Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2022 | Puchar Polski Maratończyków w Jeździe Indywidualnej na Czas 2022

Rewal
21-22.05

Płoty
9-10.07

Pniewy
6-7.08

Gryfice
3-4.09

Radowo Małe
24-25.09
Po Jurze na rowerze szosowym – północna część Jury.
12 kwietnia 2011
Objazd trasy Gryflandu
15 kwietnia 2011

Grzegorz Buraczyński z Oleśnicy znany jest maratończykom z wytrwałości w pokonywaniu najdłuższych dystansów. Na każdej imprezie z naszego cyklu wybiera dystans giga, ale nie waha się przed podejmowaniem innych wyzwań. Ukończył m.in. liczący 1400 km maraton Londyn-Edynburg-Londyn. A napisał o tym Rowertour.

Na rowerze zaczął jeździć dopiero dziesięć lat temu. – Po pierwszych kilku kilometrach umierałem ze zmęczenia – wspomina Grzegorz Buraczyński. Jego największy sukces – jako pierwszy Polak przejechał 1400-kilometrowy maraton z Londynu do Edynburga i z powrotem, najdłuższy amatorski rajd w Europie.

Ma 54 lata, mieszka w Oleśnicy, pracuje w pobliskim Wrocławiu. Półtora roku temu w rajdzie przez Wielką Brytanię Grzegorz Buraczyński po 101 godzinach i 10 minutach zameldował się na mecie. Przejechał prawdopodobnie najdłuższy amatorski rajd na świecie.

Ciężko było?
– Brytyjska pogoda jak zwykle nie rozpieszczała. Środek lata, a tu, na północy Anglii, znowu zrobiło się tak nieprzyjemnie pochmurno. Później nic, tylko siąpił szkocki deszcz. Ale chyba nikt z pięciuset rowerzystów o tym za bardzo nie myślał. Ponad czterystu z nas ukończyło maraton.

Przejechać taki maraton – pewnie trenuje Pan całe życie?
– Wcale nie. Od lat zajmuję się stresującą pracą związaną z zarządzaniem firmą. Do tego jestem nerwusem. Czasem aż serce chce człowiekowi z piersi wyskoczyć. Lekarstwo na to znalazłem dopiero dziesięć lat temu. Nie pamiętam już, dlaczego wybrałem właśnie rower. Dobrze przypominam sobie za to, że po kilku kilometrach umierałem ze zmęczenia. A moje dzieci tylko się ze mnie śmiały. Niewiele lepiej było podczas następnych przejażdżek. Ale nie odpuściłem.

Narzucił Pan sobie treningowy rygor?
– Nie, ale jeździłem na coraz dłuższe wycieczki. Raz wreszcie odważyłem się pojechać z kolegą do Zakopanego. Zajęło nam to pięć dni. W drodze powrotnej zakończyłem ostatni etap naszej jazdy po 200. kilometrze w Oleśnicy. Kolega pojechał dalej, aż do Brzegu Dolnego. Przejechałem 250! – chwalił się później, przesyłając mi e-maila ze zdjęciem licznika rowerowego. No to się zawziąłem. Wsiadłem na rower i pojechałem 330 kilometrów do Pragi. I tak się te długodystansowe jazdy zaczęły.

Gdzie Pan jeszcze popedałował?
– W ciągu 27 godzin nieprzerwanej jazdy dotarłem do Wiednia. Innym razem przez pięć dni dojechałem i wróciłem z Budapesztu. Okazało się, że chyba jestem stworzony do takiej jazdy.

(…)

Źródło: Rowertour. Więcej o Grzesiu Buraczyńskim w najnowszym, papierowym wydaniu magazynu Rowertour.

Facebook