Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Śrem
21.04

Rewal
5.05

Stargard
12.05

Nowogard
23.06

Świdwin
7.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Karpacz
25.08

Choszczno
1.09
Zdjęcia z imprez
20 września 2007
Maraton Sielpia
20 września 2007

saint

Przyszło nam zaliczyć nam nasz pucharowy debiut w bardzo trudnych warunkach. Wiatr, deszcz, grad, dziury… to wszystko uczyniło w sumie całkiem prostą trasę trzebnickiego maratonu naprawdę ciężką. Co prawda nie zaliczyliśmy maksymalnie długie dystansu, jak zakładaliśmy, ale na 2 pętlach poszło nam całkiem fajnie.

Podróż nie mogła się obyć bez przygód :P Plan był, żeby w Gliwicach wjechać sobie na autostradę i szybciutko polecieć na Wrocław.

Niestety wjazd na autostradę był w remoncie i przyszło nam jeździć slalomem, raz nad, raz pod autostrada… po jakiś 30-40 km w końcu się udało i szybko pomknęliśmy do Wrocławia, bo była szansa zdążyć jeszcze na odprawę.

Przez korki we Wrocławiu byliśmy w Trzebnicy 15 minut po 20. Akurat na rozpoczęcie odprawy… i w sumie nie było się po co spieszyć, bo większa cześć odprawy zajęło kazanie pewnego tamtejszego księdza, dlaczego to św. Jadwiga może być patronka rowerzystów…

W dzień maratonu wstajemy o 6. Jemy śniadanko i powoli się zbieramy do startu. Jedziemy z 4-ta grupa, wiec jest nawet czas na chwile rozgrzewki. Po starcie 3 grupy ustawiamy się na kresce i oczekujemy na wystrzał pewnej Pani posłanki. Jest sygnał i ruszamy do boju. Początkowo jest nas prawie 15, wiec mimo bocznego wiatru tempo idzie wysokie, średnio około 38 km/h. Szybko doganiamy maruderów, którzy startowali we wcześniejszych grupach.

Przejeżdżamy przez malownicze tereny nad jeziorkami, pod drodze pełnej żołędzi, które co chwila strzelają spod kół. Tempo nie spada, wyjeżdżamy na drogę wojewódzką do Milicza… Asfalt strasznie marny, bidony mi chcą z koszyczków pouciekać, jeszcze na chwile kostka, i zaczynają się hopki, zostaje nas 4.

Mijamy punkt PŻ bez zatrzymania. Po kilku następnych kilometrach doganiamy grupę Szerszeni, która startowała jako pierwsza, ale za chwile dogania nas 5-ta, najsilniejsza, grupa, która wyruszyła 5 minut po nas. Zaczynają się ataki, których w sumie nie rozumiem, ale nic to, może lepiej się jeździ 300 w małej grupie…

Ja nie wiem kogo mam gonić, wiec zabieram się w każdy atak. 45 pod górkę i zostało niewiele osób w czołówce. Następna hopka, silny wiatr z boku i postanawiam odpuścić, bo w takim tempie to 300 nie dam rady. Zbieramy się w 5-ciu i tak dalej podróżujemy, za chwile jest nas 4 i tak już zostaje do końca. Dojeżdżamy do Trzebnicy z średnią pond 33,5 km/h, napełniamy tylko bidony i jazda.

Zaczynamy drugą pętlę. Jak poprzednio początek z bocznym wiatrem dość szybki. Prędkość nie spada poniżej 35 km/h. Ale, gdy tylko skręcamy na zachód ogarnia mnie zwątpienie… Wieje tak, ze ledwo jedzie się 20 km/h, przed nami widać jednego kolegę, który musiał przed chwilą odpaść z czołówki, jak z nogi na nogę przepycha pedały, gdy go wyprzedzamy nawet nie próbuje się trzymać kółka… Masakra. Z ulgą powitałem zmianę kierunku jazdy, która znów ustawiła nas na boczny wiatr.

Niestety, długo ta przyjemność nie trwała. Patrząc przed siebie było widać chmury, z których pada… No i tak, z bocznego wiatru wjechaliśmy w boczny wiatr zacinający małym gradem. Ale targamy dalej. Jakoś się przebiliśmy i znów zmasakrowana droga wojewódzką pomknęliśmy na Milicz. Tym razem chwila przerwy na PŻ. Męcząc kolejne hopki, to pod wiatr, to z bocznym doganiamy kolejnego zawodnika, który odpadł z czołówki. Przed Trzebnicą wyprzedzamy jeszcze 2 osoby, które jechały na jedną pętlę! Meta. Postanawiam, że kończę zabawę na 2 okrążeniach. Kolejne wiązałoby się z jazdą końcówki po ciemku, więc wolałem odpuścić, tym bardziej, że wiać wcale nie przestawało, a i dziurawe drogi nie napawały optymizmem.

Dystans 224 km kończę na 4 miejscu w OPEN i 2 w MII, Oskar odpowiednio był 22 i 4. Na pierwszym maratonie na pewnozebraliśmy trochę nauk na przyszłość. Po pierwsze, co już wiedziałem z wcześniejszych występów w tym roku, przy takim tempie trzeba mieć żele lub coś podobnego, co można bardzo szybko spożyć, bez tego nie ma siły jechać długo i szybko. Po drugie, na tych maratonach, trzeba wiedzieć kogo gonić, a kogo odpuścić. Puszczanie grup co 5 minut wprowadza spore zamieszanie, jeśli się chce o coś walczyć, no i do końca sprawiedliwe to nie jest, bo z mocna grupa można dużo lepiej sobie pojechać… Ale tez,zależy czego się oczekuje od takiego maratonu. W sumie ma to być zabawa, ale wiadomo– dla jednych zabawa jest ściąganie się na 300 km, dla innych przejechanie dystansu w dobrym towarzystwie.

Podsumowując, szkoda, ze zdecydowana większość maratonów jest tak daleko od nas.Akurat trafiliśmy (podobno, bo to nasz pierwszy) na jeden z lepiej zorganizowanych maratonów, co naprawdę było widać i jeśli tylko będą czas i fundusze powrócimy tam w następnym roku.

za bikeholicy.pl 

Facebook