Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Zakończenie cyklu w 2006 roku
19 września 2006
Golgotą po zdrowie.
21 września 2006

Ten maraton miał dla mnie szczególne znaczenie. Chciałem pokazać Waldkowi, (który startowł w maratonach, a teraz walczy z ciężką chorobą), że rower poszedł w dobre ręce. Ja będąc w dobrej formie, chciałem znaleźć się w pierwszej dziesiątce w OPEN oraz zaatakować pozycję trzecią w kat. M5.

W mojej grupie startowałem razem z Asią, Irenką, Bogusiem – oraz całą grupą z Łobza, w której był mój rywal do trzeciej pozycji w kat.M5. Postanowiłem zaatakować już na dziesiątym km na pierwszym podjeździe i liczyć na dogonienie silnej grupy i wspólna jazdę i ucieczkę przed moim przeciwnikiem. O dziwo ucieczka się powiodła, a uciekł ze mną nr 60 – Wiesiek z Włocławka. We dwóch jechaliśmy przez 50-60km mijając po drodze tych co odpadali ze swoich grup, lecz nie na tyle silnych aby z nami współpracować.

Dopiero przed Stępnicą doszliśmy trzech na MTB i zaczeliśmy współpracę, o ile pamiętam przez Szczecin jechaliśmy dość szybko i sprawnie, lecz przed Lubieszynem Wiesiek odpadł – skurcze -, a mnie dogoniło kilku młodszych zawodników z trasy na 255km. Na granicy było sześciu przepraszam, ale zupełnie nie pamiętam numerów – wszystko było w szybkim tempie i tak często się zmieniało, że musiałbym mieć kartkę i długopis, aby zapisywać. Jedno co słyszałem to to, że w tym tempie nie przejadę nawet 255km. Niemieckie drogi o wiele lepsze od naszych asfaltów, ale kierowcy samochodów gorsi. Trąbili jak jechaliśmy przez skrzyżowania na czerwonych światłach!! I po co… i tak nikt nie reagował. Grupa powiększyła sie do kilkunastu osób i wtedy uwierzyłem, że ucieczka z grupy się udała i moja przewaga rośnie. Jednak płonne nadzieje – na drugim bufecie na punkcie kontrolnym, ja odjeżdżam, a wjeżdża moja grupa z godz. 8.45 w silnym pełnym składzie. Ale szczęście mi dopisuje. Łapię grupę ,,błyskawicę” wśród nich jest mój dobry znajomy z domku Roland z Berlina. Jadę z nimi 30-40km nawet nie dając zmian, gdyż nie mogłem dostać się do czoła taki był tłok! Dzielimy sie na mniejsze grupy, ale tempo dalej za….bójcze. Pierwszą rundę kończę w czasie 7.15 – 7.20 a więc rewelacyjnie. Wpadam do pokoju zrzucam z siebie wszystko, chłodny prysznic, nowe ,,nocne ciuchy” poukładane na łóżku, pudrowanie, zmiana stroju i skarpet – smarowanie roweru, napełnienie sokiem jabłkowym bidonu ( już trzy litrowe wody wypiłem) i znów na start – na chemiczną zupkę rozdawaną przez organizatorów i na prom. Wiem, że na trasę drugiej pętli pojechał już Janek Ch.z nr 65. Wpadam na pokład i wiem, że zdążyłem, prom już rusza, lecz jeszcze wpada na ostatni dzwonek sześciu wspaniałych z dużyni numerami 128, 117, 124, 105, 130 i 64. Tak więc jest nas ośmiu i demokratycznie ustalono, że jedziemy razem wspólpracując solidarnie.

Jak to wyglądało na trasie – prowadził Robert, potem nas siedmiu i znowu Robert….itd. skąd on miał tyle siły? Za Goleniowem Andrzej łapie gumę, czekamy aż zmieni, troche mu pomagając lub przeszkadzając, a zmienia dętkę szybko i fachowo, wsiada na rower i psssss…. i jeszcze raz zmiana. Tym razem już dobrze. Szybkość bz. tzn. nie patrzę na licznik, aby się nie bać prędkości. Granica z okrzykiem HALT! Ale nasi pogranicznicy wyjaśnili szybko niemieckim kolegom co jest grane i lecimy jeszcze szybciej – bo drogi lepsze. Aha, za granicą zgubił sie Janek, co zgłosiłem kończącemu zmianę Robertowi, i przy rozmowie ,,czekać czy nie” łapię pobocze i leżę! Zbieram się szybko i jestem cały, rower też – koledzy super, osłaniali mnie własnymi piersiami i rowerami i …dojeżdża do nas Jasiu i znów razem, ale ja bez lampek – potłukły się troche i nie świeciły – ruszamy dalej. Co było dalej? To tylko tyle, że noc, nic nie widać, a tempo im blizej mety tym silniejsze. Sięgam na plecy po banana i ręka grzęźnie mi w lepkiej pulpie. Upadłem na plecy – banany miazga, żelki wybuchły, batony zmiażdżone, a ja jestem strasznie głodny i znów ratuje mnie chyba Robert podając mi żel, abym mógł dojechać do bufetu. O dziwo wiatr, który na pierwszej pętli był bardzo zmienny i silny, wyraźnie się uspokoił, więc na drugim punkcie – bufecie robimy dużo zamieszania, bo oczekiwano nas najwcześniej za 2 godziny. Od Wiechora wiemy, że grupa wali po rekord trasy, a za nami daleko nic – a w sumie wyjechało 26 ,,zboczeńców”. Przed metą nasza grupa rozrywa się.

Zostaję z Jankiem z tyłu – ja prowadzę, a on świeci! Tak dojeżdżamy do mety, dublując już na końcówce Janka Ambroziaka. Godzina pierwsza z minutami. Jestem bardzo zmęczony, ale jeszcze bardziej szczęśliwy, bo znów pobiłem swój rekord – 418 km z Gorzowa z zeszłego roku. Następnego dnia , przepraszam tego samego dnia dowiaduję się, że dojechałem na ósmej pozycji z czasem 16h18min a więc średnia 31.3km/h. na dystansie 510km! Dziękuję organizatorom za świetną imprezę, kolegom za wyrozumiałość i współpracę. Cel swój osiągnąłem – jestem trzeci w kat. M5 i prawdopodobnie ósmy (nie ma jeszcze wyników w internecie) w klasyfikacji OPEN. Pozdrawiam wszystkich zakręconych i do sezonu 2007!
PS. Że dojechałem do mety to cud, bo opona tylna w kilku miejscach tak przetarta, że widać dętkę! Bluza POINTA na łokciu przetarta, kask z tyłu solidnie zdrapany, ale to nic – ważne zdrowie – Krzysztof

EDIT:

PS2: Waldka Powichrowskiego i mojego konkurenta w kat. M5 Eugeniusza Gostomczyka nie ma już wśród nas. Na maratonach ich już nie zobaczymy. Oby takich wspomnień było jak najmniej. Pozdrawiam – Klan

Świnoujście 2006
Gosia i puchar.JPG
Gosia i puchar.JPG
Irenka i puchar.JPG
Irenka i puchar.JPG
Kat-M5.JPG
Kat-M5.JPG
na promie.JPG
na promie.JPG
Nasza mistrzyni.JPG
Nasza mistrzyni.JPG
Prawdziwi Prawdziwi zwyciezcy.JPG
Prawdziwi Prawdziwi zwyciezcy.JPG

Facebook