Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
28.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Marzenka była w Kluczborku
14 lipca 2013
Trochu o regulaminie
18 lipca 2013

Minął czwarty dzień naszej wyprawy. Dopiero czwarty dzień, a czuję się jakbym była w drodze od paru tygodni.

Małgosia Szalewicz - złotówka za kilometr

Na Ukrainie spotykamy się z ogromną życzliwością i zainteresowaniem. Mijające nas samochody zwalniają, kierowcy naciskają klaksony (za każdym razem tracę oddech i mam stan przedzawałowy) i pozdrawiają. Dużo osób pyta się: a gdzie? a po co? a dlaczego? a skąd?

Wszystkim opowiadamy o Patrycji i celu naszej wyprawy.

W niedzielę pewien Ukrainiec, gdy usłyszał wszystkie odpowiedzi na zadane pytania, bardzo się wzruszył i wyciągnął z portfela 50 zł prosząc o przelanie ich na konto Patrycji. Gest naprawdę niebywały, biorąc pod uwagę średnią płacę na Ukrainie.

Drogi – dziurawe niemiłosiernie. Poboczy praktycznie brak, a jak są to w tragicznym stanie. Trzeba jechać na słuch. Jak słyszę, że jedzie coś dużego, a z naprzeciwka widzę TIR-a, to kurczę się w sobie i zjeżdżam na pobocze, którego nie ma…

Trasa – wciąż podjazdy i zjazdy, Na zjazdach nie można się rozpędzić, bo dziury. Podczas jazdy pod górę ciągną mnie w dół dwie duże sakwy. Zmęczenie fizyczne powoduje wyciszenie myśli. Zaczynam rozmawiać ze sobą i swoim rowerem. Uwielbiam ten stan.

Wyjątkowa gościnność bezinteresowność ludzi, u których nocujemy, dodaje nam sił do dalszej jazdy.

Dotychczas pokonana trasa: Przemyśl–Lwów–Tarnopol–Chmielnickij-Winnica.

Pogada: słońce, słońce, słońce. Praży niemiłosiernie.

Dzisiaj (wtorek) w drodze z Chmielnickij-Winnica, na 75 km dopadł mnie giga kryzys. Mroczki przed oczyma, jazda zygzakiem po drodze, zero sił. Znałam to tylko z opowieści, w końcu nadszedł czas nam mnie. Poległam na poboczu.

I nagle dzwoni Grześ, że ma niespodziankę dla mnie: kierowca TIR-a zatrzymał się i czeka 3 km dalej, żeby mnie podwieźć do Winnicy. Normalnie powiedziałabym ‚nigdy w życiu’, ale dzisiaj odpowiedź brzmiała: tak! tak! tak!

Kierowca, przemiły człowiek, całą drogę pytał, opowiadał, śpiewał. I oczywiście nie chciał żadnego wynagrodzenia. Spełniło się też jedno z moich marzeń: zawsze chciałam przejechać się takim dużym samochodem. Została jeszcze jazda na motocyklu, ale to się już chyba nigdy nie uda.

Dzień 5-9: Winnica-Hasyń–Umań–Kirovohrad–Krzywy Róg–Nikopol

Coraz bardziej płasko, mniej wzniesień, a mi się wydaje że jedziemy wciąż pod górkę. Im bardziej na wschód, tym ludzie mniej spontaniczni i otwarci. Nie wszyscy odpowiadają na pozdrowienia. Praktycznie w ogóle nie spotykamy rowerzystów. Tylko samochody, samochody, samochody.

Właściwie jadę cały czas sama. Rano – przed Marcinem i Grzesiem (chłopcy jeszcze śpią na rowerach, a potem walczą ze szprychami), po południu – daleko za nimi, bo oni wtedy mają nadmiar energii. Pasuje mi taka jazda. Samotna rowerzystka wzbudza tutaj dużo sympatii.

Złotówka za kilometr - Grzegorz Szalewicz

Wreszcie poruszamy się po drogach o zdecydowanie mniejszym ruchu samochodowym. Pojawiły się pola pełne zbóż i słoneczników. Pojawił się zapach lata. Jadąc od rana do wieczora rokoszuję się tym.

Zdrowie nam dopisuje. Straciłam tylko lekko czucie w prawej dłoni… Ale można jechać!

Pogoda nadal bez zmian: słońce, słońce, słońce i bezwietrznie. Pijemy ogromne ilości wody. Ludzie mówią nam, że dalej na wschodzie jest jeszcze bardziej gorąco.

Z niecierpliwością czekam kiedy dojedziemy nad Morze Azowskie.

Zapraszam na blog na stronie www.zlotowkazakilometr.pl

Małgorzata Szalewicz

I jeszcze P.S. od Marcina:

Dzień VI: Udało się wyjechać ok. wpół do dziesiątej.. Śniadanie w motelu za 20 hrywien: całkiem dobrze smakował makaron z kiełbasą i kawą.

I z powrotem wróciliśmy na dziurawe, roztopione ukraińskie grogi. Dziura do dziury i w mojej Meridzie trzask prask poszła szprycha. Najgorsze, że od strony wolnobiegu. Przez to też zostałem zmuszony do kupna klucza, którego ani ja, ani Grzegorz nie wzięliśmy. Skończyło się na tym, ze Grzesiek i mama zostali w Novoarkchangielsku, a ja uzbrajając się we wszystkie komplety lampek zdecydowałem się na nocne pedałowanie.

Do Kirovohradu zostało mi jeszcze ok. 100 km. I tym sposobem z tymi dzisiejszymi 110-cioma kilometrami przejechałbym ładnie ponad dwa kola.

Po 4 godzinach i przejechaniu ok. 60 km o 1:30 znalazłem prowizoryczny namiot po arbuzach, który służył mi za noclegownię. Schowałem portfel i dokumenty do kieszeni, mając zamiar zasnąć na ledwo trzymającym się kupy krześle. A gdzie tam! Karimata, śpiwór i tak!, teraz mogę się przespać. A rano o 7:00 pobudka.

Kierowcy są naprawdę – zadziwili mnie obchodzeniem się z rowerzystami. A nawet kilka razy zaproponowali kielicha ;)

Pozdrawiam, Marcin

Rowery: działają, praktycznie brak większych awarii. Tylko jeden flak, jedna wymiana szprychy i drobny kłopot z łańcuchem. Grześ stara się na bieżąco uzupełniać bloga na stronie: zlotowkazakilometr.pl. Zapraszam też na facebooka złotówki.