Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2022 | Puchar Polski Maratończyków w Jeździe Indywidualnej na Czas 2022

Rewal
21-22.05

Płoty
9-10.07

Pniewy
6-7.08

Gryfice
3-4.09

Radowo Małe
24-25.09
Po co kolarze golą nogi?
13 listopada 2008
Jak Romet z popiołów
15 listopada 2008

Cyklofobia przejawia się niechęcią do rowerów i rowerzystów wyrażaną pośrednio i bezpośrednio, w formie krytyki wszystkich rowerzystów, a nierzadko również w formie nieuzasadnionej agresji na drodze.

Fobia – uporczywy lęk przed różnymi określonymi sytuacjami, zjawiskami lub przedmiotami, związany z unikaniem sytuacji wywołujących go i utrudnieniem funkcjonowania w społeczeństwie. Fobie wywołane są przez pewne sytuacje lub obiekty zewnętrzne wobec osoby przeżywającej lęk, które obiektywnie nie są niebezpieczne. Na fobie cierpi około 10% ludzkości. […] Fobie są całkowicie uleczalne w procesie psychoterapeutycznym. (źródło: Wikipedia)

Cyklo-FOBIA
Cyklofobia nie jest produktem naszych czasów, choć teraz właśnie miewa się doskonale. Niechęć do roweru i rowerzystów przyszła na świat wraz z samym rowerem. Od początku było wiadomo, że rower to szatański wyrób, który sprowadzi na ludzi nieszczęście. Dziś, gdy znacznie mniej osób podejrzewa rowerzystów o piekielne koneksje, argumentacja cyklofobów musi mieć bardziej racjonalne podłoże. Jakie są przyczyny współczesnej cyklofobii?

Obserwując w internecie wielokrotnie powtarzające się nagonki na rowerzystów, można dojść do wniosku, że współczesnego cyklofoba cechuje przede wszystkim strach przed wysiłkiem fizycznym i wynikająca z niego paniczna obawa przed zapachem własnego potu. Nieumiejętność utrzymania równowagi niezbędna do jazdy na rowerze, strach przed konsekwencjami wywrotki, niezrozumienie zasady działania roweru (czytaj: rowerowy analfabetyzm) również jawią się jako możliwe przyczyny totalnej negacji roweru i rowerzystów.

Ale nie tylko tak jaskrawe przyczyny mogą leżeć u podstaw lęku. Otóż, nawet osoba potrafiąca jeździć może zapaść na wtórną cyklofobię powypadkową, gdy paraliżuje ją myśl o ponownym uczestnictwie w ruchu drogowym i związanym z tym kolejnym ryzykiem. Te wszystkie typy cyklofobii można jakoś zrozumieć, a stanom lękowym w procesie psychoterapeutycznym próbować przeciwdziałać. Problem w tym, że od początków cyklizmu istnieje na świecie także inna odmiana cyklofobii, bardzo groźna, bo inteligentna i racjonalna – poparta argumentacją światłych głów cyklofobia ideowa. Poddająca w wątpliwość społeczną użyteczność i sens cyklizmu.

Gdyby społeczeństwo nasze z tą samą energią i jednomyślnością, z jakimi uprawia cyklizm, uprawiać zechciało wiedzę i cnotę, stalibyśmy się wkrótce jednym z narodów najwyżej stojących intelektualnie i moralnie. (Wiktor Gomulicki).

Rower jest wybornym wynalazkiem dla tych, którzy chcąc się łatwo wsławić, nie utrudniając zbytnio umysłu, stopami ścielą sobie wawrzyny.
Tak wyrażali się o naszym ulubionym pojeździe niektórzy publicyści, autorzy wpisów znalezionych w ankiecie zamieszczonej w roczniku CYKLISTA 1895/1896 r. Jak sprytnie ukryto w tych wersach przekonanie, że „kto nie ma w głowie, ten ma w nogach”. Idąc na skróty, potraktowali ich autorzy cały ten kołowy „cyrk” jako niewymagający przymiotów ducha, a jedynie silnych nóg i żelaznej kondycji.

Sztuczną i niepełnowartościową określano sławę sportowca. Pozytywista Aleksander Świętochowski jako jeden z pierwszych dostrzegł negatywne strony uprawiania sportu rowerowego. Sam był zwolennikiem rowerów, ale jego argumentacją zarażeni cyklofobią posługiwali się nader często: Rower stworzył nową postać hazardowej gry i spekulacji, nadto wniósł sztuczne braterstwo tam, gdzie nie ma naturalnego.

Ta opinia broni się szczególnie dobrze dziś, w świecie sportu kolarskiego, najsilniej naznaczonego brudnym piętnem dopingu, pełnego afer z medykamentami i ginącymi próbkami moczu. Nowa postać gry, której obce są zasady fairplay i uczciwej rywalizacji. Interesowność, pieniądze, uwikłanie w politykę reklamową. Sztuczne braterstwo oznaczające więzy łączące kolarzy jednym tylko wspólnym mianownikiem – barwą zespołowej koszulki.

Przez kolejne długie lata powtarzane argumenty są jednymi z ciekawszych, jakie w swym repertuarze mają po dziś dzień przeciwnicy sportu rowerowego. Niejako w wyniku rozwinięcia tych tez, mających zasadność już u zarania kolarstwa, na przełomie XIX i XX wieku przypuszczono w naszym kraju atak nawet na redakcje prasy rowerowej, które, zdaniem krytyki, demoralizowały młodzież, nakłaniając ją do sięgania po sztuczną sławę.

[…] Doprawdy śmieszne to są, a zarazem smutne, owe specjalne sprawozdania telegraficzne o przebiegu rozmaitych rekordów i wyścigów. Śmieszne są i bolesne podawania nazwisk zwycięzców przyjmowanych owacyjnie w klubach, obnoszonych po salach, obdarzonych wstęgami lub orderami itd. Tu już nie chodzi o zdrowie cielesne naszej młodzieży, ale o zdrowie moralne. Jest to grzech śmiertelny, wielkie przestępstwo społeczne ze strony prasy, która klubowi cyklistów pomaga nad wykolejaniem się i zgubą naszej młodzieży. Ta młodzież, posiadając siłę młodzieńczą i żądzę sławy, z całym przejęciem się i ze szkodą dla normalnej pracy śledzi za owemi szopkami cyklistów i ujęta szałem sama staje w szranki.

Gdy raz przeczyta swoje nazwisko w kurierku, wtedy przepada dla pracy i ginie dla społeczeństwa. Owocem przeto klubu cyklistów i prasy będą złamane życia jednostek i rozpacz rodzin. Precz więc z tą szopką. Precz z ową groźną zawadą, stojącą pewnemu odłamowi naszej młodzieży na drodze społecznej. Nie chcemy wiedzieć o żadnych wyścigach, nie chcemy czytać nazwisk bohaterów na Dynasach, gdyż dla naszych dzieci innych uciech i innych wawrzynów pragniemy.

Oj, oberwałoby się Magazynowi, gdyby ze swą „kolorową propagandą” odbył podróż w czasie i tak, jak wygląda teraz, ukazał się przed stu dziesięcioma laty. Dostałoby się nam za portrety mistrzów, za podkopywanie zdrowia fizycznego i moralnego młodzieży. Za pomaganie przemysłowi w kreowaniu popytu na sprzęt. Za odciąganie młodych ludzi od nauki i pracy. Za publikacje relacji z zagranicznych wycieczek, bezproduktywnych, marnujących czas i niemałe środki finansowe. Dziś wydaje się to zabawne, ale bądźmy ostrożni. Tacy ludzie, jak autor przytoczonego fragmentu, wcale nie odeszli w mroki historii.

Advocatus Diaboli
To będzie krótka opowieść z naszego podwórka. „Synu, nie będziesz kolarzem” – usłyszał od matki jeden z młodych, bardzo obiecujących zawodników zaledwie po swym drugim bardzo udanym sezonie startów. Ten chłopak to niekwestionowany talent, który w naturalny sposób wzbudził zainteresowanie trenerów i sponsorów. Matka widzi jednak dla niego tylko jeden, wąski wycinek przyszłości – wyższe studia. Gdy usiłowano ją delikatnie przekonać, że przecież współczesny sportowiec bardzo często legitymuje się dyplomem wyższej uczelni, odparła z pewnym lekceważeniem „dobrze, ale co to są za studia”.

Aha, jeśli nie lekarz, nie adwokat, to na pewno tuman i nieuk? Trudno określić, ile w tej postawie niechęci do kolarstwa, ile do sportu wyczynowego w ogóle, a ile własnych, niezrealizowanych ambicji przenoszonych siłą na dziecko. Odczuliśmy jednak wyraźnie, iż zdaniem tej pani rower to tylko przelotna i niepoważna fanaberia syna i im szybciej zaprzestanie treningów, tym lepiej. Dość powiedzieć, że naszego człowieka poczytano za adwokata diabła…

Grzęznąc W Bushu
[…] Nowy ten sport oraz środek komunikacyjny, pomimo życzliwego poparcia prasy, przez ówczesne konserwatywne społeczeństwo nasze przyjęty był początkowo nader szyderczo. Nikt szanujący się nie byłby na tyle odważnym, aby w dzień przez ulicę przejechać na kole, cóż dopiero mówić o nadobnej połowie rodzaju ludzkiego. żadna z pań nie dosiadłaby welocypedu, nawet za obietnicę najświetniejszego mariażu. Lud prosty zaś widział w kołowcach potęgę duchów ciemności i przy każdej sposobności wywierał na wysłańcach piekieł zemstę, tłumioną przez wieki, za pokusy i podnietę do grzechu całego potomstwa z ojcem Adamem na czele. Obfita ilość połamanych maszyn i grzbiety protoplastów naszych mogłyby wiele w tym przedmiocie opowiedzieć.

Czy od tamtych dni wiele się zmieniło? Polskie elity nadal „szanują się” i na rowerach raczej byle komu i byle gdzie się nie pokażą. Po prostu u nas jakoś nie wypada nie wyjść do ludzi w garniturze i nie mieć w zasięgu wzroku swojego samochodu. Tych kilku polityków pojawiających się na starcie Tour de Pologne, wsiadających na rowery z powodów „pijarowych”, wiosny nie czyni i do amerykańskiego prezydenta, wielkiego miłośnika dwóch kółek, trochę im brakuje. Nie, elity nie zrobiły nawet kroku naprzód. A lud prosty? Lud prosty to dość spora grupa i jakże wesoła. Niejeden jej przedstawiciel nadal będzie przestawiał strzałki na maratonach, kradł tabliczki informacyjne, czarną farbą zamalowywał szlaki rowerowe, przewieszał taśmy.

Inny po kres swoich dni będzie utrudniał życie rowerzystom poruszającym się w mieście, zajeżdżał im drogę, wymuszał pierwszeństwo, straszył rękoczynami i pokazywał palcem wszystko mówiący gest. Kolejny uzna drogę rowerową za najlepsze miejsce do pozbycia się butelki po tanim alkoholu. Wielu następnych z tej drogi zrobi sobie deptak, po którym będą spacerować z wózkiem, uznawszy, że ojciec rodziny ma większe prawo do zajmowania miejsca gdziekolwiek, bo rząd koalicyjny jest po jego stronie. I spróbujcie takiemu zasugerować, aby przeniósł się na chodnik…

Pozostali jeszcze frustraci, nie radzący sobie psychicznie z pojawiającą się kilka razy na dobę koniecznością wysiadania z samochodu. Oni nie raz w przypływie „olśnienia” włączą komputer i uraczą nas takim oto artykułem:

Uwaga, rowerzyści!
Rowerzyści jeżdżą bez świateł, bez dokumentów – gdzie chcą i jak chcą. A na dodatek, policja tego nie widzi, albo nie chce widzieć. Ulica Kościuszki w Bydgoszczy. Rowerzysta jedzie pod prąd, środkiem drogi, a na zdenerwowanie “samochodziarzy” reaguje jednakowo – pokazuje środkowy palec prawej ręki. Z bramy przy ul. Pomorskiej wyjeżdża samochód, powoli. Chodnikiem jedzie szybko rowerzysta; kierowca samochodu nie widzi go, bo nie może – młody człowiek nie zauważa samochodu, bo się zamyślił – wpada do auta przez szybę.

Innego dnia, w innym miejscu – dwie rowerzystki jadą główną ulicą miasta, obok siebie. Dwie ulice dalej… – Gdyby policja nie była tak pobłażliwa dla rowerzystów, ci nie lekceważyli by sobie przepisów – denerwują się kierowcy. – To nieprawda, nie jesteśmy pobłażliwi – zaprzecza Jacek Krawczyk, rzecznik kujawsko-pomorskiej policji. – Nie wierzę, że policjant, widząc rowerzystę łamiącego przepisy ruchu drogowego, nie zwróci na to uwagi.

Skąd więc tylu rowerzystów na chodnikach? A może jazda rowerem po nim nie jest łamaniem przepisów? – Jest, przepisy jasno to określają – mówi Krawczyk. – Rowerzysta może jechać chodnikiem tylko wtedy, gdy dozwolona prędkość na ulicy jest większa niż 50 km na godzinę. A ponieważ w mieście nie można przekroczyć pięćdziesiątki, rowerzysta chodnikiem jechać nie może. Gdy jednak zapytać kierowców samochodów albo pieszych, czy kiedykolwiek wiedzieli policjanta „wlepiającego” mandat rowerzyście za taką jazdę, odpowiedź brzmi „nie”. Za to rowerzystów na chodnikach widać często.

Rzecznik policjantów przyznaje – Rowerzyści często lekceważą przepisy (za ich łamanie możemy zostać ukarani mandatem, nawet stuzłotowym). Grzechy główne rowerzystów? Przejeżdżanie a nie przeprowadzanie roweru przez przejście dla pieszych, brak oświetlenia, jazda chodnikiem, jazda pod wpływem alkoholu (na 7,5 tysiąca pijanych kierowców zatrzymanych przez policję w ubiegłym roku w woj. kujawsko-pomorskim aż połowę stanowili rowerzyści). I zajeżdżanie drogi samochodom.

Oni zawinili
W ubiegłym roku w całej Polsce rowerzyści spowodowali 446 wypadków, w wyniku których rannych zostało 426 osób, a zginęło 40. W naszym regionie rowerzyści byli sprawcami 162 wypadków (20 zabitych, 150 rannych). W tym roku, w ciągu pięciu miesięcy, rowerzyści spowodowali 50 wypadków, w których zginęło 8 osób, a 44 zostało rannych. (Joanna Grzegorzewska, Gazeta Pomorska 28 czerwca 2006)

Uff, byłoby to doskonałe zaproszenie do polemiki, gdyby tekst nie był aż tak tendencyjny. I kto to nam funduje, Bydgoszcz, kolebka polskiego przemysłu rowerowego? Szacunek dla bikerów potrafiących poruszać się po nierównych bydgoskich kostkach i torowiskach. Bo macie tam istny trial połączony z flatlandem w warunkach ulicznej walki z tymi, co zawsze mogą was „przyjąć na zderzak”. Tylko że niestety zza kierownicy samochodu droga wydaje się równiejsza, a szeroko rozstawione koła zadbają o równowagę autorki przytoczonego tekstu. Efekt takiego dziennikarstwa? Zamiast pomóc psuje relacje kierowców z „jeżdżącymi inaczej” i jest dokładnie taki…

Jak tylko widzę po zmroku nieoświetlonego rowerzystę, to obtrąbiam, a jak kiedyś będę miał zły dzień, to potraktuję takiego kluczem do kół…
(kierowca Skody Felicii)

Niestety, rowerzyści to w większości kiepsko edukowalna grupa społeczna. A później to: „Panie, jak ten kierowca szybko jechał, a mój Maciuś to tylko lampki zapomniał”. Powinni rowery odbierać na poczet kary!
(kierowca Hondy Civic)

A może by tak „kolesie od szprych i pedałów” płacili OC w minimalnej choćby wysokości, np. 50 złociszy na rok. Żebym nie musiał później ręcznie, boleśnie, środkami pozaprawnymi dochodzić swojego przetrąconego lusterka, które kosztuje więcej niż dwuślad sprawcy szkody. Skoro zdarza się im korzystać z dróg publicznych, nie tyle korzystać, ile kokosić się na nich bez ładu i składu. I przy okazji, czy odpowiednie służby mogłyby sprawdzić kolesi-cyklistów na okoliczność znajomości tego, co oznacza odwrócony żółty trójkąt przed skrzyżowaniem. Tudzież biała strzałka na prostokątnym niebieskim tle/odpowiednio biała belka na czerwonym kółku. Wyposażonych w ową rozległą wiedzę i papierek z ubezpieczalni zobowiązuję się tolerować. (kierowca Hondy Type-R)

Tym razem nie będzie gorzkich żalów. Zostawiamy niechętnych nam spalaczy ropy i jedziemy naprzód. Fortuna kołem się toczy, więc będzie nam patronką w trudnych sytuacjach. Mamy broń przeciw „ich” cyklofobii, jest nią nasza cyklofilia. Tylko musimy pamiętać o kulturze i wyobraźni. Niemieccy czy szwajcarscy kierowcy są uprzejmi dla rowerzystów nie tylko dlatego, że nakazuje im to prawo, ale przede wszystkim ich mentalność nie pozwala im wymachiwać rękoma, „drzeć mordy” i udowadniać wyższości w każdym kontakcie międzyludzkim. Czego polskim kierowcom i nam rowerzystom życzę.

Nie ma wehikułu na świecie, który by lepiej niwelował różnice sfer, zajęć etc. od welocypedu. Księżne, kominiarze i baletnice nabierają tej samej fizjognomii, dosiadłszy owego stalowego rumaka. Odwaga osobista i grzeczność, wdzięk i dystynkcja ruchów zatracają się na tych dwóch kołach; listonosz z margrabiną mogą iść w zawody i nie wiadomo, który zdobędzie palmę zwycięstwa. Rasy w welocypedzie ani śladu, o estetykę zewnętrzną się nie troszczy, ale praktyczny hołduje hasłu czas to pieniądz i bieży, bieży rączo, żwawo, nie pytając, kto nim kieruje, ani kto go dosiada. Demokracja powinna mieć rower za godło. (Józefa Kisielnicka)

Źródło starych cytatów „100 lat Kolarstwa Polskiego” Bogdan Tuszyński, Warszawa 1986.

Bolesław Traczewski

Źródło: Magazyn Rowerowy.

Facebook