Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Jeziorak Tour – już za chwileczkę, już za momencik
29 sierpnia 2009
Polańczyk – zmiana terminu dokonywania wpłat
7 września 2009

Jacopo Guarnieri, 21 lat, wygrał trzeci etap Tour de Pologne. Edvald Boasson Hagen, 22 lata, wygrał czwarty etap naszego narodowego wyścigu. Jako nieznani dwudziestolatkowie na polskich szosach pierwsze w zawodowej karierze zwycięstwa odnosili Alberto Contador i Mark Cavendish.

Retrospekcja 1. 14 września 2003, ostatni etap Tour de Pologne na górze Orlinek w Karpaczu. Alberto Contador na 19-kilometrowym odcinku uzyskuje 19 s przewagi nad Cezarym Zamaną, który triumfuje w klasyfikacji generalnej. Cichy Hiszpan, perełka ekipy Once, rok potem będzie walczył o życie po makabrycznej kraksie w wyścigu Dookoła Asturii. Powróci na początku 2005 roku i wygra cztery swoje kolejne wielkie toury, w tym dwukrotnie Wielką Pętlę. Jest najlepszym kolarzem świata.

Retrospekcja 2. 29 czerwca 2006, trzeci etap Wyścigu Solidarności i Olimpijczyków. Po ponad 150 km trasy z Pionek, w Kielcach najszybciej z peletonu finiszuje Mark Cavendish, wyprzedzając Krzysztofa Jeżowskiego, do dziś najlepszego polskiego sprintera. Popularny Cav’ właśnie przeniósł się z toru na szosę, a jeszcze niedawno pracował w banku. Pierwsze w karierze zwycięstwo dało mu pewność siebie. Wkrótce związał się z ekipą T-Mobile, która po przekształceniach dziś nazywa się Columbia-HTC. Od 2006 roku wygrał w jej barwach 47 wyścigów. Jest najlepszym sprinterem świata.

Wtorek i środa w tegorocznym Tour de Pologne: Jacopo Guarnieri manewruje o długość roweru weteranów sprintu, odnosząc pierwsze zwycięstwo w karierze i dając Włochom powód do ogłoszenia go następcą Alessandra Petacchiego. Dzień potem w Rzeszowie własnego lidera wyprzedza na finiszu Edvald Boasson Hagen.

Narty? Nie, dziękuję
W czasie ostatniego Giro d’Italia Jarno Trulli, kierowca Formuły 1 i wielki przyjaciel kolarstwa, a także oskarżonego dziś o doping Danila Di Luki, oglądając popisy młodych kolarzy, przyznał: – W kolarstwie talent robi różnicę.

Ósmy etap „różowego wyścigu” wygrał Boasson Hagen. Po ucieczce okazał się najlepszy w sprincie. Wiosną w klasyku Gandawa-Wevelgem tak samo pokonał na finiszu współtowarzysza ataku. Tymi dwoma triumfami wszedł do wielkiego kolarstwa. W Tour de Pologne potwierdził klasę, tym razem w klasycznym sprincie peletonu.

Pośród wielu perełek sprinterskich w ekipie Columbia: od Cavendisha, przez Marka Renshawa, do André Greipela, Norweg zdaje się mieć przed sobą największą przyszłość. Bo Cavendish może już tylko bić ustanawiane przez siebie rekordy (sześć triumfów sprintera w jednym Tour de France).

I Boasson Hagen jest w obecności Cavendisha jego pomocnikiem, który na finiszu zatrzymuje wiatr, uchylając się na kilkaset metrów przed „kreską”. Gdy zadziała na własną rekę jednak potwierdza, że sam jest mocny. – Nie znam swoich granic, ale z Markiem bym nie wygrał – mówi mieszkaniec Oslo.

Po triumfie w Ravennie w maju powiedział, że od deszczu woli słońce, choć zarówno w Wevelgem, jak i w Giro d’Italia triumfował w nieprzyjemnych dla kolarza warunkach atmosferycznych. Nie lubi zimna? A mógł przecież zawodowo strzelać z karabinu na śniegu albo skakać na nartach. Cudownym zrządzeniem losu został jednak kolarzem.

Mama Signe dała mu nazwisko Boasson, drugi człon odziedziczył po ojcu Odd-Eriku. Urodził się 17 maja 1987 roku w Lillehammer. Siedem lat potem śledził tam zimowe igrzyska olimpijskie. Zainspirowali go jednak nie bohaterowie narodowi w śnieżnych sportach, a jeżdżący na rowerze górskim brat Stian.

Kolarstwo w Norwegii ma wbrew pozorom wielkie postaci w swojej galerii. W 1894 roku mistrzem świata w torowym wyścigu na 100 km za motorem został Wilhelm Henie, ojciec Sonji, najsłynniejszej łyżwiarki figurowej wszech czasów, trzykrotnej mistrzyni olimpijskiej.

Mówi o Boassonie Hagenie Michael Rogers, kolega z Columbii: – To drugi Merckx. Allan Peiper, dyrektor sportowy Columbii: – On nie ma granic. Valerio Piva, były profesjonalista: – Za kilka lat może wygrać Giro.

Ta ostatnia opinia jest słuszna, jeśli weźmiemy pod uwagę to, że Boasson Hagen potrafi jeździć na czas. Pokonał już w tym roku partnerów z zespołu: mistrza świata Berta Grabscha i kolejnego obiecującego młodziana, Tony’ego Martina, który też pokazał się w zeszłym roku w Tour de Pologne.

Jacopo-jet
Uwaga na tego chłopaka – mówili Włosi po otwierającym sezon wyścigu o Wielką Nagrodę Donoratico. „Tradycyjnie” wygrał ją Alessandro Petacchi, najbardziej utytułowany z wciąż aktywnych sprinterów, ale tuż za nim uplasował się Guarnieri. Ma 21 lat i przypomina popularnego Ale-jeta nie tylko w czasie walki na ostatnich metrach, ale też z twarzy.

Jeszcze do poprzedniego sezonu Guarnieri, neoprofesjonalista z położonego w prowincji Mediolan miasteczka Vizzolo Predabissi, ścigał się razem z Maciejem Paterskim w grupie Marchiol, „zapleczu” protourowego Liquigas. – Nigdy nie wiedziałem ile tych zwycięstw mam w sezonie, ale zawsze było coś koło piętnastu – mówi.

Zna swoje miejsce w szyku i wie, że sprinter nie może być zdany tylko na siebie. – Dziękuję szczególnie trzem „desperados”: Bodnarowi, Quinziato i Ossowi – powiedział po triumfie w Lublinie, kiedy wyprzedził „wyjadaczy”: Allana Davisa, Greipela i Danila Napolitano.

Sam za ulubionego kolarza wybiera Daniela Bennatiego, kolegę z ekipy, którego z racji problemów zdrowotnych tegoż niejako zastępuje na finiszu. – On nie jest klasycznym sprinterem. Podoba mi się też Freire. Różnię się od nich: chyba jestem szybszy, ale nie dorównuję im na wzniesieniach – tłumaczy.

Oprócz Marka Pantaniego i Maria Cipolliniego, których podziwiał w dzieciństwie, prawdziwym idolem Guarnieriego, jako byłego(?) torowca (mistrz Europy juniorów 2004), jest jednak Bruno Risi. – Od dziecka oglądałem Sześć Dni Fiorenzueoli – mówi o nieznanych w Polsce imprezach toczonych wieczorami na kolarskich torach. – W tym roku mogłem się z nim spotkać i to była dla mnie wielka satysfakcja – wyjaśnia.

W kwietniu zakochał się w klasyku Paryż-Roubaix, którego nie ukończył. – To wyścig moich marzeń. Żaden inny nie ma takiego uroku – opowiada. Marzył o wielkiej karierze, gdy mając sześć lat zaczynał jeździć na rowerze w klubie Cremonese. Kiedyś z bratem śnił też o perkusji, pogrywając sobie na bębenkach. Wszelkie ambicje jednak, również te uniwersyteckie, pokonała miłość do kolarstwa.

Krzysztof Straszak

Źródło: Sportowefakty.pl.

Facebook