Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Zaproszenie na obóz kondycyjny na Majorce.
3 lutego 2006
Na ogórek gotowi, jazda!!!
26 lutego 2006

Rafał Stec

2006-02-17, ostatnia aktualizacja 2006-02-17 10:51

Brzydzisz się dopingiem? Czujesz niesmak, że znowu jakiś sportowiec wpadł? To hipokryzja. Ty prawdopodobnie też bierzesz. Wszyscy bierzemy. I będziemy brać jeszcze więcej

Oszukiwanie natury to najpopularniejszy sport naszych czasów. Zwłaszcza w świecie nowoczesnym – najedzonym, bogatym, uchodzącym za cywilizowany. Robert Śmigielski, szef polskiej misji medycznej na igrzyskach w Turynie, postawił może wstrząsającą, ale na pewno brawurową tezę, że niedozwoloną farmakologią faszerują się wszyscy sportowcy, których na to stać, a jeśli Polacy nie biorą, to tylko z braku pieniędzy. Świetnego alpejczyka Bode Millera Śmigielski oskarżył niemal wprost.

Śmigielski buduje wizję kompletną, ale jednak czegoś w niej brakuje. Rzecz nie kończy się bowiem na sporcie. Może wręcz sportowcy szprycują się najmniej. Telewizyjne spoty, billboardy, kolorowe pisemka i książkowe poradniki nie pozostawiają przecież złudzeń – trzeba łykać pastylki, pochłaniać witaminowe bomby, aplikować sobie kolejne preparaty, by poprawić koncentrację, pamięć, metabolizm, samopoczucie, dłużej pracować, zwiększyć swoją wydajność i witalność, podnieść samoocenę.

Student musi wchłaniać wiedzę skuteczniej niż inni, marzący o karierze w korporacji – działać na pełnych obrotach przez całą dobę, kandydatka na modelkę – wymienić biust, pośladki i usta, nadpobudliwy dzieciak – dać się nafaszerować ritalinem, szczęśliwy człowiek w podłym nastroju – upewnić się u lekarza, czy nie zażyć prozacu.

Nagle się okazuje, że połowa ludzkości cierpi na depresję. Lista chorób, które trzeba leczyć, się wydłuża. Lista powodów, dla których trzeba eksperymentować na organizmie, szukać granic jego możliwości – również. A przecież neurofarmakologia się rozwija, wkrótce psychotropy nie będą wywoływać skutków ubocznych, dzięki czemu flegmatycy się ożywią, cholerycy wyluzują, nieśmiali odezwą podniesionym tonem, a smutasy rozpogodzą.

Życie bez pigułki nie istnieje. Reklamowy hałas, od którego nie sposób uciec, nieustannie wmawia nam, że bez niej życie będzie gorsze, niepełne, nie nadążymy, przegramy na starcie. Wierzymy w jej magiczną moc.

Nie wzywam do legalizowania dopingu. Nie wiem, czy należy walczyć z nim jak dotąd, czy jeszcze zwiększyć nakłady na ściganie nieuczciwych i uzbrajać coraz liczniejsze policyjne komanda. Przypuszczam tylko, że sportowcowi coraz trudniej obronić się przed medialną nawałnicą, totalną, wielokanałową kampanią dowodzącą, że bez wspomagania niczego się nie osiągnie.

W tym zgiełku słabnie fundamentalny argument, że doping to oszustwo. Powszechność przewinienia zobojętnia, przecież jeśli cały świat ściąga z internetu piracką muzykę, to nikt nie nazwie siebie złodziejem.

Młody, ambitny sportowiec staje przed tragiczną alternatywą: albo weźmie i będzie wylewał siódme poty na rowerze z nadzieją na triumf w Tour de France, albo nie weźmie i będzie pedałował amatorsko. Czasem zresztą to dylemat fałszywy, przecież w dyscyplinach, w których prócz siły, wytrzymałości i koncentracji liczy się technika i talent, boscy pomazańcy mogą wygrywać bez dopalacza. Sęk w tym, że niewielu w to wierzy. I będzie ich ubywać. To logiczne. Jeśli bez doładowania nie ma sukcesów w normalnym życiu, to tym bardziej w profesjonalnym sporcie.

Czy junior, słysząc, że biorą wszyscy, długo zmaga się z wątpliwościami? Czy jeśli różnica między specyfikiem dozwolonym a zakazanym jest subtelna, jeśli sprowadza się głównie do obecności jednego i nieobecności drugiego na czarnej liście, to moralny niepokój kogokolwiek powstrzyma? Jak wielu zawodników, także olimpijczyków, nie odczuwa go wcale, w głębi duszy dopingu nie potępiając? O równości szans szkoda nawet wspominać w czasach, gdy niektórzy dysponują kosmicznymi laboratoriami i wyrafinowanymi miksturami, dziś jeszcze legalnymi (jutro mogą trafić na indeks), a inni biegają po lesie, opychając się witaminami i rezygnując z frytek.

Doping jest zły, ale oburzone miny, gdy ktoś zostaje nakryty, to hipokryzja. Od dawna raczej współczuję pechowcom, którzy wpadli. Skomercjalizowany do cna sport nie zostawia wyboru, sponsor nie będzie pochylał się nad zdolnym wrażliwcem pogrążonym w etycznych rozterkach. Znajdzie równie utalentowanego cynika bez skrupułów. Do dziś nie wiadomo, ile było plotki, a ile prawdy w głośnych spekulacjach, że firma Nike wymusiła występ w finale mundialu na Ronaldo, który pół dnia wymiotował. Ale hegemonię bezwzględnego biznesu ta historia dobrze ilustruje.

Argumentem, który każe doping zwalczać, jest zdrowie zawodników. Każde ograniczenie może ocalić czyjeś życie, zwłaszcza że badania wykazały, iż wielu sportowców jest gotowych umrzeć kilka lat wcześniej, byle wdrapać się na olimpijskie podium.

Hasła o ratowaniu zdrowia też jednak czasem brzmią obłudnie, bo podczas gdy wypalenie jointa jest przestępstwem, to schlewanie się do bełkotliwej nieprzytomności – narodowym sportem. Ale generalnie ideą demokracji jest, by do pewnego stopnia chronić obywatela przed nim samym. Skoro tak, to czy nie wypada najpierw zająć się zalegającymi kioski pisemkami, które jawnie zachęcają do zażywania sterydów dostępnych legalnie na receptę?

Powtórzę – jest mi żal tych, którzy wpadli, bo w pewnych dyscyplinach każdego, bez wyjątku, podejrzewam o doping. Ale sportowcom również trochę zazdroszczę. O nich dbają armie śledczych. My, zwykli ludzie, wobec multimedialnej inwazji farmakologicznych koncernów bywamy bezbronni.

WIĘCEJ NA TEMAT

Facebook