Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2022 | Puchar Polski Maratończyków w Jeździe Indywidualnej na Czas 2022

Rewal
21-22.05

Płoty
9-10.07

Pniewy
6-7.08

Gryfice
3-4.09

Radowo Małe
24-25.09
Odbędzie się superczasówka Brodnica-Łąkorz-Brodnica 2010
8 grudnia 2009
Gryfland 2004
11 grudnia 2009

No i … leżymy. My, to znaczy ja i rower.

Gdy już pozbieramy się z drogi warto przeanalizować całą sytuację. Teraz już, na spokojnie, dojdziemy do wniosku, że to co się stało odbyło się zgodnie z prawami fizyki, które poznaliśmy już w szkole podstawowej ( Prawa Newtona, tarcie,…) oraz uniwersalnym Prawem Murphiego : „Jeżeli coś może się nie udać – na pewno się nie uda”. W wersji technicznej brzmi: „Jeżeli coś może się popsuć – na pewno się popsuje”. Niestety tak jest. Każda niesprawność roweru lub źle zamocowany bagaż da o sobie znać w najbardziej nieodpowiednim momencie.

Jeżeli jednak cudem uniknęliśmy bezpośredniego kontaktu z asfaltem i utrzymaliśmy się na siodełku, to też pomyślmy, jakie błędy popełniliśmy i co by było gdyby….

Nasze błędy coś nas nauczą, ale najlepiej uczyć się na cudzych. Dlatego chcę w skrócie opisać swoje upadki i przedstawić ogólną analizę.

Moje rowerowe doświadczenia to przejechane ponad 190.000 km po drogach i ulicach miast, w różnych porach roku, różnych porach doby i w różnych warunkach pogodowych. Prawie wszystko przejechałem na wąskich oponach szosowego roweru, pedały z noskami, a teraz wpinane. Po Łodzi ponad 50.000km, reszta to okolice Łodzi, Jura Krakowsko-Częstochowska i inne rejony Polski. Za granicą, ze sporym bagażem ok. 4000km.  Najmniejsze doświadczenie mam w jeździe po prawdziwych górach (może w sumie 3 tys. km), a żadne w wyścigach, bo nigdy nie uprawiałem kolarstwa wyczynowo.

Więcej o mnie i moim rowerze w „rowerowym cv” na stronie Tęczowej Koszulki.

Moje upadki

●         Ulica w Łodzi – jadę trzymając kierownicę jedną ręką, drugą próbuję usunąć jakiś paproch z oka. W tym momencie  wjeżdżam na zafałdowanie asfaltu co skutecznie wytrąca rower z równowagi. Leżę.

●         Góry Bukowe ( Węgry-1975r ) – zjazd serpentynami w kierunku Eger, rower obładowany sakwami. Na jednym z ostrych zakrętów zsuwa się z obręczy przednia szytka i klinuje przednie koło w widełkach. Razem z rowerem przekoziołkowałem. Błyskawicznie zbieram się i zabieram rower z drogi, bo wiem, że niedaleko za mną jedzie samochód.

Skutki – otarcia i lekkie potłuczenia, szytka do wymiany, rower cały.

●         Włodowice (Jura Krakowsko-Częstochowska-1995r) – łagodny zjazd przez wieś, szybkość 35-40 km/h. Z podwórka wybiega duży pies, przebiega przede mną i z środka drogi, wystraszony zawraca. A ja myślałem, że już udało mi się go ominąć. Niestety, robię efektowne salto nad psem, który jest w szoku nie mniejszym niż ja.

Skutki – kilka szwów na łuku brwiowym i czole oraz stłuczony obojczyk.  Był to jedyny przypadek, ze nie mogłem kontynuować jazdy.

●         Czatachowa (Jura) – zjazd w kierunku Złotego Potoku po oblodzonej jezdni. Nadjeżdżający z przeciwka samochód osobowy, po wyjściu z zakrętu, zaczyna tańczyć po całej drodze ok. 200m przede mną. Próba hamowania kończy się oczywiście upadkiem i na leżąco  przejeżdżam  kilka metrów. Na szczęście z samochodem mijamy się w bezpiecznej odległości.

Myszków – skrzyżowanie o bardzo dobrej widoczności, jezdnia  miejscami    oblodzona. Jadę ulicą z pierwszeństwem przejazdu. Z prawej strony nadjeżdża samochód osobowy, na śliskiej jezdni hamuje o 3-4 m za daleko i zderzakiem uderza w mój prawy pedał. Upadek.

Była to moja jedyna kolizja z innym pojazdem. Od tego czasu mój stary rower jest dwuśladowy – uderzenie zwichrowało ramę.

Łódź – mokra, zamarzająca wieczorem nawierzchnia. Nieostrożnie jadę wzdłuż kolein wyciśniętych w asfalcie w rejonie przystanku autobusowego i w ciemności nie zauważam lodu. Tylne koło ucieka w bok. Leżę.

Bardzo podobna sytuacja w okolicy Łodzi – to, co błyszczy w światłach i wydaje się kałużą, w rzeczywistości jest już gładziutkim lodem. Efekt jak poprzednio.

Łódź – duże skrzyżowanie z nawierzchnią dobrze wygniecioną przez tiry. Podczas przejeżdżania w poprzek kolein, reklamówka dosyć niedbale przewieszona przez kierownicę, podbita na nierównościach, wpada między przednie koło i widełki. Ze względu na małą prędkość, prawie przekoziołkowuję. Skutki – lekko skrzywione koło i widełki.

Kołobrzeg – dzień przed maratonem 2006r (Kołobrzeski Maraton Rowerowy). Po deszczu jeżdżę po mieście, potem kręcąc się po nabrzeżu portowym z prędkością pieszego spacerowicza próbuję przejechać „po skosie” przez mokre szyny kolejowe. Oczywiście tylne koło ślizga się i padam jak początkujący rowerzysta – trzeba było ustawić rower pod kątem prostym do szyn. Następnego dnia startuję do maratonu z plastrem na kolanie.

A w tych przypadkach udało się:

– Zjazd z Równicy do Ustronia (Beskid Śląski). Na kolejnym z zakrętów widzę piasek na asfalcie i już za późno na ostre hamowanie. Droga skręca w lewo, ja jadę prawie prosto przez pobocze i zatrzymuję się w przydrożnych zielskach. Bez upadku.

– Zjazd z Będusza do Myszkowa. Autobus, jadący pod górę, wyprzedza „na trzeciego” i nie pozostawia mi wyboru – uciekam na żwirowo-kamieniste pobocze. Sam nie wiem jak udało mi się utrzymać równowagę.

Do wymienionych zdarzeń muszę doliczyć 2-3 upadki w piasku polnej drogi i co najmniej kilkanaście upadków na śniegu, przeważnie na mało ruchliwych drogach i leśnych ścieżkach. Wycieczki odbywały się w takich zimowych warunkach, że przejechanie trasy bez padnięcia w śnieg było praktycznie niemożliwe. Takie upadki, na pustych trasach, nie są groźne. W głęboki śnieg wpada się jak w pierzynę, ale na zlodowaciałym można się trochę potłuc. Przyjemność z jazdy po zimowym lesie jest jednak spora, a ciągła walka o utrzymanie się na siodełku wyrabia poczucie równowagi, wyczucie roweru.

Z tych opisanych upadków 3, może 4 były mocno niebezpieczne, ale zakończyły się w miarę szczęśliwie. Czy to dużo, czy mało? Nie wiem.

Między nimi mijało zwykle kilka, a czasem kilkanaście lat i kilkadziesiąt tys. km przejechanych bez problemów.

Przyczyny upadków

Zakładam, że każdy z nas stara się jeździć sprawnym rowerem, bo do typowych niebezpieczeństw drogowych, na które mamy niewielki wpływ, nie warto dokładać zagrożeń, których możemy uniknąć. Pamiętajmy, że Prawo Murphiego działa i spadający łańcuch, blokująca się przerzutka, złe hamulce, a także źle zamocowany bagaż przypomną o sobie.

Jeżeli już wyeliminowaliśmy, w znacznym stopniu, przyczyny upadków „ na własne życzenie” pozostaną tylko niekorzystne zbiegi okoliczności, które statystycznie biorąc, kiedyś mogą wystąpić.

Teraz wszystko sprowadza się do 3 podstawowych przypadków:

  1. Zablokowanie przedniego koła przez zaklinowanie go w rowerze lub przez większą przeszkodę. Zwykle przelatuje się nad kierownicą, co jest i mało przyjemne i mało bezpieczne – szczególnie lądowanie.
  2. Poślizg na śliskiej nawierzchni (lód, oblodzony śnieg, brudny i jednocześnie mokry asfalt), mokrych liściach lub piasku pokrywającym asfalt. W takiej sytuacji tylne koło ucieka nam spod tyłka i spadamy w dół. Tylko od naszej prędkości zależy, czy leżąc przejedziemy pół metra, 5, czy 15 m.

Prawdopodobieństwo upadku na bardzo śliskiej nawierzchni nie jest 10 razy większe niż na suchej. Jest kilkaset razy większe. Naprawdę.

  1. Utrata równowagi zdarza się czasem, gdy wjedziemy w wysoki śnieg, piasek lub trawę ale ze względu na niewielką prędkość i miękkie podłoże wszystko kończy się zwykle szczęśliwie.

Podczas jazdy po ulicach miasta (np. Łódź) można wjechać w szyny tramwajowe, bo wąska opona bardzo ładnie się w nich mieści. Mimo, że przejechałem tysiące kilometrów po mieście nigdy nie przydarzyła mi się taka sytuacja. Może dlatego, że upadek na torach, na środku ruchliwej ulicy jest szczególnie niebezpieczny i bardzo zwracałem na to uwagę.

Przed laty Eddy Mercks apelował:

„Kierowco zostaw kolarzowi, chociaż tyle miejsca, żeby miał się gdzie przewrócić.”

Tego powinni uczyć na kursach prawa jazdy, bo w sytuacji niebezpiecznej na drodze, nic więcej do szczęścia nie potrzeba. Sam upadek, nawet przy większej prędkości, najczęściej kończy się otarciami i potłuczeniami. Poważne konsekwencje może mieć dodatkowa kolizja z innym pojazdem.

Życzę wszystkim przejechania każdej zaplanowanej trasy do końca, bez zbyt bliskiego kontaktu z nawierzchnią drogi.

Suplement:

Od powstania tekstu o rowerowych upadkach minęło 30 tys. przejechanych km i prawie 3 lata.  Do napisania tego dodatku skłoniło mnie zdarzenie z początku listopada opisane jako ostatnie.  Do mojej kategorii upadków zaliczam tylko to bliskie spotkanie z samochodem, natomiast pozostałe z poniższych, są na tyle typowe przy jeżdżeniu na rowerze, że warte odnotowania.

  • Na początku historia, która miała miejsce wiele lat temu:

Jako doświadczony już rowerzysta  oferuję swoją pomoc spotkanej na         trasie sympatycznej dziewczynie.  Jedną ręką trzymając kierownicę, a drugą  popychając jej rower za siodełko  staję na pedałach żeby mocno ruszyć.  Wyciągnięty łańcuch ze zgrzytem przeskakuje po niesamowicie zdartych zębach, a ja tracę równowagę i padam na asfalt. Kompletna kompromitacja.

I przypadki z ostatnich 3 lat:

  • Ścieżka rowerowa w Łodzi na Retkini. Chwilę po deszczu jadę po mokrej i nieco śliskiej ścieżce rowerowej     wzdłuż ulicy z pierwszeństwem przejazdu. Boczną uliczką między blokami  nadjeżdża samochód i nasze drogi przetną się w jednym punkcie. Widzimy się nawzajem na dystansie kilkudziesięciu metrów.

Moje reakcje: przestaję pedałować, lekko hamuję, ostre hamowanie zakończone poślizgiem i prawie upadkiem – ziemi dotknąłem.

Reakcja kierowcy żadna – bez  zmniejszania prędkości, spokojne  pojechał dalej.

  • W piękną zimową pogodę jadę z Łodzi do odległego o 40 km Głowna i z suchego asfaltu podziwiam zimowy krajobraz.  Na ostatnich kilometrach, na drodze pojawia się  zlodowaciały śnieg.  Jest co raz gorzej ale ostrożnie posuwam się do przodu i od czasu do czasu  zatrzymuję żeby przepuścić przejeżdżający samochód.

Na jednym z kolejnych lodowisk  poślizg. Na leżąco sunę po lodzie, a przede mną rower z charakterystycznym łoskotem ( rama stalowa ). Klasyczne zimowe zdarzenie, w istniejących warunkach upadek był tylko kwestią czasu. W drodze powrotnej najgorsze fragmenty trasy pokonuję pieszo.

  • Łódź, ponure listopadowe popołudnie, boczna i dosyć wąska ulica.  Jadę  niezbyt szybko, w żółtej kurtce  i  z zapalonym już światłem. Z przeciwka, z podobną  prędkością  jedzie kilka samochodów. Nagle jeden z nich skręca w lewo – przed mój rower, prawie na pewno bez włączenia kierunkowskazu bo mrugające światło musiał bym zauważyć. Zdążyłem tylko odruchowo  skręcić trochę w prawo żeby nasze spotkanie nie było zbyt czołowe i dalszy ciąg zdarzeń już nie był kontrolowany.  Przekoziołkowujemy  z rowerem na maskę samochodu i po nieokreślonych, akrobatycznych ewolucjach spadamy przed stojący już samochód.  Ja, o dziwo, cały i nawet niezbyt poobijany, rower w nieco gorszym stanie. Z samochodu wysiada przerażona i zakłopotana blondynka, na szczęście nie kwestionująca swojej winy.   Zobowiązuje się pokryć moje straty rowerowe, o moralnych nic nie wspomniała.      Następnego dnia, już spokojnie omawiamy sytuację. Pani całkiem, całkiem i sympatyczna, pełnoletnia od kilku ( nie liczmy dokładnie ) lat ale młody kierowca.

Z jej punktu siedzenia wyglądało tak:  „jadę sobie spokojnie ulicą, spoglądam w lewo na parking, są miejsca, skręcam w lewo a tu nagle na przedniej szybie ląduje facet z rowerem”.

Straty: przy rowerze –uszkodzone przednie koło ( po kilku kopnięciach w obręcz dało się dojechać do domu ), nieco skrzywiony widelec i niewielkie uszkodzenia na siodełku i kasku; przy samochodzie renault megane – przednia szyba, lusterko i mini wgniecenie na masce z przodu.

Samochód się naprawi  ale babka   przekonała się, ze mężczyźni jeszcze na nią lecą. W moim przypadku to zdarzenie, na dłuższy czas jeszcze bardziej ograniczyło moje zaufanie do kierowców.

Mam nadzieję, że następnego suplementu nie będę musiał pisać przez długi czas.

Krzysztof Miniewicz

Facebook