Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2022 | Puchar Polski Maratończyków w Jeździe Indywidualnej na Czas 2022

Rewal
21-22.05

Płoty
9-10.07

Pniewy
6-7.08

Gryfice
3-4.09

Radowo Małe
24-25.09
Recepta na wyprawę
2 grudnia 2008
Trenażer Blackburn Trackstand Ultra
5 grudnia 2008

Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od wynalezienia konia. Trzeba przyznać uczciwie, że superkonstruktor opracowujący pierwszego wierzchowca dołożył wszelkich starań, aby juz za pierwszym podejściem przekazać na rynek produkt funkcjonalny, sprawdzony i wszechstronny.

Produkt był tak udany, że i odpowiedź rynku mogła być tylko jedna – ludzie chcieli i potrzebowali konia. Był silny, ekonomiczny, ekologiczny i wytrzymały. Również prosty w obsłudze. Po krótkim przeszkoleniu mógł go używać każdy, niezależnie od rasy, wieku i płci. Koń już w chwili swego debiutu ustawił poprzeczkę bardzo wysoko, tak wysoko, że niewiele można było już w nim poprawić.

Oczywiście, w miarę upływu czasu pojawiały się coraz nowsze wersje, lecz na tyle nieznacznie różniące się od oryginału, że nie warto o nich tutaj wspominać. Mimo fantastycznych właściwości jezdnych (czy to jako wiejski koń pociągowy, źródło napędu dla pocztowego dyliżansu, czy też jako offroadowy koń w wersji enduro) wynalazek nie upowszechnił się na tyle, aby każdy mógł korzystać z jego dobrodziejstw.

Przy pełnym szacunku dla Superkonstruktora należy mu wytknąć, że w ogóle nie zadbał o właściwą dystrybucję i upowszechnienie konia. Na jego posiadanie mogli pozwolić sobie kiedyś ludzie najlepiej strzelający, a dziś jedynie najbardziej wpływowi i najzamożniejsi.

Być może właśnie dlatego, pewnego dnia, człowiek rozpoczął pracę nad pojazdem alternatywnym. I wymyślił rower.

Twór bardzo niedoskonały, mimo najlepszych chęci naśladowców Superkonstruktora, podlegający prawom ewolucji i zmieniający się na drodze nieustających aktualizacji w wiecznym procesie improwizowania.

Niezrażony człowiek brnie jednak ku ideałowi, a efekty tej pracy widoczne są każdego roku, najpierw na targach rowerowych, później w codziennym użytkowaniu. Co będzie na końcu tej drogi? Jaki będzie Rower Jutra? Czy obiekt naszej miłości będzie się nadal rozwijał, czy może grozi mu załamanie koniunktury i podzieli los mitycznej Atlantydy?

Odpowiedzią mogą okazać się wizje przyszłości, które roztoczyliśmy w trakcie niezwykle interesując rozmowy z najwłaściwszym z właściwych człowiekiem, jakiego spotkaliśmy tuż za naszą południową granicą, wielkim graczem rowerowej branży, twórcą marki Author, dziś projektującym rowery już na sezon 2007, Martinem Havleną. Wizualizowanie przyszłości nasz rozmówca zaczął od razu tak…

Zmierzch czy nowa era?
Eksploracja kosmosu, kolonizacja Księżyca czy perspektywa zasiedlenia Marsa spowodowałyby odwrócenie się człowieka od roweru takiego, jakim widzimy go dzisiaj. Rzeczywiście, na razie nie wiemy, czy jazda na rowerze będzie w takich warunkach w ogóle możliwa, ale jeśli będzie to zdaniem Martina… Na pewno ewolucja roweru pójdzie w zupełnie nowym kierunku, a branża chętnie się przestawi na nowy rodzaj produkcji (śmiech).

Cieszymy się, że Havlena jest takim optymistą. Zanim jednak pierwszy człowiek wyjedzie na przejażdżkę w warunkach nowej grawitacji, co wydarzy się na Ziemi?

Najważniejszy jest człowiek?
Problem w tym, że ludzie żyjący na Ziemi mają różne potrzeby. Roweromania pojawia się tam, gdzie nie ma wojen, gdzie ludzie mają dach nad głową i nie muszą każdego dnia walczyć o byt. To jednak nie wszystko, ponieważ rozwój roweru może następować tylko wtedy, gdy społeczeństwo interesuje się zdrowym stylem życia. Dlatego ja dzielę społeczeństwa na dwie grupy: „cycling i non-cycling society”. Dla mnie Chiny nie są wcale przykładem społeczeństwa rowerowego. Tam nasz dwukołowiec jest wciąż tylko jedynym dostępnym środkiem transportu, jego użytkowanie nie jest powodowane modą czy stylem życia.

Zupełnie niedaleko, w Tajlandii, skąd pochodzi moja żona, znajdziecie na to wystarczająco dużo dowodów. Otóż wszyscy jeżdżą tam motorami i skuterami, bo są one w finansowym zasięgu Tajlandczyków. Rower zwyczajnie nie jest tam w dobrym guście. A w Europie, wbrew pozorom, „cycling society” to nie Włochy i Hiszpania, skąd pochodzą najlepsi kolarze, a Niemcy, Holandia, Dania, Czechy i Polska. W tych krajach żyją ogromne rzesze ludzi, dla których rower jest sposobem na życie, a nie tylko tanim środkiem transportu, jak w Chinach, czy narzędziem zawodowej specjalizacji sportowej, jak we Włoszech. Dlatego pytanie o przyszłość roweru to de facto pytanie do Niemców i Czechów!

Wiemy nie od dziś, że Niemcy mają „niezłą korbę” na punkcie nowych technologii. Niemieccy inżynierowie co rusz opracowują horrendalnie kosztowne nowinki, a tamtejszy, niebiedny, rynek wszystko to pochłania bez oporów. Wprawdzie Niemcy narzekają, że naród im się starzeje i rozrasta w pasie, ale ciśnienie na zdrowy styl życia jest na zachód od Odry bardzo zauważalne. Tylko że Niemiec, który zamiast Fiata zawsze wybierze VW, musi mieć rower z górnej półki. Stąd ogromna liczba Voteców, Corrateców, Hi-teców i innych „teców” wprost ociekających hi-endowym „tłuszczem”. Zatem niemiecki rower przyszłości, naszpikowany najnowocześniejszą technologią, będzie zapewne sprzętem dla zamożnych.
Czesi to trochę inna bajka. Oni kochają wszelki ruch, rower latem, biegówki zimą. Wydaje się, że nasi południowi sąsiedzi dużo mniejszą wagę przywiązują do samego sprzętu. Wystarczy im przyzwoita jakość produktów rodzimego pochodzenia, ale kupują ich bardzo dużo (trzykrotnie więcej niż Polacy). Możemy więc braciom Czechom wywróżyć obraz przyszłości w postaci zdrowej tkanki społecznej z „rowerem dla każdego” w tle.

A my? Cwani jesteśmy, najsprytniejsi na świecie, czemu zawdzięczamy wyjątkowo ciężkie podręczniki historii. Produkujemy najwięcej rowerów w Europie, a kupujemy dużo mniej niż nasi sąsiedzi. Tymczasem lubimy jeździć i mamy na czym, bo wciąż reanimujemy stare sprzęty. Po prostu staramy się być bardziej oszczędni, ponieważ nasza siła nabywcza pozostawia jeszcze wiele do życzenia. Prawda jest taka, że u nas na śmietnik trafiają dopiero maksymalnie zajechane, nie nadające się do użycia ani do wystawienia na internetowej aukcji części. Można by więc powiedzieć, że jesteśmy bardziej ekologiczni :-) A ekologia to przyszłość!

Kiedy powstanie naprawdę czysty rower?
Branża rowerowa w obecnej chwili nie bierze pod uwagę aspektów ekologicznych, takich jak recykling zużytych rowerów i części. To się musi zmienić i to szybko. Nienawidzę zaśmiecania i okaleczania naszej planety, nienawidzę palaczy rzucających niedopałki na chodnik!

Martin wścieka się, sam pali tylko fajkę. Ta, jak wiadomo, jest bardzo sexy, ale nade wszystko nie zaśmieca chodników…

Uwierzcie, gdyby tylko nasi podwykonawcy (azjatyccy producenci) dali mi możliwość zastosowania komponentu podlegającego recyklingowi w miejsce takiego, z którym nic nie można zrobić, na pewno wybrałbym ten pierwszy.

W pełni biodegradalny jest wprawdzie tylko wymieniony we wstępie koń (pod warunkiem, że nie będzie podkuty), ale da się przecież odzyskiwać stal, aluminium i tworzywa. Co robić ze zużytymi oponami i dętkami?

To jest świetny pomysł na rower przyszłości. Gdyby sprawdziła się propozycja waszego rządu o obowiązku przyjmowania przez sklepy zużytej w miejsce nowozakupionej lodówki, celem poddania jej kompleksowemu recyklingowi… Wtedy, kto wie, może powinno to także objąć rowery?

Może. A może do produkcji rowerów na szerszą skalę trafią materiały pochodzenia organicznego? High-endowa firma Calfee wypuściła już na rynek piękny rower szosowy z ramą wykonaną ze specjalnie spreparowanych łodyg bambusa. Rama „Bam-boo” ma interesujący wygląd (pielęgnuje się ją powszechnie dostępnymi środkami do czyszczenia mebli), cechuje ją super tłumienie drgań i waży 4 funty (ok 1,8 kg). Były już także w użyciu drewniane obręcze i wcale nie byty złe… Starzy cykliści powiadali, że wystarczyło tylko uważać na korniki. Podobno można z forniru drzewnego zrobić bezpieczny ahead (czyli także sztycę, skorupę siodła, korpusy piast), tylko cena takiej produkcji, ani nasz obecny stosunek do drewna, nie nastrajają optymistycznie (Zieloni, nie unoście się. Nie chcemy wycinać lasów, tylko jakoś wykorzystać odpady ze stolarni)…

Lakier czyli stylizacje
Jakkolwiek zaawansowany technicznie Rower Jutra by nie był, do jego urzeczywistnienia potrzebna jest również umiejętna gra na ludzkich emocjach. Nie wystarczy bowiem zaprezentować ludziom nagą techniczną doskonałość. Rower Jutra musi być pożądany. Martin Havlena także i tu widzi pole do rywalizacji.

Potrzebny jest powrót do korzeni. Nie powinniśmy zapominać, po co to wszystko robimy. Ludziom trzeba przypominać o zaletach podejmowania wysiłku fizycznego, a potem umożliwić indywidualny wybór. Rower musi wyglądać tak, aby potencjalny nabywca powiedział – „o, do diabla, muszę mieć ten rower” albo przeciwnie – „nie, nie mogę na to patrzeć”. Dlatego musimy stylizować rowery tak, aby potrafiły wywoływać skrajne emocje. Bo najgorszą rzeczą dla stylisty jest, gdy ludzie oglądający jego dzieło mówią – „No tak, nawet fajny ten rower. Może i mógłbym taki mieć”, po czym odchodzą dalej i natychmiast o nim zapominają.

Czy czeka nas więc zalew rowerów niebanalnych? Ta logiczna sprzeczność może być pochodną ludzkich gustów, których przecież niemało. Bo jeśli w przyszłości sami będziemy decydować o dizajnie (przepraszam za to staropolskie słowo), na co dziś pozwala jeszcze niewiele firm (np. Ridley), szybko nastąpi zmierzch stylizacji taśmowych, ze „sztancy”.

W tym miejscu także możemy uspokoić ekologów. Wydaje się, że rozwiązano najbardziej palący problem, jaki dotyczył zawsze ekobezpieczeństwa technologii lakierniczych. Postęp w tej dziedzinie poszedł niewiarygodnie daleko i dziś firmy produkujące ramy bardzo chętnie pokazują dziennikarzom swoje nowoczesne lakiernie, zużywające dokładnie tyle farby, ile wyjeżdża z fabryki na rowerach. Tak, jak zautomatyzowana, ekologiczna lakiernia należąca do firmy Vil l iger Diamant GmbH z Hartmannsdorf. Ramy maluje się tam przez napylanie proszku, jego nadmiar trafia z powietrza na kurtynę wodną, spływa z wodą do urządzenia odsączającego, po czym jest gotowy do kolejnego użycia. A ściekiem z lakierni jest woda. To istne arcydzieło inżynierii jutra jest już dziś działającym pomnikiem ewolucji, tak, tak, a także głównym atutem firmy, dla którego całą fabrykę wykupił TREK.

Rynek konfliktów, czyli o co tu w ogóle chodzi
Best bike is a best selling bike.

Tymi słowy Martin Havlena rozwiał nasz naiwny idealizm. W podtekście tego stwierdzenia tkwi mocno zakotwiczona prawda mówiąca, że superwytrzymały rower, dający się eksploatować latami, to tylko niepoprawna mrzonka. Śmiałek, który taki rower lub taki komponent opracuje oraz wdroży do produkcji i sprzeda, sam sobie założy pętlę na szyję i szybko zakończy działalność (oby chociaż jako zapamiętany twórca patentu). Sprzedaż po pewnym czasie ustanie, bo rynek się szybko nasyci tym, co dobre. Rozejdzie się fama, pójdzie w świat milion sztuk i… Stop! Kto kupi niepotrzebną doskonałość zaklętą w metalu? Niestety, pewne rzeczy po prostu muszą się zużywać, a klienci muszą płacić za nowe części, by cały ten biznes mógł się kręcić. Bo my, bikerzy, jesteśmy cywilami, a nie armią, w której stawia się na niezawodność bez względu na koszta. Nawet wojsko, jeśli już potrzebuje rowerów, to zupełnie innych, niż mogłyby się nam przydać. Dlatego proste przełożenie trwałości wojskowych terenówek, quadów, transporterów (o których wiemy, że istnieją i że są dobre) na cywilne auta, motory i rowery nie zda egzaminu. Służą do innych zadań, spalają bestialskie ilości paliwa (to akurat nie o rowerach) i są okropnie ciężkie. Zatem supertrwałości na wieki wieków sobie nie kupimy. O trwałość musimy dbać sami, posługując się wodą, szmatką, smarem, kartą płatniczą i basta.

Musimy pogodzić się chyba na zawsze z prymitywnym napędem łańcuchowym, który owszem, wg teorii mechaniki, jest bardzo wydajny, ale potrafi odmawiać posłuszeństwa z powodu błahych warunków pogodowych. Bez wątpienia najlepsza w branży firma Shimano byłaby w stanie zaproponować szczelną i „czystą” alternatywę. Przecież cena nie gra roli, jeśli założymy, że Niemcy kupią absolutnie wszystko. Pozostaje więc mieć lichą nadzieję, że może kiedyś na nieodległych targach ujrzymy w jakimś prototypowym bike’u, na odcinku łączącym korby z tylną piastą, taki skromny polerowany, tytanowy wałek, z wszystko mówiącą grawerką „XTR Total Sealed Transmission”, pobierający napęd i przekazujący 99% momentu na zębatki przekładni stożkowych, wykonanych np. z węglika boru czy innej, niewymagającej smarowania ceramiki… Ech, szkoda, że to raczej kolejna naiwna i niepoprawna mrzonka.

Realne kierunki postępu
Wydaje się, że rozwój roweru będzie podążał jednocześnie w dwóch, już dziś zauważalnych kierunkach. Pierwszy, „hi tech”, to marsz w kierunku wyrafinowanych konstrukcji. W rowerach służących do wyczynu coraz częściej będziemy znajdować kosmiczne rozwiązania, jak opanowana niedawno nanotechnologia włókna węglowego, wykorzystująca fulereny i nanorurki (Easton, BMC). Polscy naukowcy odnoszą sukcesy w dziedzinie nanotechnologii aluminium. Już dziś mamy spieki ceramiczne w miejsce tradycyjnych stalowych kulek (Campagnolo). Możliwe też, że za sprawą Włochów pojawi się już nie eksperymentalna, ale działająca elektronika. Być może za kilkanaście lat będzie możliwe budowanie „organicznych” elementów roweru, powstających w jednym procesie, „rosnących” niczym kości czy rafa koralowa. Spowodowałoby to zmierzch archaicznej, kowalskiej metaloplastyki – obróbki skrawaniem, spawania czy kucia.

Kierunek drugi to komfort i prostota obsługi. Tutaj chodzi raczej o to, aby ułatwiać korzystanie z roweru osobom niewtajemniczonym, atechnicznym, ludziom oczekującym od roweru jedynie poprawnego, subtelnego działania i pewności, że czegokolwiek się nie włączy (wciśnie) rower będzie jechał dalej, a kierujący uniknie pobrudzenia odzieży i rąk łańcuchowym smarem. To z pozoru banalnie proste zadanie nadal nie doczekało się realizacji. Łańcuchy spadają, opony ulegają przebiciom, a błotniki i lampy odpadają przy pierwszym kontakcie z drzwiami windy…

Koniec bajki
Nie zarzekamy się na żadne świętości, że cokolwiek, o czym piszemy, spełni się. Nasze prorocze wizje może przecież w każdej chwili spotkać ten sam los, jaki dopadł XVII-wiecz-nych futurystów, wieszczących na podstawie ówczesnej wiedzy, że jeśli postęp w rozwoju komunikacji utrzyma się, do XX wieku wszystkie miasta europejskie znikną pod grubą warstwą końskiego nawozu. Tymczasem, jak się okazało, dookoła króluje niepodzielnie kontrolowane spalanie mieszanki w cylindrze, a komunikacja radzi sobie bez konia. I tym sposobem znowu przechytrzyliśmy Superkonstruktora (no, pewnie aż do momentu wyczerpania złóż ropy naftowej…)!

Przydługi morał i powrót na Ziemię
Jesteśmy różnymi bikerami. W różnym wieku i o różnych zapatrywaniach. Jest nas cała armia „normalsów” i „freaków”, kochających swój rower do nieprzytomności. Indywidualność i rowerowe preferencje obwieszczamy światu sprzętem i ubiorem, także udziałem w konkretnych imprezach, robionych dla „tych” i dla „tamtych”. Ale zawsze największą wagę przywiązujemy do sprzętu, na który wydajemy irracjonalne sumy pieniędzy, ciężko zarobionych lub równie ciężko wyżebranych od rodziców.

Kupując nową zabawkę, pragniemy, aby się nigdy nie zepsuła, a najlepiej, by służyła wiecznie. Celebrujemy już samo wyjście do sklepu po nowy mostek RaceFace, a w drodze powrotnej czujemy, jak jakaś niewidzialna siła ciągnie do domu, byśmy jak najszybciej, z wypiekami na twarzy, mogli wziąć do ręki najlepszą imbusową piątkę i sprawić przyjemność sobie i rowerowi. Potem stawiamy rower obok telewizora, żeby w przerwie na reklamę mieć na czym oko zawiesić i napawać się widokiem doskonałości. To standard, a kto tak nie robi, ręka do góry. Ja i tak widzę, że gdzie nie spojrzeć, sami „częściarze”. Zresztą, co tu ukrywać, o rowerze stojącym obok telewizora napisała „sama autopsja”.

Dlatego mam nadzieję, że pomożemy wam odkryć na nowo humanistyczny aspekt roweromanii, powtarzając za Martinem Havleną, że dobro materialne, jakim jest każdy rower, to po prostu idealny sposób na dobre, długie życie. A częściarze-gadżeciarze, którzy czasem zapominają, że rower sam nie jedzie, też mogą spać spokojnie. Rowery jeszcze przez długie lata będą się stawały coraz lepsze i lepsze, lecz o ich kształcie nie będą samodzielnie decydować roboty, tylko bogaty w doświadczenia człowiek, wspierany dostępną technologią. Kresu możliwości na razie nie widać.

Bolesław Traczewski

Źródło: Magazyn Rowerowy.

Facebook