Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Magazyn Rowerowy przeprowadza internetową relację LIVE z 63.Tour de Pologne
1 września 2006
Zakończenie cyklu w 2006 roku
19 września 2006

Adam Filipek

Tak ma być, tak będzie dobrze… rzekł wąsaty mężczyzna nie znoszącym sprzeciwu tonem zabarwionym nutką tryumfu pochylając się nad wielkim arkuszem mapy. Czasy to były dawne i burzliwe. Ten arkusz to mapa środkowej Europy. A wąsaczem – Józef Stalin.
Owego dnia, mówiąc te słowa, wyznaczył zasadnicze ramy amatorskiego wyścigu kolarskiego IMAGIS TOUR. Zatwierdzając kształt granic Polski okazało się, że dwie najdalej od siebie położone miejscowości to Świnoujście i Ustrzyki Górne. W zeszłym roku po raz pierwszy wyznaczono ponad tysiąckilometrową trasę i zorganizowano wyścig.

Ja od niepamiętnych czasów błądząc wzrokiem po mapie naszego kraju zastanawiałem się jak by to było podróżować od granicy do granicy – to pierwotna szaleńcza myśl, ziarno, które przyniosło plon w sierpniu tego roku. Wirusem cyklozy (choroba polegająca na nieustannym podwyższaniu wartości DST na liczniku rowerowym) zaraziłem się również w niepamiętnych czasach. Faza chroniczna tego schorzenia trwa od 9lat a wartość DST przekroczyła 55 000km. Bardzo przyjemna ta choroba…

W ostatnich latach uczestnicząc w kilku Szosowych Maratonach Pucharu Polski kilkakrotnie bezskutecznie próbowałem doświadczyć granicy swych możliwości w jeździe długodystansowej. Nie udało się to. Wyniki były satysfakcjonujące. Te poszukiwania uczucia cierpienia i smaku porażki zawiodły mnie na start IMAGISU TOUR 2006 do Świnoujścia.

Z Sieradza na start udałem się pociągiem. Nie mogąc zasnąć przez całą podróż w pewnym momencie odkryłem, że nie wziąłem kasku a buty stracą podeszwy po 100km jazdy. No to miałem już spanie „z głowy”… byłem od stóp do głów niekompletny. Na szczęście kask udało się pożyczyć a buty w Świnoujściu skleić. Spacer po plaży zupełnie mnie zrelaksował. Wieczorem wesoła odprawa techniczna i lulu.

Nastał piątek 12 sierpnia. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Pogoda? Rowerowa! Na nadbrzeżu portowym pojawiło się 27 startujących zuchów. A nawet więcej ich było bo i Wiesław Rusak, który nas wystartował i cała obsługa wyścigu zasługują na to miano. O ósmej wystrzeliła armata i pojechaliśmy. Przez pierwsze kilometry pozowaliśmy do kamer i aparatów. Ich właściciele musieli się uwijać bo tempo peletonu było żwawe. Uwielbiam jazdę w takiej dużej grupie a rzadko mam ku temu okazję. Tę czystą frajdę na wstępie Wielkiej Przygody zaczęły zrazu mącić wibracje tylnego koła. Rzut oka i już wiem, że „mu bije” a nie wiadomo z jakiego powodu! Cóż… zacząłem czuć jak Bieszczady oddalają się w przyszłość kolejnego sezonu. Na pierwszy punk kontrolny (za 50km) zdecydowana większość zawodników przybyła w zasadniczej grupie. Zawsze bawi mnie pośpiech jaki panuje na punkcie – jak w boksie F1. Liczy się każda sekunda. Przed drugim punktem w Łobzie nastąpił zasadniczy podział, z którego długo nie mogłem zdać sobie sprawy. Pamiętam, że gdy za Łobzem dogoniłem 10 osobową grupkę nie mogłem się nadziwić, że nikt już do nas nie doszedł. Brakowało przede wszystkim Gregorego bo namawialiśmy się na wspólną jazdę jeszcze godzinę wcześniej. Cieszyłem się, że miałem tyle szczęścia, że jadę z nimi a nie sam i że nie zmarudziłem na punkcie, że jest dobrze… bardzo dobrze.

Dobrze było bardzo krótko. Na 180km dostaliśmy się w strefę krótkiej, intensywnej ulewy. Zarządziliśmy ubieranie kurtek. Jakoś szybko się przebrałem i razem z (no nie pamiętam) zostawiliśmy resztę z tyłu. Prowadziłem w Imagisie i spodobało mi się to bardzo szybko ale „pozwoliliśmy” się dogonić wszak do mety było 800km. Nasza grupka sprawnie przemykała przez pomorskie miejscowości. Pięknie uporządkowana jazda parami na zmiany. Ja z samym Kalinem na zmianie. Znowu było bardzo dobrze i znowu bardzo krótko.

Odcinek bruku przed Kaliszem Pomorskim zabrał mi jedną szprychę z tylnego koła. To mnie wkurzyło choć było do przewidzenia. Organizatorzy mieli jakieś koła (nawet przednie widziałem w wozie technicznym) ale wiedziałem, że dalsze straty w kole doprowadzą do rozstania z czołówką a nawet rozstania z wyścigiem. Przyjąłem najczarniejszy scenariusz i chcąc pożegnać się spektakularnie z Imagisem uciekłem po raz pierwszy towarzyszom do przodu. Miałem nadzieję (płonną – się okazało) że ktoś wspomni o tej ucieczce w relacji internetowej live. Wiatr z godziny 6 szeroka idealna nawierzchnia drogi na Bydgoszcz odebrały mi rozum. Samotna jazda 300-400m przed grupką 10 herosów z prędkością w porywach 37km/h. Znów było dobrze…

Do czasu jak z lewa nie wyjechał ciągnik z dwiema przyczepami tarasując całą szosę. Łagodnie wyhamowałem do 3,7km/h i poczekałem na grupkę towarzyszy. Wykazali się brakiem zrozumienia dla moich harców. Musiałem im tłumaczyć, że mnie urwana szprycha w tyłek kłuje. Szybko zrozumiałem, że grupka nie jedzie w moim tempie. Zwiałem im znowu. Koło tak jakby się zaczęło centrować. Wiatr w plecy, droga jak marzenie. Tym razem straciłem ich z oczu. Ten odcinek trasy wspominam z egzaltacją. Postanowiłem jeszcze przed Nakłem, że na dużym punkcie kontrolnym będę pierwszy.
Dopadli mnie na światłach na obwodnicy Bydgoszczy. Śmiechu było sporo. Obiecali, że koszulka najaktywniejszego jest już moja, że już nie muszę się „zdzierać”… Znów wyszedłem na prowadzenie bo chciałem ich „wykończyć” śmiechem. W wyśmienitych humorach dotarliśmy do pierwszego DKP na 314km. Pojedliśmy, wyprysznicowałem się i Janek zarządził wyjazd z punktu. Został tylko Kalin – taki miał plan. Musiałem obiecać Jankowi, że już się uspokoję i nie będę skakać. He he!

Remontowany odcinek za Bydgoszczą przemknęliśmy bez problemu. Jak mi się zdaje problem mieli z nami kierowcy tirów, którzy koniecznie chcieli nas widzieć czekających grzecznie w korkach na czerwonych światłach. Jeden z nich nawet zapowiedział, że nas rozjedzie przy najbliższej okazji. Groza…

Nadeszła noc. Pod Toruniem najlepsza ścieżka rowerowa to droga ekspresowa. Nie było jednomyślności co do tego ale większość zdecydowała, że lecimy ekspresówką. Dalej na Łódź. Ciepło, ciemno no i tempo rewelacyjne. Właściwie po zapadnięciu zmroku nie zwolniliśmy dużo. Trans kolarski… mrugające lampki… wyjście na zmianę… potem powrót na stołówkę lub (jak kto chciał) do sypialni czyli – ogon grupy. We Włocławku punk kontrolny. Tu już dawał o sobie znać doskonały humor Janka. Po 90sek pobytu na punkcie podawał komendę „Jedziemy!” i… możecie sobie wyobrazić… te głosy „buntu”, śmiechy i dogryzki… Tak… humory dopisywały wspaniale. Ale poważnie – postoje były ekstremalnie krótkie. Dosłownie tylko przez 1,5-2 min nie miałem na nich nic do roboty. To dzięki tej strategii krótkich postojów można robić rekordy czasu przejazdu na tej trasie. Nie dochodziło do rozprężenia organizmu.

Przed Gąbinem pruliśmy po hopkach tak jakbyśmy właśnie minęli Wolin. Ludzie zaczęli marzyć o gorącej kawie. Nie było jej na stacji! Mamy ruszać z punktu a Tomek odkrywa kapcia w tylnim kole. Dłuższy postój. Przydałaby się stacjonarka do pokręcenia by nie tracić ciepła! Za kilkanaście kilometrów to samo koło – kapeć. Okazało się, że szprychy drapały dętkę. Otoczyliśmy Tomka półkolem, każdy zapalił lampkę i teraz już dokładnie naprawił co trzeba kawałkiem izolacji. Ważne, że nikt nie odjechał. Wszyscy trzymaliśmy się razem. W owym czasie zacząłem tęsknić z światłem słonecznym. Oby do świtu… Te postoje naprawcze były mi bardzo na rękę. …Nie padało!

Mszczonów…(?) wyprzedzająca nas (jadących gęsiego) ciężarówka przeciska się razem z nami między wysepką na środku jezdni a wysokim krawężnikiem. Debil najeżdża lewymi kołami wysepkę… huk naczepy… wycie opon kolejnego tira za plecami… trzech zawodników z naszej grupie w śmiertelnym niebezpieczeństwie przyciśnięci do krawężnika naczepą. Ktoś krzyczy „ Uważaj !!!” Janek jadący pierwszy traci równowagę i zatrzymuje się na metalowym słupku, do którego przyczepione są łańcuchy. Uderza przedramieniem. Uff…

To nas obudziło! Przez godzinę pewnie nikt nie pomyślał o spaniu. W komplecie przywitaliśmy świt. Nigdzie nie było kawy. Nastroje trochę posiadały. Padały propozycje dłuższego odpoczynku. Pod Grójcem połowa grupy pojechała prosto do miasta zamiast w lewo na Kraków. Budziłem się najeżdżając na białą linię gdzie była tarka waląca w opony samochodowe – rowerem to było jak elektrowstrząs.

Jedziemy na Radom. Za Białobrzegami wybuchł bunt! Ludzie mieli dość! Chcieli posiedzieć i napić się kawy. Skręcili do pierwszej napotkanej otwartej restauracji ale… Janek zebrał nas wszystkich do kupy i powiedział, że jedziemy na zaplanowany punk, który jest za… 25km. Wsiadł i pojechał, a reszta… za Nim.

No i miał rację. Nasza obstawa z Kangoo czyli Kinga i Bartek obiecali, że pod Radomiem będzie wszystko czego sobie zapragniemy. Była chyba 7 nad ranem jak zajechali tam i pytali czy będą kanapki dla kolarzy. Pani w barze mówi, że tak… na 12 będą na pewno gotowe. Ha! Były gotowe za 30min bo sprzątaczki nawet zostały zagonione do pracy nad nimi. To był w sumie taki drugi postój posiłkowy. Nieplanowany na starcie ale konieczny. Ludzie na punktach podsypiali na krawężnikach. Mnie się powieki strasznie ciężkie robiły. Wszystko puściło za Radomiem. Kryzys poranka przeminął.

Iłża i postój na stacji Viking na 700km. Dojeżdżając pytam Janka „Kierowniku? Jak długo będziemy spać na punkcie? I odpowiedź „ A po co?”…  ))

Jakoś tak zaraz zamówiłem pierogi i poszedłem się przebrać, wróciłem, zjadłem, wyszedłem by nalać w bidony. Reszta jeszcze jadła, czekała na porcje. Patrzę… Janek, Boguś i Robert już gotowi do drogi. Zapytali czy jadę z nimi. „Dobra! Tylko zakręcę bidony!” „Dobra… to my jedziemy to nas dogonisz!” I pojechali. To mnie do tej pory bawiło ale teraz już wkurzyło. Ale słowo się rzekło… pojechałem. Czekali – 27km/h toczyli się w stronę gór. Podobno byliśmy na punkcie tylko 25min. Nie wierzę! Została nas czwórka. Było dobrze!

Już za godzinę wiedziałem, że coś jest ze mną nie tak. Tuż przed punktem 750km zacząłem zostawać. O dawaniu zmiany nie było już mowy. Janek dwa razy stopował Roberta i Bogusia by zaczekali. Opóźniałem Ich więc na punkcie szczerze pożegnałem się z Nimi. Chciałem zostać z tym problemem sam. Gdzie się podziały siły? Ruszyłem z punktu 45sek za Nimi zapominając, że w Kangoo miałem 0,5 l glukozy w kroplówce. Ehhh… mogło być inaczej…może…

Do 800km to było tempo lajtowe. Wycieczka. Wiedziałem, że grupa sześciu z Vikinga wyjechała 50min po nas. Byłem w takim stanie, że nie utrzymałbym się w niej gdyby mnie dogonili. Wisła. Nowa Dęba. Stwierdziłem, że jak się nie wyleczę z tej słabości to mam 11 miejsce – Kalin już też był od dawna „na chodzie” i leciał przez Polskę od godziny 22.
Wypiłem 0,75 l Isostaru i (wreszcie!!!) Red Bull’a. Po 30 min wsiadłem na rower i nie mogłem uwierzyć, że zmartwychwstałem. To chyba było zwykłe odwodnienie. Prosty błąd w doborze ciuchów? Nie ważne… Przede mną było 200km pofałdowanej trasy i czułem się znów dobrze.

Za Rzeszowem okazało się, że Kangoo już pojechało w stronę mety by obsługiwać czołową trójkę tak by zrobili rekord trasy. Ja dziwiłem się, że goniąca mnie szóstka jeszcze mnie nie dopadła. Pojedynczy zawodnik nie ma szans z dobrze współpracująca szóstką !!! Zaczynały się górki jechało mi się wspaniale. Już tylko na batonikach musli i pierniczkach z marmoladką. No i stale Isostar. Piękna trasa, piękny asfalt, piękna okolica, piękna pogoda, piękny dystans w nogach.

Przed Sanokiem wyjechał na spotkanie Kondor – znajomy z forum Cyklokraka. Poinformował, że trójka była tu przede mną niecałą godzinę (44 min !!!) i że z danych z internetu wnioskuje, że szóstka mnie w górach nie dogoni. Zaczęły zbierać się chmury i zmierzchało. Nie mogłem liczyć na pomoc Yariski i Kondor dał mi na wszelki wypadek bluzę. W razie kapcia podczas deszczu zamarzłbym w 3 min. Z tym balastem wciśniętym pod koszulkę na plecach ruszyłem samotnie w stronę Leska. Zaczęło kropić ale jazda rozgrzewała. Zapadały ciemności… znowu.

Do Ustrzyk Dolnych rewelacyjna jazda w nocy. Podjazdy pokonywałem z przyjemnością. Przed Ustrzykami dopadła mnie Yariska ale nic nie potrzebowałem. (Od Sanoka do mety przejechałem non-stop.) A horror zaczął się za Ustrzykami Dolnymi.
Te ostatnie 42km wspominam z drżeniem łydek. Idealnie ciemna górska droga. Czasem jakieś lampy w miejscowościach, czasem samochód przemieszczający się przede mną jak UFO – bo na podjeździe i zakrętach. Jadę i nic nie widzę. Górkę czuje tylko w pedałach. Jadę środkiem bo w dobrym asfalcie jest tylko łączenie na środku i można po nim wnioskować czy wjeżdżam w zakręt. Na jakimś zjeździe wymijam się z kolesiem jadącym na rowerze bez świateł. Mam powoli dość tego szaleństwa… mogłem nie zauważyć momentu własnej śmierci. Za Lutowiskami na skrzyżowaniu prawie się wywaliłem bo do ostatniej chwili oślepiony przez ciężarówkę decydowałem się – w lewo czy prawo.
Dzięki licznikowi wiedziałem gdzie jestem. Długo przed metą miałem czas by przemyśleć to co się wydarzyło przez ostatnie 40 godzin i cieszyć się tym. Kończyłem Imagis w dobrym stanie ogólnym bez żadnych znaczących bólów. Tylne koło wytrzymało na 31 szprychach. Grupa sześciu nie doszła mnie co, jak rozumiem, było wynikiem ich wspólnego założenia, że jadą razem. Zatem jechali jak najsłabszy pozwalał. Postawa godna Ultramaratończyków! Czapki z głów!

Dwanaście minut po północy byłem w recepcji kempingu w Ustrzykach Górnych i przy piwku (ja tylko piłem) w błyskawicznym skrócie opowiadałem Panu recepcjoniście to co właśnie i Wy już przeczytaliście.Potem spanko 5,5h. Śniadanko w sklepie spożywczym na skrzyżowaniu. I powrót na trasę Imagisu z niestrudzoną Kingą w wozie technicznym Kangoo. Miałem okazję wejść w rolę obsługi tego wyścigu. Dojechaliśmy na 860km trasy i tam czekaliśmy na kolejnych zawodników aż pojawił się Rafał, który zamykał stawkę.. Ponownie przeżywałem to co wydarzyło się dobę wcześniej. Rafał samotnie dzielnie dotarł do mety tuż przed 3 nad ranem w poniedziałek. Czapki z głów przed Rafałem!!! Tego dnia odbyła się odprawa końcowa – czyli medale, fotki, autografy na gipsie Irzjego (miał upadek), dobre jedzonko. Jeszcze wypad do schroniska pod Rawki na naleśnika z jagodami…mniam. Ten klimat knajpy w Ustrzykach…

W drodze do domu przydał się… rower. Pojechaliśmy we wtorek raniutko z Krzysztofem przez Wetlinę, Polańczyk, tamę do Leska. Góry są piękniejsze za dnia! (Skrót przez Buk – księżycowa nawierzchnia!) W Lesku przejął nas szczęśliwie wan Imagisu i… wio do Krakowa do pociągu. W Łodzi miałem przesiadkę. Znów przydał się… rower. Z dworca Łódź Fabryczna na Kaliską w 11min. Miałem 2 min luzu!

Oooo! Najwyższy czas na podsumowanie tej ultrarelacji. Impreza jest THE BEST OF THE BEST – ludzie, asfalty, organizacja, zabawa. Nikogo jednak nie namawiam do startu w tym szalonym wyścigu. Jedno jest pewne – JEST TO DO PRZEJECHANIA. Ja jestem zaskoczony swoim wynikiem. Miałem dużo szczęścia i pomogłem Mu. Człowiek nie wie co ma w nogach. Cieszę się, że poznałem wielu fajnych ludzi, poznałem siebie, poznałem swój Kraj… pojeździłem na rowerku.

Na progu domu miałem wrażenie, że przez te kilka dni jeździłem po Polsce jak po małym mieście.

Dane liczbowe: DST – 1002km, suma przestojów 5,5h czas trasy 40h 12 min
STP- 34h 41min 55sek AVS- 28,88km/h, Max 68,4km/h (tuż przed punktem „Pod samolotem”), miejsce w klasyfikacji – samotne

Podziękowania dla Organizatorów i Sponsorów!
Szczególne podziękowania dla Kingi i Bartka.
Podziękowania dla Uczestników. Szczególne hołdy dla Janka!
Podziękowania dla Kibica – Kondora.
Podziękowania dla Drogowców wszelkiej maści.
Całuski dla wszystkich 31 pozostałych w tylnym kole szprych.
Japończykom z wiadomej firmy też dziękuję. Adam Filipek

Facebook