Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Trzebnica-Wietrznica '07 czyli pierwsze „Żądło Szerszenia” wbite.
24 września 2007
Baza podjazdów górskich cd.
29 września 2007

Marek Majewski

Po dość dobrze przejechanym Klasyku Kłodzkim przyszła pora na Mistrzostwa Polski i mistrzowski dystans 453km.

Startuję w drugiej grupie, której celem było postraszenie ludzi walczących o tytuł Mistrza Polski startujących pięć minut przed nami. Startuje nas 15 osób, ale po pierwszych 20km zostaje nas już 9 osób, z których 8 daje zmiany a jedna ciągle mówi, że nie ma sił i wiezie się przez 301km dając w tym czasie kilka zmian! Jedziemy sobie tą dziewiątką spokojnym tempem przez Drawno, Kalisz Pomorski, Drawno Pomorskie, gdzie był pierwszy bufet na którym się nie zatrzymywaliśmy i dalej przez Złocieniec, Czaplinek, Borne Sulinowo do Szczecinka. Na tym odcinku, czyli na pierwszych 144km kilkakrotnie jechaliśmy w deszczu, ale doszliśmy do wniosku, że lepiej gdy pada z góry niż z „dołu” (z wody stojącej na ulicach).

Tuż przed Szczecinkiem odpada Sławek i w ósemkę dojeżdżamy do bufetu. Zatrzymujemy się, jemy uzupełniamy braki w bidonach. Dowiadujemy się, że grupa startująca przed nami ma ciągle przewagę taką jak na starcie czyli 5 minut! Tuż przed naszym odjazdem z bufetu na bufet dojeżdża Sławek, ale zostaje tam i dalej jedziemy w ośmiu. Po kilku kilometrach od bufetu daję swoją ostatnią zmianę i odpuszczam, bo tempo jest dla mnie za mocne i za bardzo szarpane, a ja tego nie lubię!

Znów zaczynam samotną jazdę, podobnie jak na Klasyku! Po odpuszczeniu swojej grupy startowej patrzę na licznik: przejechane 150km ze średnią 36,5km/h!!! Jadę dalej przez Barwice, Połczyn Zdrój do Łobza! Zatrzymuję się na bufecie zabieram prowiant na ostatnie 60km dużej pętli. Wyjazd z Łobza i zaczynają się hopki znane mi z czerwcowego maratonu w tej właśnie miejscowości, ale wtedy było w drugą stronę!

Wolno wjeżdżam na każdą z nich i dalej jadę przed siebie na Choszczno mijając Ińsko i Recz. Duża pętla(301km) przejechana została przeze mnie w 9h 40minut, czyli poprawiłem swój czas sprzed 2 lat o prawie 2 minuty! Biorę czołówkę, batoniki i ruszam na krótszą pętle z informacją, że 7minut przede mną jedzie Daniel. Wyjeżdżam z Choszczna troszkę pokropiło. Wyszła tęcza! Zbliża się zachód słońca, który razem z tęczą dawał najpiękniejszy widok na trasie maratonu!

Przed Drawnem zaczyna padać. Chowam okulary, bo przez deszcz nie wiele w nich widać. Padał, a momentami lało do Kalisza Pomorskiego, gdzie po skręcie w lewo na Drawsko trzeba było pokonać największa górę (max. nachylenie to 7%) na trasie maratonu! Coraz bliżej do Drawska, a ja jadę ciągle sam już około 200 kilometrów. Dojeżdżam do Drawska Pomorskiego. Postój na bufecie i uzupełnianie wszelkich braków. Teraz moja strata do Daniela wynosi już 5 minut!

Jadąc takim tempem to nie dojadę go do mety! Jadę teraz do Łobza. Przy wyjeździe z Drawska mijam kilka hopek i zaczyna się płasko lub lekko w dół do kolejnego bufetu. Włączam czołówkę, bo jest ciemno, tylne światełko włączyłem już na bufecie. Łobez i przymusowy postój na przejeździe! Szansa dogonienia Daniela coraz bardziej się oddala, gdyż ten postój kosztował mnie 3 minuty, a do Drawska odrobiłem tylko 2. Bufet w Łobzie biorę wodę do bidonu, banana i batonika. Dowiaduję się, że jestem teraz czwarty z kategorii, który przyjechał na bufet w Łobzie po raz drugi, a do Daniela mam 6 minut straty.

Zaczynam swoją pogoń, bo chcę być na pudle w kategorii na Mistrzostwach Polski. Hopki wyjazdowe z Łobza pokonuję szybko. Mam jeden cel dogonić Daniela. Po kilku kilometrach widzę przed sobą mrugającą czerwoną lampkę! To chyba on. Jadę dalej szaleńczym tempem jak na nocną porę i dojeżdżam do tego zawodnika – to Daniel. Cel osiągnięty.

Coraz większa szansa na pudło w kategorii. Po 250 kilometrach znów jadę z kimś!!! Jedziemy spokojnie, rozmawiamy i odliczamy kolejne kilometry, których brakuje nam do mety. Przejeżdżamy przez Ińsko i Recz, zostało nam tylko Choszczno z upragnioną metą. Z tyłu pojawiają się białe lampki, ktoś nas dojeżdża. Dojechała nas grupka startująca o 8:10, robię szybki wywiad i dowiaduję się, że jest wśród nich zawodnik z mojej kategorii! Koniec marzeń o pudle na MP, bo nie ma najmniejszych szans odrobić 5 minut na 6 kilometrach.

Wjeżdżamy do Choszczna. Pada propozycja, aby zafiniszować! Najstarszy z naszej już sześcioosobowej grupki – Tadeusz od razu ucieka i robi 50m przewagi. Nie ma chętnych, aby go gonić, ale on albo słabnie albo na nas czeka. Dojeżdżamy go jakieś 200metrów przed rondem. Chłopacy zaczynają podkręcać tempo. Przed rondem podejmuję decyzję, że przejadę je pod prąd, gdyż nie widziałem żadnego samochodu w rejonie! Wyjeżdżam z ronda już na drugiej pozycji choć przed wjazdem byłem ostatni. Zaczynam swój finałowy sprint na podjeździe do kościoła na przeciwko, którego jest usytuowana meta, a tuż przed nią nawrót o prawie 180 stopni. Po wyjściu z ronda jadąc 35km/h zaczynam spadać na coraz dalsze pozycje. Zrzucam dwa ząbki w dół i wstaję, by było łatwiej to rozkręcić. Przyniosło to efekt. Gdy rozkręciłem do ponad 40km/h (w niedzielny poranek dowiedziałem się, że zwycięzca Maratonu i MP – Andrzej jechał z podobną prędkością na tym podjeździe) byłem pierwszy z kilkoma metrami przewagi nad resztą.

Podsumowując ten Maraton zaliczę go do udanych choć byłem dopiero 4-ty w kategorii i 16 w OPEN! To jednak daję na dalszy plan, gdyż udało mi się przejechać 453 kilometry bez żadnych problemów zdrowotnych w czasie 15 godzin i 42 minuty, a w dodatku jechałem przez 250km samotnie!

Facebook