeszcze efektów tego gonienia na początku) miałem średnią prawie 30km/h co jak dla mnie jest super i po cichu liczyłem, że te 27km/h uda się dowieźć do końca.

Za pierwszym bufetem aż do L. Hradoku – spokojne tempo ok 30km/h w 4-6 osobowej grupce – zapamiętałem tylko pana w stroju „BigMan”, który na pewno jechał też w zeszłym roku. Ale przed Prybyliną na początku długiego podjazdu grupa też zaczęła się rozerwać – „BigMen” odjechał równym tempem, a zaraz za nim jego kolega, ja z kolei oderwałem się od pozostałych kolarzy z tej grupki. No i samotna walka z niezwykle „mulącym” podjazdem – na szczęście po kilku km zza zakrętu widzę jakąś grupę – ha! – zapala się „czerwona lampka” i zaczynam gonić. Tym sposobem mijam kilku gości, min. kolegę na błyszczącej MERIDzie oraz 2 gości w koszulkach DISCOVERY, ale jeden z nich na trekkingu LEADER-FOX z błotnikami nie daje za wygraną i utrzymuje moje tempo. A ja swoim tempem, kilka km przed Styrbskim Plesem nareszcie doganiam Piotra – z powodu mojego spóźnienia na start tylko przez moment widzieliśmy się na pierwszym bufecie. Na skrzyżowaniu do Styrbskiego P. jestem pierwszy ale Piotr na zjeździe wyprzedza mnie – u mnie zaczyna się lekki kryzys i nawet nie chce mi się „dokręcać” na zjeździe – tym bardziej, że i tak za chwilę postój na bufecie.

A na bufecie – robimy sobie z Piotrem piknik ;) On ma w termosie zupę, ja kawę – i to była słuszna decyzja – żołądek zaczął mi się już lekko obkurczać i ciepła zupka – to było to! Żywienie to nasza „pięta Achillesowa” – zwłaszcza u Piotra, więc sokro była taka możliwość to postanowiliśmy wziąć coś ciepłego na ząb ze sobą. W zeszłym roku też mieliśmy zupę w termosie i to mnie wtedy uratowało bo już przed pierwszym bufetem miałem ostry kryzys żywieniowy.

Na drugim bufecie średnia była jeszcze ok 27km/h ale już zmęczenie zaczynało poważnie dawać się we znaki. Co gorsza – zaczęły mnie boleć kolana – niestety obserwuję to u siebie po ostrym (jak na moje możliwości) jeżdżeniu. Co więcej – 2 tyg. wcześniej w trakcie Rajdu do Kežmarku też kolana zaczęły mnie boleć i właściwie przez te 2tyg. pomiędzy tymi imprezami nie trenowałem tylko kurowałem kolana z myślą, żeby znów nie przeforsować się na RdT – ale ból wrócił. Co gorsza na 2 bufecie podjąłem fatalną decyzję o niezabieraniu z plecaka kurtki przciw deszczowej – optymistycznie założyłem, że się nie rozpada ale jak się okazało było to złe założenie. No i z tych właśnie przy czym – ostatnie 60km to była już tylko walka z samym sobą – zwłaszcza podjazd na Zdiarskie Sedlo dał mi w kość. Średnia leciała na łeb aby na Głodówce osiągnąć dno – czyli 25km/h. Piotr odjechał mi jeszcze przed Tarzańską Kotliną, a nasilający się ból kolan przekreślił nadzieje na dogonienie go na którymś z podjazdów. Na Głodówce nabyłem drogą kupna oscypka, który zawsze dobrze na mnie działa i dzięki korzystnemu ukształtowaniu terenu do mety udało się jeszcze nieco poprawić średnią, choć do Piotra straciłem ponad 10min.

Ostateczny mój bilans to:
Tm – 8:44:12 (9:14:33)
AV – 25,7 km/h
Vmax – 69 km/h
średnia kadencja – 79
HRav – 152 (w rzeczywistości zapewne ciut mniej, bo przez ostanie 1,5h padła bateria w czujniku)
HRmax – czort wie – interfrenecja z innym pulsometrem

Po drodze i na końcu pstryknąłem jeszcze parę fotek, kilka fotek zrobiła moim aparatem w czasie rundy honorowej przemiła koleżanka z „komitetu organizacyjnego”.

Podsumowując: kapitalna impreza, dużo trudnych podjazdów czyli tego co tygrysy lubią najbardziej – choć obiektywnie Klasyk Kłodzki (zwłaszcza tegoroczny) wyraźnie trudniejszy. Żałuję tylko, że podobnie jak w zeszłym roku nie mogłem zostać dłużej na imprezie po rajdowej – stąd większość uczestników kojarzę tylko po kaskach, koszulkach, rowerach – a nie imiennie.

Nieoficjalna strona Rajdu

Tekst ze strony GK Perfekt

Facebook