Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2021

Stargard
08.05

Płoty
19.06

Łobez
17.07

Pniewy
14.08

Gryfice
18.09
Ultrakolarz już w Austrii
14 sierpnia 2012
Zapisy na Jeziorak Tour
23 sierpnia 2012

Kołobrzeg zawsze zachwycał najdłuższym dystansem Giga, który był ogromną pętlą. Ciekawa długa trasa to wielka atrakcja, wobec której takie drobnostki jak marnej jakości asfalty były niewiele znaczącym szczegółem. W tym roku coś się zmieniło. Dystans GIGA został sprowadzony do 3 identycznych kółek. Jaka szkoda!!! Decyzję „jedziemy” podjęliśmy wyjątkowo spontanicznie, kilka dni przed maratonem.

W piątek wyszliśmy chwilę wcześniej z pracy i samochodem z rowerami w środku przyjechaliśmy do Kołobrzegu. W biurze zawodów odebraliśmy nasze pakiety startowe i zostaliśmy wylosowani do grupy. Słynna klimatyzowana sala była już pełna i rozłożyliśmy się przy stojakach na rowery. Przed snem udało nam się jeszcze pogadać z Beatą, Guciem i Heniem Fortońskim. Spotkaliśmy sympatycznego cyklistę z Murowanej Gośliny, którego poznaliśmy tydzień wcześniej na jednodniowym długodystansowym objeździe Rowerowego Pierścienia Wokół Poznania. Widziałam, że na sali nocują też Ania i Marzena z Trzebiatowa.

Sobotni poranek był pogodowo dynamiczny. Nie padało, ale po niebie latały chmurki i można się było zastanawiać, czy będzie z nich jakaś przelotna ulewa, czy też nie. Było też chłodnawo i wiał lekki wiaterek. Zanim pojechaliśmy na start przebieraliśmy się kilka razy nie mogąc się zdecydować, czy jedziemy na krótko czy na długo. W końcu wybraliśmy krótkie rękawy. Krzysztof zapomniał zabrać z domu bidonu. W imieniu mojej zapominalskiej ciapy chodziłam więc po sali i nie licząc na powodzenie tej akcji pytałam czy ktoś ma może pożyczyć bidon na czas maratonu. Jakie było moje zdziwienie i radość, gdy jeden z chłopaków odparł, że chętnie pożyczy! Jeszcze raz dziękuje-my! Po miłej pogawędce z Heniem Fortońskim, Jackiem Olszewskim i Beatą Tulimowską, pojechaliśmy na linię startu. Tam jeszcze powitanie z Kasią Dugiel i w końcu ruszamy. Jedziemy w pierwszej grupie. Pierwsze metry po starcie są kręte i po kostce pozbrukowej. Nie lubię takich krętych startów, bo od razu na nich tracę. Po wyjściu na prostą nie gonię grupy. Jestem bardzo zmotywowana by przejechać całą trasę i chyba tylko przemocą można by mnie było oderwać od roweru, ale jakoś nie mam ochoty na gonitwę i jazdę w trupa. Tętno mam niskie, mogę więc się zmobilizować, ale zwyczajnie mi się nie chce gnać.

Widzę, że Krzysiek jest chyba trochę zawiedziony. Zaczyna szarpać i już wiem jak będzie wyglądała, a raczej „nie wyglądała” nasza współpraca na tym maratonie. To będzie samotna jazda we dwoje. Niby razem, a jednak osobno. Na kole od czasu do czasu, w większości trasy za kołem na tyle by nie wypoczywać, tylko pracować samej. Przed nami wielki maratończyk – Henryk Fortoński. On też walczy sam. Doganiamy go i jedziemy we trójkę. Chłopaki dają sobie zmiany. Tak długo jak długo jedziemy razem trójką, Krzysztof nie szarpie. Ten maraton mogę śmiało zadedykować Heniowi. Nie zliczę ile razy się tasowaliśmy. Odnoszę jednak wrażenie, że co chwilę oglądałam jego plecy i przeskakiwaliśmy się niczym te pchełki. Jest ponuro, z ciemnych chmur spada kilka symbolicznych kropel deszczu. Mija trochę czasu i dogania nas druga grupa. Tu się rwiemy. Trochę jedziemy za nimi. Heniu został za nami, ale dogania nas i odstawia na 300 metrowym brukowym odcinku. Ten bruk to tragedia. Kamienie są wystające, nierówne i niestety na pierwszym kółku – mokre. Jadę bokiem po gruncie. Grunt też mokry i z małymi kałużami ale lepsze to od kamieni.

Nie lubię jeździć kolarzówką po terenie. Chyba mało kto lubi. Jadę powoli, w tempie trochę szybszym od zwykłego marszu. Wreszcie koniec. Krzysztof stoi i na mnie czeka, Heniu poleciał do przodu. Jest tak daleko, że ledwie go widać. Około 50 km trasy, w Karlinie doganiamy Henia, wtedy też łapie nas grupa Krzysia Łańcuckiego, w której jedzie Kasia Dugiel. Przed odbiciem z szosy Karlino–Wrzosowo w prawo na wąską nitkę asfaltu puszczamy grupę. Jeszcze nie wiemy, że być może w ten sposób unikamy kraksy, która zdarzyła się za przejazdem kolejowym. Z opowiadań wiemy, że jechali wachlarzem i niewiadomo dlaczego wachlarz się złożył. Leżało kilka osób w tym również Klan i Kasia. Kiedy dojechaliśmy, właśnie zbierali się do dalszej jazdy. Zatrzymaliśmy się przy nich i potem ruszyliśmy wszyscy razem. Grupa początkowo jechała spokojnie, potem zaczęli trochę szarpać. Myśmy nie szarpnęli za nimi i zostaliśmy we dwójkę. Niedługo z grupy odpadła też Kasia i powoli do niej doszliśmy. Potem był zamknięty przejazd kolejowy. Kasia ruszyła szybciej, my trochę za nią. Byliśmy jakieś 20 m z tyłu i pewnie wkrótce byśmy się połączyli, ale zauważyłam, że na poboczu stoi zawodnik, który najwyraźniej walczy ze swoim rowerem. Rozpoznałam, że to Krzysiu Łańcucki. Zatrzymałam się bez zastanowienia. Okazało się, że po upadku pękła rura sterowa w jego rowerze. Mój Krzysztof wraca i teraz we trójkę próbujemy jakoś wskrzesić rower Klana. Zdejmujemy mostek, podkładki. Przekładamy mostek w najniższe możliwe położenie. Skręcamy całość… i niestety się nie udało. Nadal wszystko jest niestabilne i kokpit cały lata. Klan nie może kontynuować jazdy i musi powolutku wrócić na metę. Ma niesprawny rower i poobdzieraną rękę na wysokości łokcia, ale twierdzi, że da radę samodzielnie wrócić do Kołobrzegu.

Jedziemy więc dalej. Kasi już dawno nie ma w zasięgu wzroku, w międzyczasie minęło nas kilka grup, minął nas też Heniu. Przed nami dziurawy zjazd wąską szosą. Potem wioska i zakręt. Stoją tam jakieś samochody. Jakoś tak dziwnie, bo częściowo stoją na drodze, a jest wąsko. Zakręt, dziury i te samochody sprawiają, że nie patrzę na boki. Mocno trzymam kierownicę i jadę bardzo skoncentrowana. Dopiero kilka kilometrów dalej dowiaduję się, że te samochody nie stały tam przypadkowo. Na trasie jeden z uczestników miał poważny wypadek przez psa, który wybiegł mu pod koła. Tamte samochody się zatrzymały i zabezpieczyły miejsce wypadku.

Docieramy do drugiego bufetu (wtedy myślałam, że to pierwszy bufet, bo tego prawdziwego pierwszego nie zauważyłam). Zatrzymujemy się, bo Krzysiek już nie ma picia. Jemy też drożdżówkę. Z drożdżówką w ręce zaczynam drugą pętlę. To był zły pomysł, bo początek pętli to dziurawy zjazd. Drożdżówka cała się sypie, gdy rower lata na dziurach. Nie wiem czy trzymać kierownicę, czy ratować drożdżówkę. Trzeba było dłużej posiedzieć na bufecie i tam ją ze spokojem zjeść. Z naprzeciwka jadą uczestnicy dystansu rodzinnego. Oni mają teraz pod górę, ale widać, że maraton sprawia im mnóstwo radości. Aż miło na nich popatrzeć. Potem podjazd i niedługo wyjazd na ruchliwą szosę Świdwin – Kołobrzeg. Jest nieprzyjemnie, bo samochody nie bardzo mają ochotę zwolnić i wyprzedzają na kartkę papieru.

Gdzieś po połowie drugiej pętli doganiamy jadącego powoli zawodnika nr 360. Wygląda na wymęczonego, ale utrzymuje się za nami na kole. Odpoczywa jadąc w ten sposób przez ponad 2 kilometry. No dobra, myślę sobie, dość już chyba tego odpoczynku. Młody nie kwapi się do dania zmiany, więc go do tego zachęcam. Kolega jest wyjątkowo oporny na perswazję, ale my jesteśmy równie nieugięci i mocno zwalniamy. W ten sposób dosłownie go zmuszamy do wyjścia do przodu. Jest niezadowolony i marudzi, ale jedzie. To jedyna zmiana jaką dał. Potem znowu prowadził Krzysztof, ja jechałam z 5 metrów za nim, a na moim kole wisiał sęp. Dogoniliśmy znowu Henia i ze śmiechem stwierdziliśmy, że pewnie teraz już pojedziemy razem. Po jakimś czasie się obracamy, a jego nie ma. Nie ma też chłopaka nr 360, ale z tego akurat się cieszymy.
Na bufecie przy rozjeździe na ostatnią pętlę zatrzymujemy się. Dojeżdżają Heniu i 360. Ten ostatni kończy i leci na metę. Heniu z bufetu startuje przed nami. Mija nas bez postoju na bufecie grupka Janka Wesołowskiego. My robimy prawdziwy piknik. Ze spokojem zjadam całą drożdżówkę. W tym czasie Krzyś pochłania aż dwie. Uzupełniamy płyny. No i lecimy na ostatnie kółeczko.

Powinnam zakończyć jazdę po drugim okrążeniu, bo jeszcze przed rozjazdem odnowiła mi się kontuzja ścięgna. Pojechałam jednak dalej. Mniej więcej 50 km przed metą zaczęło mnie też boleć drugie ścięgno. Nie mogłam w to uwierzyć! Przecież wszystko już było w porządku. Zarówno na wakacyjnej wyprawie rowerowej, jak i podczas dojazdów do pracy było OK. Nic złego się nie działo również gdy tydzień wcześniej zrobiłam podobnej długości trasę w warunkach częściowo terenowych. Na kolarzówce jednak kontuzja powróciła, w dodatku padło mi drugie ścięgno. Jakby nieszczęść było mało Krzyśkowi odechciało się jazdy i człapał sobie z nóżki na nóżkę. Próbowałam go zmobilizować, ale on tylko się śmiał i jechał sobie pomału. W ten oto sposób tuż przed pierwszym bufetem zostałam sama.

Krzysiek z tyłu, przede mną nikogo. Ścięgna palą. Jadę swoim tempem. Na długich prostych obracam się. Pusto. Chwilami odnoszę wrażenie, że na trasie nie ma już nikogo poza mną. Przez słuchawki sączy się „Nobody wants to be lonely”. Idealnie pasuje do sytuacji. Staram się izolować ból. Koncentruję się na trasie, raz po raz zmuszam się do tego by się uśmiechnąć. Próbowaliście kiedyś? Uśmiech, nawet ten wymuszony, od razu przegania smutne myśli. Wreszcie na horyzoncie pojawia się znajoma sylwetka. Tak, to Heniu Fortoński. Nasze ostatnie przetasowanie. Potem doganiam jeszcze zawodnika ubranego na czarno. Widzę, że jedzie mu się ciężko. Tymczasem moje czarowanie rzeczywistości działa. Mam wrażenie, że unoszę się nad ziemią. Rower sunie gładko i szybko. Na ostatnim bufecie szybki batonik. Za mną nikogo, przede mną od długiego już czasu chłopak ubrany na biało. Jedziemy do mety. Powolutku zbliżam się do „białego”. Za tablicą Kołobrzeg jest górka i tam go doganiam. No i wreszcie meta, w innej lokalizacji niż zwykle, ale to lepiej, bo nie ma nerwowego przebijania się przez miasto. Krzysztof w końcu wziął się w garść i zaczął przyspieszać. W rezultacie stracił do mnie niecałe 2 minuty.

Po zjedzeniu zupki powrót przez miasto do sali, prysznic i świętowanie urodzin Beaty na pomaratonowej imprezce. Miło było spotkać Irenkę Kosińską, z którą nie widziałyśmy się chyba całe wieki. Po imprezie jeszcze ciekawa rozmowa z Gosią Szalewicz. Ten maraton to zaskoczenie, bo okazało się, że wśród nas jest wielu podróżników rowerowych. Heniu Fortoński, Gosia Szalewicz, Ela i Lech Kanigowscy – wszyscy oni odbyli wiele ciekawych podróży. Słuchanie ich opowieści było pasjonujące. Wymieniamy wrażenia. Można by tak gadać bez końca.

Następnego dnia wstajemy wcześnie i po śniadaniu udajemy się nad morze. Wracamy na rozdanie trofeów sportowych i (tym razem jedynie symboliczne) losowanie nagród.

pozdrowerki,
Marzena Szymańska

Zdjęcia z galerii Jacka Oncka (klik).

Facebook