Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2022 | Puchar Polski Maratończyków w Jeździe Indywidualnej na Czas 2022

Rewal
21-22.05

Płoty
9-10.07

Pniewy
6-7.08

Gryfice
3-4.09

Radowo Małe
24-25.09
Wiary, nadziei i miłości
22 kwietnia 2011
Klasyk Radkowski – przedłużone wpłaty
2 maja 2011

Na Trzebnicki Maraton wyjechaliśmy autem w piątek po pracy. Na miejscu, w Trzebnicy byliśmy o 21:18. Przypuszczaliśmy, że biuro zawodów będzie już nieczynne, ale Krzysiek wpadł na pomysł, byśmy tam jednak podjechali i sprawdzili, czy nie siedzi tam jeszcze ktoś z organizatorów.

Mieliśmy szczęście, bo zastaliśmy Gosię Pawlaczek i jeszcze jakiegoś chłopaka, którzy wydali nam nasze numery i pakiety startowe. Po miłej pogawędce, podczas której dowiedzieliśmy się, że p. Janek Ambroziak, mimo problemów zdrowotnych wystartuje w maratonie, udaliśmy się do szkoły nr 3. Tam, podobnie jak rok temu, na sali gimnastycznej mieliśmy nocleg. Byliśmy ostatnimi osobami, które dojechały do szkoły.

Zamiast od razu iść spać, musieliśmy jeszcze pomajstrować przy rowerach. Podczas jazdy autem do Trzebnicy wystrzeliła mi z hukiem dętka w przednim kole. Poza tym obydwoje planowaliśmy zmienić przednie koła w swoich rowerach na lżejsze przed startem. Po raz pierwszy mieliśmy pojechać maraton na rowerach szosowych. Krzyś na Bianchi kupionym od Bernarda z Milicza, ja na Colnago – rowerze składanym na ramie i napędzie Campagnolo ze sklepu Wertykal.

Z kołami, które były składane z części pochodzących z kilku różnych sklepów były niezłe cuda, o których można by napisać osobną opowieść. Koniec końców przyszły one do nas kurierem dzień przed wyścigiem. Na zabawę z przekręcaniem kasety już nie było czasu, zostawiliśmy więc w moim rowerze „tymczasowe kowadło”. Przednie koła w obu rowerach warto było jednak podmienić na lżejsze. Zanim rower był gotowy do jazdy, ukręciłam jeszcze mocowanie licznika na kierownicy. Licznik przy pomocy mocnej taśmy klejącej, użyczonej od kolegi został przytwierdzony na swoim miejscu. Trochę zabawy było też z przyczepianiem numeru startowego i łączeniem zipów bo te, które dostaliśmy okazały się za krótkie na moją kierownicę. Po wykonaniu wszystkich niezbędnych czynności, około 23:00 poszliśmy spać.

30.04.2011 – sobota
Spod szkoły na start mieliśmy 2,5 km. Najpierw 9% zjazd, potem trochę płaskiego i podjazd pod Ośrodek Szkolno – Wychowawczy przy ul. Nowej 1. Był słoneczny, rześki poranek, wszystko wskazywało na to, że zapowiadanych opadów deszczu jednak nie będzie. W okolicach startu chodził ksiądz, skorzystałam z okazji i poprosiłam o poświęcenie swojego nowego roweru. Wygląd linii startu sprawił, że włos zjeżył mi się na głowie. Mata kontrolna była ułożona na trawie, dalej było trochę piachu i krawężnik. Na moim nowym rowerku szosowym do dnia startu w zawodach miałam przejechane równo 302,05km i …. nie miałam pojęcia jak on jeździ po trawie i piachu, i czy w ogóle da się po trawie na rowerze szosowym jechać. Start był dla mnie najbardziej nerwowym momentem. Udało się ruszyć bez gleby.

Moja grupka, którą prowadziła Asia Liczner nie ociągała się. Jechałyśmy żwawo, pierwszy podjazd, jeszcze w Trzebnicy poszedł z blatu, chwilę potem był dynamiczny zjazd, kilka zakrętów i opuściłyśmy Trzebnicę. Niedługo dogonił nas chłopak na rowerze poziomym, który nas filmował lub robił fotki (a kto wie – może i jedno i drugie). Nie spodziewam się bym się załapała w wielu kadrach. Cały czas trzymałam się z tyłu grupki, by w razie ew. kraksy (takiej jak np. rok temu) uchować się cało. Po 12 minutach jazdy dogoniłyśmy p. Janka Ambroziaka, który swoim zwyczajem pozdrowił nas serdecznymi słowami: „Szczęść Boże”.

Niedługo na horyzoncie pojawiły się dziewczyny na rowerach innych, kiedy je mijałyśmy, płynnie wtopiły się w naszą grupę. W ich grupie jechało kilku chłopaków na rowerach MTB. Po długiej prostej wśród pól rozpoczęły się wioseczki i zakręty. Dziewczyny pokonywały je szybko i gdzieś w tamtych okolicach zaczęłam się odrywać od mojej grupy startowej. Potem mijała mnie mała grupka kilku dziewczyn z Moniką Buchowiecką. Na chwilę się do nich doczepiłam. Między stawami Milickimi kompleksu Jamnik jechałam już sama i tam dogoniła mnie ekipa Ireny Kosińskiej i Beaty Tulimowskiej, jechała tam też chyba Monika Jagodzińska. Dziewczyny miały dobre dla mnie tempo.

Było fajnie aż do Gruszeczki, tam był znany mi ze zrobionego miesiąc temu objazdu trasy fatalny asfalt. Pamiętam, że wtedy Krzysztof jadący po raz pierwszy na dopiero co kupionej od Bernarda szosówce stwierdził, że gruntowe pobocze jest równiejsze od „szosy” i poleciał poboczem. Asfalt miał być przed wyścigiem połatany. Jednak to co zastaliśmy wołało mimo wszystko o pomstę do nieba. Na swoim rowerku czułam się jak operatorka młota pneumatycznego. Było to doskonałe miejsce, by wykonać test z serii „czy karbonowy rower wybiera nierówności”. Wybiera. Colnago CLX 2.0, ku mojemu zaskoczeniu, podczas jazdy po dziurach i łatach był niewiele mniej wygodny niż mój pełnozawieszony Marin, na którym startowałam rok i 2 lata temu na maratonach szosowych (oczywiście mowa tu o Marinie z bardzo twardo ustawionym zawieszeniem).

Nowy rower na wertepowatym asfalcie podskakiwał równie efektownie, ale był przy tym znacznie lżejszy od Marina (różnica wagowa około 3 kg). Na tym koszmarnym odcinku, na którym załatane zostały jedynie te dziury, które były wielkie jak leje po bombach jechałyśmy sobie z Irenką ramię w ramię. Jak się okazało, żadna z nas nie czuje się dobrze na takiej nawierzchni. Część dziewczyn na tym odcinku zrobiła przerwę krzakową, ja batonikową i tak to grupka się rozpadła.

Po wyjeździe na równy unijny asfalt zostałam z Olą Młynek, młodziutką zawodniczką teamu Jas-Kółka. Ola postanowiła mnie trochę powieźć. Wiało w twarz, skwapliwie więc skorzystałam z jej propozycji. Po jakimś czasie dałam zmianę, potem trochę jechałyśmy obok siebie gawędząc. Na leśnym podjeździe pod Wzgórze Joanny trochę odskoczyłam, ale gdy się w tym zorientowałam, poczekałam na miłą koleżankę. Prawie cały czas miałyśmy w zasięgu wzroku Irenę, która była przed nami. Co jakiś czas mijały nas grupy męskie. W jednej z nich jechał mój Krzyś, który widząc mnie jak zwykle poświęcił swoje szanse na spektakularne zwycięstwo w kat. M3 i zwalniając dołączył do nas.

Na leśnym podjeździe do bufetu, zlokalizowanego na turystycznym punkcie postojowym, zostawiliśmy za sobą Olę i Irenę. Na bufecie jednak spotkałyśmy się. Spotkaliśmy tam też Monikę Jagodzińską, która ruszała, gdy myśmy się zatrzymywali. Dolaliśmy sobie wody i wzięliśmy po bułce z szynką i sałatą. Ruszyliśmy bez zbytniego ociągania się. Jadłam na zjeździe, co wcale nie było takie łatwe, bo asfalt był nierówny i przydałoby się trzymać kierownicę obiema łapkami.

Na tym zjeździe z uśmiechem na ustach wyprzedziła mnie Irena, a następnie sunąca jak pociąg pospieszny grupka Krzysztofa „Klana”, pod którą podczepił się Maciej Dudziak z mojego klubu AKTR Cyklista. Obaj przywitali się ze mną i polecieli. Szosa już od jakiegoś czasu była pagórkowata. Tymczasem przed nami był długi, w miarę płaski odcinek leśny. Wyprzedziliśmy tam Irenę, śmiejąc się stwierdziłyśmy, że pewnie będziemy się tak tasowały aż do mety. Potem siedliśmy na kole kilku chłopaków jadących na rowerach MTB. Niby sympatycznie, lecz szybko stwierdziliśmy, że jedziemy zbyt powoli jak na maraton i dociągnęliśmy do kilku ładnie jadących dziewczyn, które były przed nami. Jedna z nich miała spodenki z napisem Luiza. Jechaliśmy tak jakiś czas za nimi. Przyznać trzeba, że nie leniły się. To była porządna, równa jazda. Z tymi dziewczynami spotkaliśmy się potem jeszcze raz (zatrzymały się, a potem za podjazdem 15% nas dogoniły i ostatecznie wyprzedziły).

Sędzice, Czachowo, Radłów i Cielętniki ze słynnymi betonowymi płytami to były górki. Hitem dnia był 15% podjazd po drodze rolniczej za Radłowem. Wąska nitka asfaltu zdawała się wspinać prosto do nieba. Miesiąc wcześniej mieliłam ją na rowerze MTB i byłam pewna, że na rowerze szosowym na twardych przełożeniach będę tam szła z rowerem zamiast na nim jechać. Już na bufecie jakiś gość straszył, że wiele osób będzie tam szło.

U podnóża podjazdu jeden z wyprzedzających mnie chłopaków zapytał, czy dam radę to wjechać. Odparłam, że nie wiem. Na szczycie stali kibice i sępy z aparatami. Czekali na ofiary, hihihi. Asfalt został przyozdobiony napisami, rozbawił mnie zwłaszcza pas dla autobusów jadących z prędkością <15 km/h. Tak, to był pas dla mnie! Wrzuciłam najlżejsze przełożenie (34-25) i mieliłam podjazd. Lekko nie było, aby wyrównać oddech zaczęłam sobie po cichu śpiewać i tak to lekko fałszując „wlazł kotek na płotek” wjechałam na górę. Kawałek z górki, potem podjazd po kocich łbach i zjazd szosą. To na tej szosie po raz drugi dogoniły nas „Luizy” i tyle je widzieliśmy.

Niedługo pojawił się słynny z zeszłego roku podjazd po płytach betonowych. Napisu „koza daje radę” niestety nikt nie odmalował, był za to dalej, już na asfalcie inny napis: „I TAK! KOZA PIERDZI”. Z tamtego miejsca do mety już nie było daleko. Jeszcze tylko kilka podjazdów, szybki zjazd i oto wjechaliśmy do Trzebnicy. Kierowcy samochodów byli bardzo uprzejmi, na skrzyżowaniach nas puszczali, puszczali też na rondzie i to z uśmiechami na ustach! Po 5 godzinach i 2 minutach zakończyliśmy pierwszą pętlę. Jechało nam się świetnie i zgodnie stwierdziliśmy, że w tak piękny dzień szkoda by było zakończyć jazdę na jednej pętli (tym bardziej, że regulamin i tak wykluczał zmianę dystansu).

Szybko posililiśmy się na bufecie, uzupełniliśmy wodę i pojechaliśmy na drugą rundę. W okolicach ronda widziałam jadącą w kierunku mety Olę (krzyknęła mi „powodzenia”), a potem Irenę. Po rozjeździe na giga zawsze jest spokojniej. Już nie spotyka się tak często długich pociągów. Zrobiło się wręcz wakacyjnie, dookoła piękne widoki, niebo błękitne i nawet całkiem ciepło. Tymczasem przed nami był długi odcinek pod wiatr. W porównaniu z porankiem, trzeba stwierdzić, że wiatr w ciągu dnia zdecydowanie przybrał na sile.

Wyprzedziło nas 4 chłopaków. Z tego co pamiętam trzech było na rowerach MTB, jeden na szosie. Pojechali, ale nie uciekli daleko. Jechali przed nami jakieś 100m i odległość ta nie zwiększała się. Krzyś uprzejmie mnie poinformował, że niebawem będzie centralnie pod wiatr i warto by było ich dogonić i pracować z nimi. Tak też zrobiliśmy. Na liczniku pokazała się liczba 33 km/h i wkrótce siedzieliśmy im na kole. Chłopcy (wśród nich Zdzisław Reps, organizator Liczyrzepy) ładnie jechali po zmianach. Byłam w tej grupce jedyną osobą, która nie dała zmiany. Cały odcinek pod wiatr jechaliśmy z chłopakami, doganiając po drodze Łukasza Jasianowskiego.

Było świetnie do czasu, aż odcięło mi prąd. Za długo jechałam nie jedząc i w rezultacie spuchłam. Puściliśmy chłopaków i od tego momentu aż do końca jechaliśmy już sami. Na parszywym asfalcie za Gruszeczką po raz drugi nas wytelepało. Na bufecie spotkaliśmy Henia Fortońskiego z Wałbrzycha. Dojechał chwilę po nas i bardzo chciało mu się pić. Zjedliśmy z Krzysiem po bułce, poczęstowaliśmy się też bananami i pomarańczami.

Spod bufetu szosa szła w dół, potem była długa prosta w lesie, Zawonia, Sędzice, Czachowo, Radłów z upiorną 15% ścianką. Na szczycie już nie było sępów i kibiców, był tylko jeden chłopak (zawodnik, ale już zapewne po wyścigu) z aparatem. Po raz drugi pokonałam ten podjazd w siodle. Potem jeszcze kilka górek, w tym betonówka i znak „Trzebnica”, a za nim długi zjazd, potem rondo i pod górę do mety. Krzysztof tuż przed metą zaliczył efektowną glebę na piasku. Na szczęście nic mu się nie stało. Dostaliśmy medale za ukończenie maratonu, pogadaliśmy ze znajomymi i po posiłku regeneracyjnym pojechaliśmy na nocleg do szkoły nr 3. Kiedyśmy wyjeżdżali z Nowej 1 do naszej szkoły, na trasie było jeszcze 10 osób.

Z licznika:
Czas netto ……………………10:34:09
Czas brutto …………………..10:53:51
Dystans ………………………….262,03 km (trasa była trochę krótsza od oficjalnie podanej)
Prędkość średnia ……………….24,70 km/h
Prędkość maksymalna ……….43,50 km/h
Temperatura minimalna …………12&ordm;C
Temperatura maksymalna ………24&ordm;C
Przewyższenie …………………..1695 m
Wysokość maksymalna ………..239 m
Nachylenie średnie ………………….2%
Nachylenie maksymalne ………..15%

01.05.2011 – niedziela
W niedzielę o 9:00 odbyło się uroczyste zakończenie maratonu i dekoracja zwycięzców. Była to też okazja do rozmowy ze znajomymi. Tego dnia spotkaliśmy Bernarda, który w swojej kategorii zajął 9 miejsce oraz Magdę Janiszewską, która tym razem nie startowała. W swojej kategorii wiekowo – rowerowej zajęłam 2 miejsce. Tym razem zamiast loterii fantowej był konkurs na wierszyki, były one sprawdzane i najlepsze prace były nagradzane (hihihi). Mój wierszyk nie został co prawda odczytany, ale musiał być dobry, bo był wśród „wybranych” i w ten sposób stałam się właścicielką porządnej parasolki (wreszcie mam porządny parasol). A mój wierszyk wyglądał tak: lubię jeździć rowerem po Kocich Górach, moja Koza daje radę i nie pierdzi.

Tego dnia w Żmigrodzie odbył się indywidualny wyścig szosowy na czas. Wstąpiliśmy na chwilę, rozważając start w ramach rozjazdu po wczorajszym maratonie. Po głębszym namyśle odpuściliśmy sobie – doszliśmy do wniosku, że kiedy już wystartujemy, na pewno nas poniesie, a to nie będzie dobre po dużym sobotnim wysiłku. Ze znajomych nam osób w czasówce pojechali: Kasia Rzepecka, Ola Młynek, Jan Kaźmierczak i Piotr Ratajczyk.

Marzena

Zdjęcia pochodzą ze strony Szosowiec.pl

Facebook