Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
21.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Jeziorak Tour 2011
11 sierpnia 2011
Zapisy na Jeziorak Tour
13 sierpnia 2011

W ubiegłym roku kończąc Maraton Dookoła Polski 3333 km w 18 dni powiedziałem publicznie, że nigdy więcej. Jadąc z Krzyśkiem Sobkowiakiem najbardziej dał nam się we znaki upał.

Był to mój pierwszy taki przejazd, bez doświadczeń, bez wcześniejszego przygotowania i z obawami. Pamiętam jak dwójka naszych kolegów z klubu- Darek Stalewski i Andrzej Semkowicz wyjechali po nas do Pogorzelicy i w takiej „ klubowej eskorcie” wracaliśmy z Krzyśkiem do Gryfic, i pamiętam niedosyt Andrzeja Semkowicza, że On nie jechał i teraz nie wraca z nami jako kończący ten trudny przejazd.

Rozmów na temat przyszłorocznego maratonu nie było aż do chwili, kiedy odpocząłem i tak naprawdę skończył się sezon imprez rowerowych. Wtedy to razem z Andrzejem Semkowiczem zaczęliśmy rozmawiać poważnie o planach. Zaczęły się przygotowania, treningi.

A teraz spróbuję opisać całą wyprawę:

18 lipca 295km
Obserwując wcześniej pogodę nie byłem optymistą – zapowiadali opady i wstając rano widziałem, że nie będzie bardzo przyjemnie – lało i to dosyć ostro. O dziwo przed 8:00 przestało padać i jadąc na Gryficki Plac Zwycięstwa nie zostaliśmy zmoczeni. Na naszym pożegnaniu zjawiła się prawie cała moja rodzina, Stefcia i Rysiu z Klubu, znajomi oraz zastępcy Burmistrza Gryfic – Waldek Wawrzyniak i Przemysław Kowalewski.

Zgodnie z planem o 8:00 startujemy.

Początek inny niż w ubiegłym roku ze względu na plany wczesno porannego przejazdu przez Trójmiasto.W Świnoujściu czeka na nas dziennikarka Głosu Szczecińskiego oraz reporter TV Świnoujście. Po chwili rozmowy i zrobieniu paru fotek razem z kolegami ze Świnoujścia Darkiem Bielenisem i Adamem Stefańskim jedziemy w kierunku Międzyzdrojów. Koledzy narzucili ostre tempo i po kilkunastu minutach dziękujemy im za odprowadzenie i już od Międzyzdrojów jedziemy sami i od razu drobny sprawdzian – podjazdy z sakwami / dodatkowe obciążenie po 12-14kg/ ale nie było źle.

Jedziemy przez Dziwnów, Rewal, Niechorze, Pogorzelice, Trzebiatów, Mrzeżyno, Dźwirzyno i dojeżdżając do Kołobrzegu spotykamy Andrzeja Galla który służy nam dużą pomocą pilotując nas przez Kołobrzeg omijając zakorkowane centrum. Dalej jedziemy na Koszalin , Darłowo i dojeżdżamy do wioski Zaleskie gdzie planowany był nocleg. Przejeżdżając na początek tyle km jesteśmy zmęczeni i po kąpieli zaraz zasypiamy. Nie padało.

19 lipca 230km
Pobudka o 3 rano i po porannej toalecie i posiłku / Kawa, zupka z makaronem oraz kaszka PENCO/ startujemy o 4.15 – Ustka, Słupsk, Władysławowo , Hel i na nocleg zatrzymujemy się w Pucku. Jesteśmy pod wrażeniem przejazdu na Hel – wspaniała pogoda, wspaniałe widoki i wspaniałe miejsce. Zasypiamy szybko, bo w perspektywie ciężki dzień.

20 lipca 160km
Wstajemy jak zwykle o 3 rano i już po 4 jedziemy w kierunku Gdańska. Przejazd przez Trójmiasto zaplanowałem wcześnie rano ze względu na mały ruch. Dojeżdżając do Sopotu widzimy czekającego na nas kolegę Jarka Mralla, który zaoferował nam pomoc w dalszej podróży przez Trójmiasto po ścieżce rowerowej. Jedziemy dosyć szybko za znającym znakomicie tereny Jarkiem, który odprowadza nas do Stegny – tam po podziękowaniach Jarek wraca do domu a my jedziemy dalej do Krynicy Morskiej.

Po chwili zaczyna lać i deszcz już nam towarzyszy przez następne 13 dni. Dojeżdżając do Krynicy jesteśmy już totalnie zmoczeni i Andrzej rzuca temat przepłynięcia przez Zalew Wiślany do Fromborka statkiem. Po zakupie biletów i wejściu na pokład Andrzej śmieje się, że chciał jechać rowerem dalej, i tu Jego zachowania nie rozumiałem. Po przypłynięciu do Fromborka udajemy się do hotelu naszego kolegi Andrzeja Piotrowiaka i zostajemy Jego gośćmi – mamy super nocleg i super jedzonko.

21 lipca 280km
Wstajemy jak co dzień o 3 i po 4 jedziemy już w kierunku na Braniewo i dalej Bartoszyce, Korsze, Węgorzewo. Pogoda wspaniała, gorąco ok. 35stopni aż się chce jechać.W Gołdapi stajemy na ok. 40 minut i jemy kebaba i w świetle tego, co zdarzyło się póżniej, możliwe że to nam ratuje nawet i życie. Po tej przerwie wsiadamy na rower i w upale jedziemy w kierunku na Wiżajny. Jest coraz bardzo gorąco i parno.

Po ok. pół godziny jazdy widzimy przed sobą dziwne chmury. Dojeżdżając bliżej widzimy, że pogoda robi się nie za ciekawa, jedziemy dosyć szybko i nagle widać błyski i zrywa się wiatr- tak mocny że decydujemy się na postój na przystanku autobusowym w najbliższej wiosce. Po chwili uspokaja się i widzimy, że burza przeszła bokiem więc decydujemy się na jazdę dalej.

Po paru przejechanych km wjeżdżamy w teren lasu Puszczy Rominckiej i po chwili stajemy, bo na drodze leży powalonych przez nawałnicę, / która przeszła tędy przed ok. godziną / ok. 20 sporych rozmiarów drzew a przy nich pracują strażacy tnąc i sprzątając z drogi grube pniaki. Zatrzymują nas informują, że odcinek drogi jest nieprzejezdny. Ciągle pada, ale jest strasznie ciepło i decydujemy się na przenoszenie rowerów lasem obok powalonych drzew. Nie wiedzieliśmy, co robić.. pada błyska się.. grzmi a tu las… stojąc i czekając aż uprzątną drzewa też niebezpiecznie a przybliżony czas udrożnienia drogi strażacy określili do trzech godzin.

Po przeniesieniu rowerów jedziemy w deszczu dalej i po paru km znowu zamknięta droga, ale teraz straż nie pozwala nam przejechać bo na drodze leży zerwana linia wysokiego napięcia. Musimy jechać objazdem przez pola i okoliczne gospodarstwa. Wreszcie dojeżdżamy do Wiżajn droga bez przeszkód, ale dalej pada i na dodatek w Andrzeja rowerze w tylnym kole pęka szprycha. Po paru km totalnie zmoczeni, ale nie zmarznięci dojeżdżamy do miejscowości Rutka Tartak gdzie mamy nocleg. Po kąpieli i kolacji idziemy spać.

22 lipca 270km
Wstajemy jak zwykle o 3 i po śniadaniu i spakowaniu sakw wyjeżdżamy ok.4.15. Mamy drobny problem z tylnym kołem w rowerze Andrzeja – musieliśmy przepakować sporo rzeczy do moich sakw by odciążyć tylne koło. W Rutce Tartaku skorzystałem z internetu u gospodarzy i spisałem sobie sklepy rowerowe, które znajdują się na naszej trasie. Planujemy naprawę w Sokółce na ok.160km wiec przez ten czas czeka mnie męczarnia – dodatkowe 16kg w moich sakwach przy Andrzeja 8kg.

Sejny, Augustów, Lipsk, Dąbrowa Białostocka a przed samą Sokółką w tylnym kole roweru Andrzeja pęka druga szprycha wiec jedziemy jak na szpilkach ale w Sokółce trafiamy na sklep z serwisem i po kilkunastu minutach mamy naprawiony sprzęt więc teraz zmiana, Andrzej zabiera moje sakwy a ja Andrzeja/ co mu się bardzo nie podoba/ i jedziemy dalej.

Po drodze oczywiście deszcz i zmoczeni dojeżdżamy do Michałowa gdzie przy ładnym słońcu wysychają nasze ubrania i buty. Tu ze względu na humory Andrzeja podejmuje decyzję o tym, że każdy dźwiga w swoich sakwach tylko swoje rzeczy. Wagowo wygląda to tak, że Andrzej ma obciążenie ok. 9kg a ja ok. 12kg. Tu też ze względu na dziwne podejścia Andrzeja do zakupów artykułów żywnościowych decyduje się na samodzielność budżetową. Każdy sam decyduje jak ma wydawać kwotę która jest przeznaczona na dzień żywienia (50zł).

23 lipca 215km
Po pobudce o 3:00 rano wyjeżdżamy w suchych ubraniach zaraz po 4:00 . Zimno, 12 stopni i siąpi deszcz. Po godzinie już leje i jesteśmy totalnie zmoczeni. Decyduję o skróceniu dzisiejszego etapu, co wiąże się z dłuższym jutrzejszym.

Hajnówka, Siemiatycze, Janów Podlaski, Terespol i nocujemy w Kodeniu. Przez ostatnia godzinkę jazdy mamy ładną pogodę i zaraz po przyjeżdzie szybko suszymy ubrania i buty.

24 lipca 285km
Wstajemy, jak co dzień o 3 rano i wyjeżdżamy zaraz po czwartej. Dzisiaj mamy do przejechania ok. 285km. Włodawa, Hrubieszów, Tomaszów Lubelski, Bełżec i nocleg w Kowalówce. Oczywiście bez deszczu się nie obyło, ale na koniec zrobiło się całkiem ładnie. W ostatnich dniach stało się normalnością, że po powrocie nasze pierwsze kroki to suszenie ubrań i butów.

25 lipca 170km
Dzisiaj wjeżdżamy w tereny górzyste. Godzina 3 pobudka, godzina 4 wyjazd. Jedziemy przez Jarosław, Przemyśl gdzie Andrzej gubi się na światłach jadąc szybciej do przodu. Dogania mnie przed Przemyślem i już do Przemyśla jedziemy razem. Zaraz za Przemyślem zaczynają się podjazdy gdzie Andrzej mnie zostawia i jedzie do przodu. Zobaczyłem Go dopiero w Hoszowie, tam gdzie był planowany nocleg. Nie było go w Krościenku gdzie był punkt kontrolny maratonu i gdzie obecność trzeba było udokumentować. Przymknąłem na to oko mając nadzieje na poprawę.

26 lipca 160km
Dzisiaj wstajemy troszkę poźniej – o 5:00 – i po godzinie już jedziemy w kierunku Ustrzyk Górnych. Przejeżdżając obok punktu, gdzie była meta Maratonu Bałtyk Bieszczady Tour słyszymy nawoływania kolegów byśmy zajechali i my to mamy w planach, ale najpierw Wołosate – najdalej wysunięta mieścinka w południowo- wschodniej Polsce.

Później powrót i już jesteśmy z kolegami z maratonu B.B.T. 1008km. Zostajemy na zakończeniu i przed jedenastą wyruszamy dalej. Na razie nie pada, ale po chwili zaczyna, najpierw deszczyk drobny, a później leje jak z cebra, tak, że dojeżdżając do Cisnej nie ma na nas suchego miejsca.

Po 160km dojeżdżamy do Jaślisk gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Gospodarz, widząc jacy jesteśmy przemoczeniu rozpala w kuchni gdzie możemy wysuszyć ubrania i najważniejsze – buty, a my jak co dzień prysznic jedzonko i spanie.

27 lipca 250km
Wstajemy, jak co dzień i wyjeżdżając ok. 4:15 widzimy, że to zdecydowanie za wcześnie ze względu na słabą widoczność. Jedziemy na Duklę, Gorlice, Stary Sącz . Tu podejmuję decyzję, że jest jeszcze troszkę czasu a i pogoda nie jest taka zła  (nie padało za mocno), więc mając na uwadze jutrzejszy długi i dosyć trudny etap dzisiaj pojedziemy troszkę dalej a jutro będzie mniej km.

Dzwonię na Gubałówkę do Ani Styrczuli z zapytaniem czy znajdzie się dla nas miejsce w jej pensjonacie. Po potwierdzeniu jedziemy i pech – zaczyna padać i to nie tak słabo. Dojeżdżając do Krościenka nad Dunajcem jesteśmy już przemoczeni, a deszcz wcale nie przestaje padać.

Ale jak się powiedziało A trzeba powiedzieć B. Jedziemy dalej. Coraz mocniej pada i jest coraz zimniej. Andrzej chciał byśmy się zatrzymali w Maniowach, tam gdzie pierwotnie miał być nocleg, ale że była to jeszcze wczesna godzina decyduję, że jedziemy dalej. Nie zatrzymujemy się nigdzie, bo nam będzie coraz zimniej a przebierać się nie ma sensu.

Jednak w Nowym Targu, mając w perspektywie jeszcze troszkę km i konkretny podjazd do Zębu zatrzymujemy się i jemy po pół kurczaka z rożna. Po dwóch godzinach dojeżdżamy wreszcie na Gubałówkę – zmoczeni i bardzo zmęczeni – 250km w taka pogodę to naprawdę ciężko.

Ania przyjmuje nas zabierając nasze ubrania do prania i częstując obiadem i herbatką z nalewką na rozgrzanie. Jesteśmy zakwaterowani w fajnym pokoju, jest ciepło wiec człowiek może odpocząć. Ania nie chciała za to wszystko ani złotówki tylko prosiła, że jak już dojedziemy do domu, żebym zadzwonił. Mogę o Niej napisać – Przyjaciel Rowerzystów. Naprawdę polecam wypoczynek u Państwa Styrczuli w Zębie.

28 lipca 230km
Wstajemy już o godzinkę pózniej, a wyjeżdżamy o 5:00 i od razu pod górkę, wdrapujemy się na szczyt Gubałówki. Niebo bezchmurne, więc zapowiada się ładnie. Po zjeździe do Zakopanego jedziemy w kierunku Czarnego Dunajca i jest bardzo zimno +6stopni, więc dajemy ostro by się rozgrzać. Przez 27km jedziemy ze średnią prawie 40km/godz. tak, że było ciepło ale nie w palce … dłonie zdrętwiały.

W Czarnym Dunajcu skręcamy w kierunku na Zawoję i musimy pokonać przełęcz Krowiarki, a póżniej już tylko z górki, aż do Makowa Podhalańskiego. Robi się coraz cieplej i już w Suchej Beskidzkiej rozbieramy się i jedziemy „na krótko”– pogoda marzenie. Żywiec i Szczyrk też w słońcu, ale coś się zaczyna psuć jak wjeżdżamy na przełęcz Salmopolską.

Na górze coś tam popadało, ale nie grożnie, a my zjeżdżamy do Wisły i dalej wdrapujemy się obok zameczku Prezydenckiego na Kubalonkę. Z Kubalonki zjeżdżamy do Istebnej, gdzie mamy nocleg, zatrzymujemy się przy sklepie, żeby coś kupić i zaczyna mocno padać i nie przestaje. A my mamy jeszcze ok. 2km do miejsca noclegu. Jedziemy i deszcz nas moczy dokładnie. Całe szczęście, że w zajeżdzie była możliwość wysuszenia butów. Reszta jakoś tam wysycha do rana.

29 lipca 210km
O 5:00 wyjeżdżamy z Istebnej. Podjazd pod Kubalonkę to fajna rozgrzewka z samego rana, na zjeżdzie do Wisły troszkę zimnawo, ale idzie wytrzymać, ale już w Wiśle zaczyna padać i to dosyć mocno, wiec dojeżdżając do Cieszyna jesteśmy mocno przemoczeni. Dalej już pogoda zmienna, ale pada coraz mniej, zaczyna być coraz więcej słońca i jest ciepło.

Dojeżdżając do Prudnika widzimy niepokojące chmury burzowe i zastanawiamy się czy znowu na koniec nas nie zmoczy . Przed Nysą przy jednym z postojów przy sklepie spotykamy Bogusia Kramarczyka, który jedzie na Klasyk Kłodzki. Troszkę sobie pogadaliśmy a Bogdan zasiał ziarenko nadziei na jutrzejszą pogodę, że nie będzie deszczu. O jakże się mylił, ale o tym przekonaliśmy się w sobotę. Nocujemy w Nysie.

30 lipca 150km
Z Nysy wyjeżdżamy o 5 rano i kierujemy się na Kłodzko, i dalej do Polanicy Zdrój. Jakoś nie pada, więc podejmuję decyzje o jeździe do Zieleńca przez Szczytną i Bobrowniki, i właśnie od Bobrownik jest zimno i siąpi deszcz. Po przyjeżdzie do Zieleńca ucinamy sobie pogawędke z kolegami z maratonów. Erwin częstuje nas gorącą kawą i wszystkim, co jest pod ręką. Ja oczywiście nie pogardziłem też arbuzem, który jak pamiętam, zawsze mi smakuje na Klasyku Kłodzkim. Również i Kasia pomimo ogromu pracy zaszczyciła nas chwilka rozmowy, a na pamiątkę dostaliśmy medale K.K.

Po niecałej godzince ruszamy dalej do Szczytnej, gdzie mamy nocleg. Po drobnych zakupach i kąpieli Wiola częstuje nas obiadem – pierogi z kapustą i grzybami – pychota. Popraliśmy też sobie ubrania z nadzieja, że do rana wyschną. Podejmuję też decyzję, że ze względu na małą odległość do Kowar, gdzie mamy załatwiony przez PENCO nocleg wstajemy później i później wyjeżdżamy.

31 lipca 100km
Wstajemy o 7:00 rano. Wiola częstuje nas śniadaniem i o 9:00 rano wyjeżdżamy ze Szczytnej jeszcze bez deszczu. W Ratnie mija nas znajoma Skoda Roomster na Szczecińskich numerach i po chwili witamy się z Witkiem i Andrzejem, którzy wracają z Klasyka Kłodzkiego. Po chwili rozmowy i zrobieniu fotki rozstajemy się i wtedy zaczyna padać.

Dojeżdżając do Kamiennej Góry jestem przemoczony i decyduje się przed podjazdem pod przełęcz Kowarską coś zjeść. Zatrzymuję się pod sklepem spożywczym i kupuję oranżade i ciasteczka. Andrzej przejechał obok, nie zatrzymując się, i tu widziałem go po raz ostatni. Po wjechaniu na przełęcz zadzwoniłem do Sławka Ciszka, że już jestem i umówiliśmy się w Kowarach.

Po chwili byłem już pod Biedronką i dzwonię do Andrzeja gdzie jest? Andrzej odpowiada, że wraca do domu sam. Tłumaczę mu przez telefon, by się zastanowił, co robi, że jeszcze tylko trzy dni, jednak do niego nic nie dociera. Oznajmiam mu, że jeśli tak zrobi to nie będzie miał zaliczonego ukończenia Rowerowego Maratonu Dookoła Polski 3777 w 17dni. Mowię mu też o mojej odpowiedzialności za niego. Powiedział wprost, że mu to wisi.

Sławek pilotował mnie do hotelu gdzie załatwił nam (teraz tylko mnie) nocleg. Po kąpieli poszedłem na bardzo dobry obiad i mając troszkę czasu próbowałem jeszcze raz nakłonić Andrzeja do powrotu – bezskutecznie.

Bardzo zły na Młodego za to, co zrobił, zły też na siebie, że dałem się namówić na maraton z tak nieodpowiedzialnym gówniarzem długo nie mogłem zasnąć. Dobrze, że to się stało w niedziele a nie trzy dni temu bo chyba i ja wracałbym pociągiem do domu, a tak to trzy dni jakoś przetrzymam. Późno, ale jakoś zasnąłem.

01 sierpnia 250km
Wstaję rano i patrzę przez okno… odechciewa mi się jazdy… pada i pada. No, ale cóż.. ubrałem się dosyć ciepło i jadę. Karpacz, Jelenia Góra, Szklarska Poręba, Świeradów Zdrój i do Gryfowa Śląskiego gdzie odwiedzam Pana Burmistrza, który pomimo tego, że był bardzo zajęty znalazł dla mnie chwilkę i częstuje mnie gorącą kawą. Po chwili żegnam się i jadę dalej – Lubań, Zgorzelec, Łęknica i Lubsko, gdzie mam zarezerwowany nocleg.

W drugiej części dnia robi się coraz ładniej i cieplej, aż człowiek lepiej się czuje. W Lubsku w hotelu pani za 5,50zł zaproponowała mi obiad – pierogi z mięsem własnej roboty 9szt. Po zjedzeniu poprosiłem o drugą porcję na kolacje. Zasypiam w dobrym humorze oglądając pogodę na wtorek i środę.

02 sierpnia 270km
Z Lubska Wyjeżdżam o 5:00 rano, bezchmurne niebo i perspektywa pierwszego od 13 dni przejazdu bez deszczu. Gubin Słubice, Kostrzyń, Mieszkowice, Cedynia, Chojna, Krajnik i Widuchowa gdzie mam miejsce odpoczynku. Pogoda piękna aż chce się jechać. Jestem już zmęczony ale jeszcze tylko jutro za to tez ponad 200km.

03 sierpnia 245km
Z Widuchowej wyjeżdżam o 5 i staram się jechać dosyć szybko, żeby zdążyc przed szczytem przejechać prawobrzeże Szczecina. Dalej jadę na Goleniów i powinienem na Parłówko i Golczewo do Gryfic, ale że były skracane niektóre planowane etapy, muszę dokręcić kilometry, wiec z Goleniowa jadę na Stepnice, Wolin, Świnoujście, gdzie czeka na mnie Czarek i Pani z Głosu Szczecińskiego.

Po kilku minutach rozmowy, zjedzeniu loda kieruję się w stronę Międzyzdrojów w towarzystwie Czarka Dobrochowskiego i Janka Wesołowskiego. Od Międzyzdrojów jadę sam. Dziwnów, Pobierowo, Rewal, Niechorze, Pogorzelica i jadąc w kierunku na Trzebiatów spotykam Darka Stalewskiego i Rysia Dzwonnika – kolegów z Klubu, którzy mi towarzyszą w jeżdzie do Gryfic.

Na Placu Zwycięstwa w Gryficach jestem po 18:00, gdzie wita mnie moja rodzina oraz znajomi, a także Waldek Wawrzyniak. Po chwili jadę do domu, gdzie rodzina i koledzy i koleżanki z klubu przygotowali powitalnego grilla. Były pytania, odpowiedzi, opowiadania.

Jestem z siebie dumny – PRZEJECHAŁEM.

Marek Zadworny

Zdjęcia z galerii Darka Bielenisa.

Facebook