Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
21.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Klasyk Radkowski – po raz pierwszy w PP
18 grudnia 2009
Na Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok
24 grudnia 2009

Już ładnych parę lat jeżdżę sobie dość regularnie rowerem po świecie (czy raczej po beskidzkich drogach), zwykle nie schodząc poniżej 5000 km rocznie, i ostatnio zacząłem się zastanawiać, czy można to nazwać trenowaniem.

W końcu jest to jazda dość regularna, czasami opierająca się o pewnego typu założenia ilościowe czy jakościowe, ale na pewno pod tym względem nieusystematyzowana. Z drobnymi wyjątkami, nie opiera się o jakikolwiek plan z jasno wyznaczonym celem i wytyczonymi założeniami, których należałoby się za wszelką cenę trzymać.

Jeżdżę sobie po prostu tak, jak lubię, tam, gdzie lubię i gdzie akurat mogę się udać w tych kilka wolnych godzin po pracy. Jest to zwykle jazda dość powolna, tak na 80% możliwości, by mieć siły na powrót do domu. Owszem, czasem sytuacja na trasie układa się tak, że trzeba (pogoda) lub można (złapanie mocniejszego partnera rowerowego) przyspieszyć, więc wtedy korzystam z niej i zaginam się, ale czy z kolei taka akcydentalność w przyspieszaniu z założeniami treningowymi ma niewiele wspólnego…

Tak więc moje jeżdżenie ma zwykle charakter dość nomadyczny, gdyż często doboru trasy (a mieszkam w takich okolicach, że dobór może znacząco zmienić charakter trasy) dokonuję pod wpływem przypadkowego impulsu. Jednak gdy mam, powiedzmy, godzinkę na rower, to ograniczyć się mogę jedynie do wdrapania się na Przegibek, czyli 5-kilometrowy podjazd, i pętelki po osiedlu, co już ma jakieś znamiona treningu, a może tylko nałogu. Tym niemniej właśnie owo niczym nieskrępowane, bezzałożeniowe, dowolne, swobodne jeżdżenie, choć przecież fizycznie wymagające, pochłaniające sporo energii (której trzeba napchać do kieszeni i bidonów na drogę) i męczące, a w skrajnych przypadkach: wyczerpujące, daje właśnie dziką satysfakcję, przyjemność, świeżość, oderwanie od świata, o które w rowerowaniu chodzi.

Utrata suwerenności
Dlatego czuję spore obawy przed systematyzowaniem, ubieraniem w sztywne i czasem sztuczne ramy tego, co jest fascynujące i satysfakcjonujące jako dzikie i dowolne. Może owa niechęć ma też podłoże uwarunkowane w przeszłości. Kiedyś dość profesjonalnie (systematycznie, planowo i często) uprawiałem inną, niepodobną do kolarstwa dyscyplinę sportu, do której jeszcze przed dwudziestką nabrałem obrzydzenia i być może to jest powód, dla którego czuję obawę przed systematyzacją. Być może na to pytanie mógłby odpowiedzieć psychoanalityk, a ja – póki co – profilaktycznie będę starał się unikać trenowania.

Wiosenny paradoks
Czy tego chcę, czy nie – z moim rowerowaniem wiąże się pewien paradoks. Bo tylko przyjrzyjmy się następującej sytuacji. Za oknem zima, rowery tylko łypią błagająco spod kierownic, zadając niemo pytanie, kiedy je wyprowadzę na spacer, a ja im od kilku dni, a Rovericie od kilku tygodni, odmawiam zaspokojenia potrzeb wędrownych, za środek transportu biorąc autobus bądź piechotę. Rowerowy bezruch potęgowany niską temperaturą i wstąpieniem w służbę izolacji termicznej sporych ilości tłuszczu znacząco obniżają dyspozycję fizyczną, co z kolei prowadzi do katastrofalnej formy u progu kolejnej wiosny.

I tak jest co roku. W końcu trenażer czy coś stacjonarnego bądź spinningowego, jako wyzbyte najistotniejszego dla rowerowania pierwiastka – drogi, a przy tym przywodzące na myśl swoisty cyklistyczny onanizm (a może to tylko mój resentyment) – musi być przeze mnie programowo odrzucony.

I ten coroczny zimowy sen wiąże się z brutalną opornością pierwszych wiosennych kilometrów, które wyzbyte są z wszelkiej przyjemności. Zupełnie niekręcące się nogi, wyczerpanie choćby krótkim podjazdem, ciężki oddech przy mierzeniu się z przeciwnym wiatrem – to wszystko jest ledwo, ledwo kompensowane nadzieją na następne, cieplejsze już i poparte większą bazą kilometrową miesiące. I to są momenty, w których samo wyjście na rower zasługuje na miano „treningu”. Bo niemal każdy przejechany wówczas kilometr przynosi cierpienie, a każda ich zaplanowana do przejechania ilość staje się misternie wyplecionym planem, zrealizowanie którego daje niebywałą dumę, oczywiście pojawiającą się po gorącej kąpieli i przy ciepłej herbacie.

Wówczas każda przejażdżka staje się usystematyzowaną, a to dlatego, iż jest swego rodzaju walką o przetrwanie, nie dającą wyboru w manipulowaniu obciążeniami, natężeniami itp. Na szczęście ten paskudny stan trwa zwykle dwa, góra trzy tygodnie, po których przecierpieniu nabiera się lepszej dyspozycji i znów można trzymać się maksymy: gdzie wola, tam droga.

Można więc sobie pospekulować, pozastanawiać się, czy się trenuje, czy co to się ze sobą i z rowerem robi. I wszystko w porządku, dopóki się z tego czerpie przyjemność. Z usystematyzowanym treningiem nie będę dużo lepszy, a bez solidnego trenowania – z pokorą będę musiał na maratonach znosić miejsca w ogonie stawki. I z tym będzie mi dobrze. Ale to tylko moja odpowiedź na postawione pytanie – w końcu zawsze mogę się mylić.

Dobrosław Barwicki-Picheta

P.S. Pisane w niedzielę, a zima w międzyczasie uciekła…

Facebook