Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Kobieta mi to zrobiła!
4 września 2007
Generalka po Gorzowie
7 września 2007

Oskar Szproch

Trzeci, a mój drugi tour. Wystartowałem do niego z Ustrzyk Górnych, gdzie akurat byłem na wakacjach. 1000km do Świnoujścia zajęło mi tyle, że niektórzy pokonali by to szybciej na rowerze. Wypoczęty najedzony i podwójnie wyspany stanąłem na rampie promowej.

Plan był prosty. Dojechać zdrowym do Ustrzyk. Trochę narzekałem na ścięgno Achillesa, niby już nie bolało, ale profilaktycznie obniżyłem o 0,5 cm siodełko.

Punktualnie o 8 nastąpił start. Najpierw powoli „jak żółw ociężale” ruszyły dwie grupki kolarzy. Ja, ze względu na przepisy, miałem trzymać się w drugiej. Przynajmniej do Wolina. Za Wolinem rozgrzałem się gdzieś w czubie i nagle patrzę a tu nie ma już drugiej grupy.

Było nas ze dwadzieścia osób. Przypadkiem usłyszałem „że najważniejsze to nie ujechać się na starcie”. Tak rozmawiało dwóch sympatycznych panów ze Świnoujścia. „Najważniejsze żebyś w krytycznym momencie nie odpuścił koła” podpowiadał mi diabeł. Poszedłem za głosem kolarskiego rozsądku. Tych panów zobaczyłem dopiero na mecie. Przyjechali zdrowi i na pewno szczęśliwi. Ja w każdym razie póki mogłem to jechałem. Obejrzałem się jeszcze gdzieś na 70km.

Było nas już z 15 osób. Potem nie miałem czasu się oglądać, bo tempo poniżej 40 km/h nie spadało. Na podjazdach nawet trochę rosło. Bordoszewski, Jaśkiewicz, Geba, Kowal, Szyszka, Tracz, Chwistecki, Kamocki, Szproch. To tak było do 100km. Jeszcze tylko usłyszałem od Jurka: „Oskar trzymaj koło” i odpuściłem. Powód był prosty. Od kilku minut co mocniej przycisnąłem, czułem niepokojące stukanie w napędzie. Myślałem, że to źle wyregulowana przerzutka. Wolałem nie ryzykować jej utraty. Grupa odchodziła w tempie 7-10 km/h.

Już chwilę później zawrócił za mną kolarz z Drawska (Maciej?). Jechaliśmy razem do Kalisza Pomorskiego. Ostatecznie z grupą rozstałem się 3km dalej na punkcie w Łobezie. Na 143 km jakoś się dotoczyłem i postanowiłem sprawdzić o co chodzi z tym stukaniem. Przyczyna była prosta a jakże zakręcona – łańcuch. Prawie zerwany trzymał się na połówce połówki ogniwka. Odpiąłem jedno ogniwko i prowizorycznie skułem. Spinkę miałem dopiero w Bydgoszczy na 320km. Zapomniałem przełożyć z portfela do kieszonki. Tam musiałem dojechać, żeby coś lepszego z tym zrobić. Śmignął Daniel Śmieja.

Dogoniła mnie kilkuosobowa grupa. Wszyscy ci, którzy przyjechali na metę przede mną a za Krzyśkiem Kamockim. Postanowiłem zabrać się z nimi. A raczej za nimi, gdyż każde wyjście do przodu było zbyt ryzykowne. W każdej chwili spodziewałem się rozpięcia łańcucha ze wszystkimi konsekwencjami. Nie zmieniałem już przełożeń. Jechałem na single-speedzie 53/16. Pod górę źle i w dół też nie dobrze. Kadencja w przedziale 25-105. Teren dość pofalowany, więc rzadko kiedy w sensowym przedziale 70-90. Grupa to oddala się na 500m to muszę hamować, żeby nie wjechać.

Na następnym punkcie długo nie czekałem. Pojechałem przodem. „Pewnie i tak mnie dogonią” – pomyślałem. Przed Piłą dogoniłem Daniela. Źle nam (mi) się jechało, bo bez przerwy się mijaliśmy. Zmian nie damy dobrych, bo mamy różne tempa. Potem też nie pojedziemy razem, bo on jedzie non-stop a ja jem obiad w Bydgoszczy. Zatrzymałem się na poboczu, dałem mu z 10 minut, żeby nie dogonić przed Bydgoszczą, w której byłem o 19, wcześniej jeszcze błądząc kilkanaście minut, bo wjechałem do miasta, zamiast pojechać na obwodnicę. Zastanawiałem się, czy jechać dalej czy iść spać. Spać mi się nie chciało, jechać samemu w nocy też nie. Wszyscy za mną mają mniejsze tempo ode mnie i nie wiem czy wytrzymam tak wolną jazdę.

Przełamałem się i postanowiłem jechać. Po prysznicu i obiedzie poczekałem jeszcze na grupę, która zapowiadała się, że za pół godziny rusza i pojechałem z nimi. Moje obawy co do tempa potwierdziły się, więc siedziałem na zmianie cały czas, schodziłem tylko na krótkie chwile odpocząć oczy i przewietrzyć cztery literki, po czym jak tylko możliwe wracałem do przodu.

Co godzinę-półtorej robiliśmy krótkie (hehehe 20min.) odpoczynki. Widać było w tej grupie brak doświadczenia w długich jazdach. Głośne rozmowy, żarty, kawka itp. Ja w tym czasie przymykałem na 5 minut oczy i w ogóle potem nie chciało mi się spać. Tempo dla mnie było całkowicie rekreacyjne. Zresztą Polar potwierdzi. Tętno cały czas coś ze 105ud/min. Co ciekawe – w czasie jazdy często mniejsze niż na postojach. Prędkość w sam raz na okolice ostatniego miejsca. Średnia z jazdy chyba poniżej 25km/h.

Gdzieś około 1 w nocy grupa się podzieliła i już nie połączyła. Może to i dobrze, po co kogoś hamować. Robert został z tylu sam. Pozbierałem zwłoki Roberta z rowu i pojechaliśmy we dwóch powoli dalej. Chłopak zasypiał na rowerze tam gdzie ja zasypiałem w zeszłym roku. Nie wolno go było takiego zostawić samego. Godzinka drzemki w Łącku niewiele dała, tylko tyle, że w miarę normalnie dojechaliśmy do Gąbina, gdzie pospaliśmy jeszcze z godzinkę. Tam dogoniło nas rodzeństwo Chowańców z Lasu. Potem niewiele szybciej pojechaliśmy dalej. Za dnia było już nieco lepiej.

Ja trzymałem stałe tempo około 100-120W, a Robert dzielnie trzymał koło. Do Radomia ucięliśmy sobie jeszcze ze trzy krótkie drzemki. We Wsole w hotelu dostaliśmy od właściciela bardzo porządny obiad, posiedzieliśmy tam ze dwie godziny, tak było sympatycznie. Do Iłży zostało coś ze 40 km. Te kilometry zapamiętałem jako najgorsze 40 km w dziejach. Jechało mi się strasznie ciężko, cisnąłem ile wlezie a licznik pokazywał ciągle 25km/h i mniej. Przyczynę poznałem dopiero rano.

W Iłży nawet nie jadłem tylko wziąłem prysznic z zamiarem spania do rana. Po pierwsze primo nie chciało mi się jechać po nocy, po drugie primo nie miałem sprzętu do jazdy w nocy, który to zostawiłem na punkcie w Gąbinie. Po trzecie primo najważniejsze było to, że nie da się wykręcić dobrego czasu, jeśli w 24 godziny robi się 380km. No i wreszcie, że będę sobie jechał sam ma swoim rowerku w tempie jakie mi najbardziej pasuje, czyli tak jak lubię. No i jeszcze łańcuch, który od Sochaczewa znów zaczął mi się rozrywać. Musiałem jechać za dnia i do tego jeszcze powoli, żeby dojechać.

Chłopy ruszyli około północy czy drugiej, wszystko mi było jedno. Byli tak daleko, że nie miałem ich ochoty nawet w myślach ścigać. Chyba przed trzecią ruszył Saint z Jolką. Ja czekałem na wschód słońca. Zjadłem jeszcze żurek i wyruszyłem jakoś po w pół do szóstej. Zakręciłem jeszcze kołem żeby sprawdzić czy licznik działa. Koło zrobiło ćwierć obrotu i stanęło. Miałem zaciśnięte klocki hamulcowe na tylnym kole. Musiało to stać się w Wsole gdzie jakoś niedbale rower został potraktowany reklamą Tymbarka.

Parę jadącą przede mną dogoniłem szybko, bo już po dwóch godzinach we Włostowie na 760km. Spodobało mi się to, bo znaczy się że jechałem średnio dwa razy od nich szybciej. Do Kolbuszowej mimo dobrej pogody i świetnego samopoczucia jechałem nieco wkurzony i zirytowany. Co 30-40 km musiałem się zatrzymywać z kuć łańcuch. Miałem z Iłży dwa takie „małe, zgrabne kamyczki” specjalne zabrane. Razem ważyły pewnie ponad kilogram. Ale wolałem wozić niż szukać po drodze jakby łańcuch strzelił. I jeszcze do tego w Nowej Dębie nie było obsługi technicznej, które to twarze zawsze dodawały otuchy. Można powiedzieć, że przez to że ich nie było, prawie odechciało mi się jechać. W Kolbuszowej w końcu szlag mnie trafił i wymieniłem łańcuch na nowy. Przy okazji dowiedziałem się, że przede mną jakieś 40 minut jedzie kolarz, któremu wymieniali urwaną przerzutkę. Okazał się nim Jurek Ścibisz. Dogoniłem go w Rzeszowie jak wcinał zupkę. Pechowy chłopak. W zeszłym roku obojczyk w tym przerzutka. Pognałem dalej, bo nie miałem żadnych zakwasów, zmęczenia, nic nie miałem. Wszystkie górki z blata. Niebylec i Brzozów też. Dopiero w Zagórzu zmieniłem, ale dopiero na drugim zakręcie. W Lesku dopadłem Grześka Buraczyńskiego. Strasznie był zmęczony.

Dowiedziałem się, że 20 minut przede mną jest Andrzej Kubica. Postanowiłem go gonić. Zebrałem się tak szybko, że nie zdążyłem nawet podbić książeczki. Po raz pierwszy i ostatni w tym rajdzie kogoś goniłem. Doszedłem go w Ustrzykach Dolnych. Wlókł się powoli za Jurkiem Traczem, który już wypoczęty po niego wyjechał. Ten pościg kosztował mnie trochę sił, bo prędkość poniżej 30 nie spadała, a tam jest gdzie popodjeżdzać. Potem dostałem parę sms-ów i telefonów (również z nieco przedwczesnymi gratulacjami ;P), przez co Andrzej trochę odjechał. Ale dopadłem go jeszcze dwa razy. W Rabem na podjeździe oraz w Czarnej na podjeździe. Przecież jak już go dogoniłem, nie dam mu się teraz urwać. W Czarnej czekała na mnie żona i córka. Musiałem się na chwilę zatrzymać, uściskać. A potem to już ogień. Była 18 i była na to szansa, więc chciałem zdążyć na 19. Gnałem ile sił w nogach. Drogę znałem doskonale. Każdy kto tamtędy jechał wie z jakim utęsknieniem i nadzieją wyczekuje się tego zakrętu, za którym pojawi się znak „Ustrzyki Górne”. Udało mi się wpaść do hotelu przed 19. U mnie była co prawda 18:57, ale u innych 18:59. Krakowskim targiem stanęło na 18:58. Cóż za okrągła godzina. Czas 58:58. Lepszy jeszcze od niego byłby tylko 59:59. No i 33:33 oczywiście :D

A od czasu to lepsza jeszcze była poimagisowa impreza. Szkoda, że nie mogłem się dłużej pobawić. Za rok już nie biorę rodziny :D.

Nie zazdrościłem tym, którzy zmęczeni trzema dniami jazdy i zabawy musieli zmierzyć się jeszcze z jednym tysiącem, wracając do Świnoujścia czy Szczecina. I to z bagażem na plecach.

Statystyki, profil trasy, międzyczasy podam niebawem. Jeszcze z Polara nie zrzuciłem :D czas jazdy 36h10m

kilka liczb z Imagisu3

znalazlem chwilke czasu i przetworzylem dane z polara.
oto jak wygladal moj imagis w liczbach:
do bydgoszczy czas 11h spalone 8300 kcal HR srednie z jazdy 159 (max 193)
z bydgoszczy do iłży 24h spalone 9200 kcal HR srednie z jazdy 120 (max 164)
z iłży do ustrzyk 13h spalone 8400 kcal HR srednie z jazdy 146 (max 167)
razem spalone 25,9 Mcal ~ 3kg tłuszczu.
przytyłem 1kg staciłem 6cm obwodu w pasie.

a teraz pare szczegółów w temacie odpoczynków:

54km PK1 0h0m – pominiety PK
110km PK2 3m – woda, baton i ogień.
146km PK3 17m – skracanie i skuwanie łańcucha. Śmignął Śmieja.
193km PK4 6m – dogoniłem Daniela.
225km PK5 2m
246km 5m – siusianie, skuwanie i przepuszczenie Daniela, niech gna.
268km PK6 4m
318km PK7 1h:28m – obiad, prysznic, przygotowanie do nocy, itp.
339km 1m – grupa idzie siusiać
362km 20m – grupa chce kawę. jak baba.
394km 22m – to samo. same baby.
423km PK8 31m – tu dłużej, gorące kubki ale i ładne toalety. można podziałać coś więcej niż siusiu :D
442km 11m – Robert zdycha, trzeba go przespać.
461km 53m – tym razem nie dał się obudzić po 7 minutach. i to kilka razy. skończyło się na 50.
486km PK9 1h35m – tutaj nawet ja sie zdrzemnąłem z pół godzinki. no bo co tak będę stał jak słup.
531km 4m – siusianie. możliwe że pomyliłem z kolejnym odpoczynkiem.
537km 7m – czekam na wiadukcie w Sochaczewie. Robert prowadzi.
542km PK10 42m – Robert bierze prysznic, a ja gorący kubek. dogania nas rodzeństwo.
580km 23m – rodzeństwo poszło, ale przyszedł Saint. został.
597km PK11 31m – krótka (7m) drzemka, szybki wykład dla rodzeństwa na temat ekonomii jazdy. zostali. w bufecie ogórki kiszone ;P.
601km 3m – skuwanie
626km 8m – siusianie.
633km 12m – ostatnia taka drzemka Roberta. pod drzewem w sadzie.
643km PK12 1h:02 – super obiadek w super hotelu, nieoficjalny czwarty duży PK.
674km 2m – siusianie
685km PK13 10h:30m – prysznic, kolacja, sen, śniadanie. najfajniejsza część Imagisu.
741km PK14 0m – w locie.
792km PK15 0m – brak PK, tylko sms że już jestem.
795km 1m – skuwanie.
803km 3m – miałem zostawione żarcie w sklepie. w zamian za brak PK15.
806km 0m – skuwanie.
813km 13m – zmiana łańcucha. teraz ogień! (tj. około 70%HR max :D)
830km 1m – siusianie. ostatnia szansa przed Rzeszowem.
850km PK16 19m – gadka szmatka, fajnie jest, bo doszedłem Jurka.
877km PK17 13m – czekam żeby wiedzieć ile jestem szybszy od Jurka. Może pojedziemy razem. został.
934km PK18 4m – Minąłem Grześka Buraczyńskiego. Szybko, bo Andrzej Kubica jest 20min z przodu.
964km 4m – doszedłem Andrzeja. pogadałem chwilę z Jurkiem Traczem.
976km (PK19) 4m – PK19 w Żłobku nie było. za to w Czarnej czekała na mnie żona i córka.
1004km PK20 – meta.

PS. czas uśredniania ustawiony na 1min więc odpoczynki średnio o 1min były dłuższe.
zreszta roznie to wychodzi zaleznie od urzadzenia.
sigma pokazala czas jazdy 36h:10m a tu suma odpoczynkow wynosi prawie 21h czyli ze jechalem okolo 37,5h. godzine mozna zwalic na rzeczywiscie dluzsze srednio o minute odpoczynki, ale gdzie sie podziala prawie druga godzina ciezko powiedziec.

predkosc srednia z jazdy do bydgoszczy byla troche ponad 31km/h. w nocy okolo 25km/h. po smierci Roberta spadła do 20. od rana znowu okolo 25km/h a od iłży 27-28km/h
jakby ktos chcial xls’a z zapisem poszczególnych etapaów (odleglosci, predkosci, wysokosci, suma podjazdow, hr’y) to prosze o maila gdzie wyslac.

suma podjazdow wyniosla ponad 4000m. do bydgoszczy okolo 1100. w nocy i drugiego dnia (do iłży) 900. od iłży polar pokazał 2050. ale w rzeczywistości jest ciut więcej. wszystkie prawie górki brałem z blata a w bieszczadach (zresztą na pomorzu tez) jest dużo hopek krótkich i stromych. mogło je zle policzyc. na innych urządzeniach (VDO) pokazywalo odpowiednio bez mała 1500, 1000, 2500m przewyższen z suma podobno cos ponad 4500. Takie liczby podawał Andrzej Kubica.

Pozdrawiam.

Za Ludzie sportu

Facebook