Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2022 | Puchar Polski Maratończyków w Jeździe Indywidualnej na Czas 2022

Rewal
21-22.05

Płoty
9-10.07

Pniewy
6-7.08

Gryfice
3-4.09

Radowo Małe
24-25.09
Niedokończona Historia
15 października 2009
Pętla beskidzka
17 października 2009

Nie chciałbym robić konkurencji dla naszej ojczystej ziemi, ani tym bardziej porównywać stanu (w końcu są bardzo podobne) dróg na Elbie i w Polsce. Nie chodzi też o sprawdzenie „gdzie jest lepiej”, bo wszyscy wiemy że… w domu.

Elba to piękna wyspa, a do treningów wręcz idealne miejsce. I jeśli pogoda Ci dopisze to tym bardziej warto tam pojechać. Na jak długo? Hm, decyduje Twój portfel.

Nie pojechałem tylko i wyłącznie na trening, pojechałem na urlop ale wszyscy wiemy, że najlepiej zmęczyć się przyjemnie. Nawet jak noga nie podaje a wczorajsze (wyśmienite!) wino jeszcze w kościach krąży. Po za tym przez męczenie czyli pocenie się usuwam z organizmu pozostałości z 12-to procentowego smacznego roztworu.

Termin: 1.10-8.10.2009 (trening 2.10-7.10.2009)
Miejsce: Zachodnia Elba, loc. Patresi
Portal turystyczny: www.homelidays.com
Transport nr 1: Poznań-Piombino (ponad 1800km): Mercedes-Sprinter 316CDi, zużycie paliwa: nieistotne, cena paliwa: 1,02-1,12 €uro (niby za litr, no bo kto z was jest w stanie sprawdzić ile rzeczywiście weszło do zbiornika? Nikt!)
Transport nr. 2: Piombino-Portoferaio: Moby Ferries (www.aferry.pl)
Pogoda: 17-30 stopni, słonecznie, opadów brak
Transport nr 3: Szosowy „Corratec Da Corsa” na Ultegra + POLAR 725SX
Stan dróg asfaltowych na Elbie w skali od 1 do 5: 2 do 5
Odżywki: Nutraxx + wino, he, he + piwo z Elby + makarony (Lubella) z Polski, tuńczyk z puszki (puszka z blachy) owoce morza z morza.

Dzień 1: czyli badanie terenu : ruszam w kierunku pd i pd-wsch: nie ma gdzie się rozgrzać, od miejsca noclegu wąski asfalcik i od razu 8-12%, więc kręcę na najniższych biegach, wyjeżdżam na SP25 Elby, po paru minutach 2x plecy konkurencji z cichą nadzieją, że spotkam więcej kolarzy, mijam ich przy tętnie 140. Zaczynają się serpentynki, wiadomo że najlepsze są te z górki (50-65km/h). Jednak nie ma jak się rozpędzić na więcej, nie mam zamiaru skosić stalowej barierki.

Po prawej w dole morze, prześliczne widoki, jachty, co paręnaście kilometrów malutkie plaże, a do nich albo schody (stromo!!!!) albo asfaltowy zjazd. Zjeżdżam sprawdzić małą plażę. Uwaga: zakaz wjazdu dla carawaningu, nie dziwię się: ledwo wykręcam rowerem ostre zakręty w dół. Na parkingu na dole tylko małe autka i niewielu turystów. Po paru minutach wracam tym samym podjazdem (14%) na trasę. Dojeżdżam asfaltem (klasy 2 do 4) do Capolivieri. Stromy (10%), ale krótki podjazd do miasta.

Coś zaczyna mi świstać, znam odgłos swojej przerzutki. Jakiś M3 wyprzedził mnie dość gładko. Wchodzę na 150 uderzeń i wystarczy jak utrzymam się za nim, jeszcze jeden mały podjazd i… odjechał. Nie żałuję, w końcu nie każdy ma prawo pić codziennie dobre wino. Postanawiam wracać, obieram kierunek na stolicę wyspy Portoferraio. Bokiem mijam centrum „stolicy”. Rruch samochodowy raczej duży; pewnie prom przypłynął. Po drodze 7-kilometrowy podjazd z Marciana Marina do Marciana, który będzie mnie prześladował przez cały urlop. Zacząłem liczyć zakręty, przy chyba 20-tym dałem spokój, w końcu do domu niedaleko.

83km, 1440m podjazdów, 2100Kcal, średnie HR ze zjazdami 123, 21km/h

Dzień 2: więcej górek, trochę lub mocno trzepie na spękanym asfalcie, więc powoli zaczynam żałować że nie wziąłem „górala”. W wielu miejscach łaty asfaltowe w naszym stylu: pewnie robotnikom ręka z łopatą (albo z miotłą!) się ślizgała. Uważam więc, szczególnie na stromych zjazdach. Za to kultura na jezdni wysoka, rzadko zdarzy się niecierpliwy (najczęściej z numerami ze… Szwajcarii).

Ale ogólnie jest super, górki robię na 75-80%%, po co się męczyć, w końcu urlop. Coraz więcej kolarzy i turystów. Większość na MTB. Lepsi ode mnie chyba przyjadą tu po sezonie, bo na razie wyprzedzam tylko wypasione „górale” z niemieckojęzycznymi osobnikami różnej płci.

67km, 1330m podjazdów, 1370Kcal, HR110, 20km/h

Dzień 3: robię małą pętlę nie daleko noclegowni, oczywiście z tradycyjnym 7-kilometrowym podjazdem z Marciana Marina. Coraz więcej kolarzy; dziś jak by się uparli i wszyscy jadą z naprzeciwka.

Dzień na luzie: 41,7km, 615 m podjazdów, 936Kcal, 25,5km/h. W końcu trzeba odpocząć przed dniem jutrzejszym i wieczorkiem spróbować miejscowych potraw, czyli naładować organizm przed najważniejszą próbą. Pod wieczór następuje jednak zmiana koloru wina. Schłodzone do 6 stopni „Bianco di Elba” przy 23 stopniach na dworze smakuje wyśmienicie. Zamiast „regeneracji” piję wyśmienity trunek, od czasu do czasu przegryzając miejscowym parmezanem i cieniutkimi na 0,2mm prosciuto. Pomiaru dokonałem również Polarem zostawiając go w… łazience!

Dzień 4: tętno spoczynkowe o 8.00 rewelacja (36): Pogoda? Jak zwykle. Szykuję się powoli: wracam do makaronu +(jogurt, dżem, miód) na śniadanie. Jeszcze doładowanie 0,5 litra carbo i o 11-ej ruszam. Zabieram 3 bidony płynów, 3 batony, przepoconą mapkę wyspy i.. 50 €uro na wszelki wypadek. Przepraszam, pisze się: „w przypadku noclegu w terenie nie znanym”. Córka namawia mnie jeszcze żebym wziął jakąś kanapkę, którą zabieram. Potem jej (kanapce!) powiedziałem, że za darmo objechała Elbę. A co mi szkodzi, skoro pompka jeździ za darmo, to mogę wziąć kanapkę. Do dziś mi nie podziękowała, może próbowała po włosku?

Ruszam tradycyjnym szlakiem na pd-pd-wsch. Jest poniedziałek, wiele restauracji i sklepów ma „wychadnoj”, więc raczej pusto na drogach. Spotykam coraz więcej ludzi po fachu, najczęściej posługujących się językiem znad… Łaby. Dziś z frekwencją jest lepiej, bo jadą w obie strony. Próbuję dłonią po kolarsku pozdrawiać innych, czasem na „hallo” (Niemcy?) odpowiadałem… „ciao” albo „cześć”. W końcu trzeba być patriotą, nawet na Elbie. Na zjazdach jadę odważniej niż w poprzednie dni, ale muszę uważać, coraz więcej autokarów i nierzadko ich brzuch wychyla się poza tor mojej jazdy. Jestem dżentelmenem, zwalniam bo nie chcę zwalić słonia w przepaść.

Porto Azzuro, nowe miejsce, nowe sentymenty. Malutki romantyczny porcik z kilkoma knajpkami. Godziny sjesty, chciałoby się stanąć, ale za Azzuro tablica oznaczeniem: „Cavo 20km” przypomina mi o dzisiejszym celu. Znowu kilkanaście serpentyn i dojeżdżam do Rio Marina – tu jeszcze ładniej! Małe i średnie jachty w porcie. Średniowieczna wieża wystająca ze skał na końcu betonowego molo. Dość sentymentów.

8km do Cavo. Jadę wzdłuż i blisko morza, dojeżdżam do celu – cholernie pusto, parę autek i kilkanaście osób przy atrialnych knajpkach. Wracam. Po paru kilometrach staję i robię 1-2 fotki komórką. Dzięki pięknej pogodzie w dali widać Toskanię. Idę na chwilę w krzaki i budzę parę charakterystycznych jaszczurek, niektóre pewnie zdziwione, że tu pada.

Nogi lekko zmęczone, ale noclegu „po drodze” nie będzie. Oszczędzam płyny, bo nie chce mi się zajeżdżać na stację paliw. Wcinam jednego batona. Powrót bez rewelacji, zaskoczył mnie tylko Passat z numerami z Wrocławia. Nie wiem dokąd się spieszył. Jechał w tę samą stronę co ja, tylko że ja mniej spalałem niż jego auto. Do dziś myślałem, że polskie blachy tu to jedyne moje!

120km, 1725 podjazdów, HR125, 2820kcal, 24,3km/h

Dzień 5: regeneracja (ciekawe po czym?), czyli trzeba zaliczyć Willę Napoleona o raz parę ciekawych miejsc.

Dzień 6: czyli kolarskie pożegnanie. Chcę powtórzyć pętlę z dnia 3-go. Ale po trasie postanawiam sobie dołożyć Monte Perone. Co prawda szczyt ma 630m npm, jednak asfalt dochodzi tylko do 515m npm. Dla prawdziwych górali żadna górka, ale podjazd zajmuje mi trochę czasu, vide – w połowie wjazdu chciałem zadzwonić do kraju po mojego „górala”, ale obliczyłem, że szybciej wjadę niż mi przyślą rower górski. Nie pomyliłem się. Asfalt miejscami do d….y. Nie mam pretensji do nikogo, ale czasem gubię rytm omijając pseudołaty.

U góry piękny widok na południo-wschód i zatokę Di Campo. Zresztą widzę jeszcze jedną, to chyba Cavo di Lacona. Zjazd z górki w kierunku Poggio bardzo niebezpieczny, zjeżdżam 10-15 km/h. Po drodze mijam się z trójką MTB-owców, którzy między sobą wciągali partnerkę. Jeden rzut oka na ich sprzęt, kadencję i sylwetki wystarczył: profi! Z Poggio do domu niedaleko. Jednak po drodze postanawiam zjechać do San Andrea. Na dole wcinam kawałek pizzy, popijam birra medio i szykuję się na 1,5km (8-12%) powrotny podjazd. Piwo zadziałało! Mielę miękko i powoli te 1500 metrów. A może tak wrócić i np. z 10 podjazdów? Żal mi się zrobiło barmana, pewnie piwa by mu zabrakło więc kierunek: Patresi!

44km, 1015 podjazdów, HR120, 1168kcal, 20km/h

Czesiu, Corratec Team
www.nutraxx.pl

Facebook