Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
21.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Gryfland – grupy stratowe
12 maja 2011
Ważna informacja dotycząca grup startowych na Liczyrzepie
15 maja 2011

Prezentujemy kolejną - tym razem tandemu Monika (vel Jagoda) i Jarek (vel Kurier) - relację z Klasyka Radkowskiego. Przypominamy, że orgowie z Radkowa ogłosili konkurs 'Klasyk Radkowski i Ty' na najciekawiej opisane wrażenia po maratonie. Czekają sympatyczne nagrody, a także możliwość zapisania się w annałach klasykowej historii ;)

Dzień zapowiadał się cudownie. Pogoda którą sobie ,,zamówiłam” jak zwykle dopisywała i z okna dotarły do nas ciepłe promienie słoneczne.Jednak domek w którym nocowaliśmy w Polanicy Zdroju okazał się być zimną, drewnianą altanką, która nie zdołała ogrzać się w ostatnich dniach na tyle by zwykły człowiek będący typowym ,,ciepłolubem” mógł w niej swobodnie egzystować.

Pomimo, iż budzik bezlitośnie alarmował, że nadchodzi czas przygotowań i przerwania słodkiego lenistwa, obojgu z nas nie chciało się opuścić ciepłego schronienia jakim była kołdra i łóżko. Każde z nas liczyło na to, że wskazówki zegara cofną się z powrotem lub też nagle pojawi się fala ciepłego powietrza znikąd. Całe to poranne budzenie się spowodowało, iż dość późno wyjechaliśmy z Polanicy w kierunku Radkowa.

W powietrzu natychmiast zawisła nerwowa atmosfera gdyż oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że musimy poskładać rowery, przygotować je i znaleźć się we właściwym czasie na starcie. Walka z rowerami na parkingu trwała, mimo że do naszego startu pozostało zaledwie kilka minut. Szczytem więc naszej beztroski i ryzykanctwa było to, że na starcie pojawiliśmy się na dwie minuty przed tym jak nasza grupa miała ruszyć.

Udało się zatem, jednak uczucie pospiechu już na wstępie wybiło nas z rytmu. Grupa ruszyła. Po kilku minutach jazdy po płaskim odcinku i widokowo zachęcającej okolicy uspokoiliśmy się. Uśmiech pojawił się na twarzy a oddech na tyle uspokoił, iż zaczęliśmy rozmawiać w trakcie jazdy.

I o to właśnie chodziło, by nie robić z tego wyścigu a wręcz przeciwnie-cieszyć się malowniczym krajobrazem, przyjemnością kręcenia kolejnych kilometrów i serdeczną wymianą zdań na trasie między uczestnikami którzy się mijają.

Zaczęły się pierwsze podjazdy, krótkie ale ostrzejsze. Nie robiły na nas jednak większego wrażenia gdyż jako mieszkańcy Gór Świętokrzyskich wszelkie pagórki tego typu są przez nas spokojnie podejmowane. Moje Górki tak właśnie określam żartobliwie jako ,,pagórki” porównując góry w innych rejonach Polski. Ale i tutaj znajdziecie dłuższe i męczące podjazdy. Stanowią więc one doskonałą bazę treningową, gdyż tereny te nie należą do najbardziej wymagających, ale i zmęczyć odrobinę potrafią.

Prawdziwy podjazd zaczął się dopiero po skręcie na Karłów. Szybko zorientowałam się, że mimo, że mam silne mięśnie to przełożenia w moim nowym rowerze kupionym niespełna przed maratonem w Trzebnicy znacznie różnią się od tych, które mam w mojej starej treningowej bianchi, na której przemierzam od 4 lat szosę. Uprzednio zaś koło 7 lat nie schodziłam z roweru górskiego i szlaków leśnych, kamieni, konarów i szyszek. Odkąd jednak zetknęłam się z szosą, ukochałam tę dyscyplinę i zamierzam moich znajomych i innych ludzi zachęcać do tego.

Wracając do tematu, pomyślałam jadąc, że nici z młynkowania na podjazdach przez najbliższe pętle. Zaczęło się więc mozolne wciskanie nóg w pedała i ciężka praca. Nieoceniona jest dla mnie na trasie pomoc mojego Jarka Kędziorka, który zawsze psychicznie mnie buduje i stawia na nogi, gdy siły opadają. Tak na prawdę zarzuca swoje ambicje i szanse na dobry czas w maratonie dla mnie by stale towarzyszyć mi na trasie. I za to bardzo mu dziękuję.

Podziękowania ślę także dla organizatorów i wszelkich osób które opiekuję się nami na trasie za wielki trud i jednocześnie doskonalą organizację. Dzięki nim maratony są na prawdę na wysokim poziomie co też widać po liczbie uczestników, która stale rośnie z roku na rok.

Kiedy sforsowaliśmy mozolny podjazd było dla mnie jasnym, że teraz rozpocznie się nagroda w postaci cudownego zjazdu. Wszyscy jednak pamiętamy, ze zjazd ten był dość ciężki co było spowodowane nierównościami asfaltu. Mimo tego puściliśmy swobodnie rowery, gdyż w głowie wciąż słyszałam słowa Jarka powtarzane mi bym nie ,,paliła” hamulców i nie traciła czasu na zjazdach. Tak też zrobiłam i zdziwiłam się jak gładko poszło. Przydały się jednak techniczne umiejętności wyniesione z dawnej jazdy na góralu.

Kolejne kilometry były dla mnie czystym odpoczynkiem mimo, kilku dość łagodnych podjazdów. Na pierwszej pętli minęliśmy kilka osób co dało mi iskierkę zadowolenia, że nie jest ze mną tak źle mimo, ze nie mam kasety górskiej i szkoda, że dowiedziałam się dopiero po maratonie że takową mogę sobie sprawić żeby było łatwiej.

Widok Szczelińca zaparł dech w piersiach. Potem znów zaczął się mozolny podjazd na Karłów. Tutaj asfalt mile mnie zaskoczył i wiedziałam, że pójdzie gładko mimo, że podjazd ten szykuje się na dość dużym odcinku. Nie byłam jednak do końca z siebie zadowolona. Czułam, że to nie pełnia moich możliwości, ale twarde przełożenia skutecznie hamowały mój zapał. Postanowiłam więc wziąć górkę na spokojnie i zachwycać się pięknem Gór Stołowych. Przyjemność z jazdy- niesamowita.

Jeżdżąc w poprzednich maratonach na tandemie z Jarkiem nie często zdarzało mi się patrzeć w asfalt, gdyż pozbawiona możliwości kierowania rowerem, byłam tylko częścią siły napędowej. Korzystałam wtedy jak tylko mogłam z uroków krajobrazu robiąc zdjęcia lub po prostu chłonąc cudowne widoki. Ładowałam w ten sposób baterie na kolejne zwykłe dni.

Chciałam przy okazji nadmienić, że właśnie dlatego starowaliśmy uprzednio na tandemie, gdyż dawało nam to po prostu dużo radości. Bliskość drugiej osoby (w tym wypadku Jarka) i możliwość wymiany wrażeń w trakcie jazdy jest niezwykle przyjemna. A tandem daje właśnie takie możliwości. Zanim poznałam Jarka jeździłam ponad 7 lat o ile nie więcej solo. Wiec dlaczego nie spróbować teraz tandemem – pomyślałam?

Ech… cudowna sprawa.. powtarzam .

W tym roku jadąc solo znów odkrywam inne pozytywy. Także stale można czerpać z roweru wiele przyjemności. Przyjemnie bowiem było puścić rower samemu na zjeździe do Radkowa. Poczuć, że ma się wpływ i samemu wybiera prędkość i technikę zjazdu. To nieodzowne poczucie wolności i swobody jaką daje rower sprawia, że rower i ja i naturalnie Jarek zostaniemy razem na zawsze.

Wracając jednak do tematu wydaje mi się, że zatrzymałam się na drugiej pętli i rozpoczęłam luźne dywagacje o niczym :grin:

Tak też postanowiłam naturalnie pojechać na drugą pętlę, oczywiście w towarzystwie Jarka. Poszło nieźle. Miło wspominam postój na bufecie, na który pozwoliliśmy sobie na drugiej pętli. Miła pogawędka nie zachęcała mnie do dalszej jazdy zwłaszcza, że spotkaliśmy tam naszego przyjaciela z maratonu w Trzebnicy-Jana, który jest niebywale pogodą i pozytywną osobą. Więc dowcipom i uśmiechom nigdy nie ma końca. Ruszyliśmy jednak.

Wspomnę że na drugiej pętli dostała mi się pinezka i złapałam kapcia, gdzie ku mojemu zdziwieniu panowie ochoczo ruszyli z propozycjami pomocy ale miałam  już pomoc w osobie Jarka. Choć nie ukrywam, że normalnym jest dla mnie, że gdy łapię kapcia a jestem sama na trasie to także i sama zmieniam dętkę. Ale w tym wypadku skorzystałam z pomocy.

Posilona na bufecie poczułam przypływ energii i ruszyłam na trzecią pętlę.Tam jednak po jakimś czasie i moje siły wyczerpały się. Przyszedł chwilowy kryzys a i ból czasami dał się we znaki w kolanie. Znów chwyciła mnie złość, że nie ułatwiłam sobie życia zmieniając kasetę na górską ufna w siłę moich mięśni. Przed oczami dodatkowo pojawił się obraz tego co dzieje się w kolanie przy zbytnich przeciążeniach. Ot i skrzywienie zawodowe. W mojej pracy-rehabilitanta-stale w głowie siedzi anatomia i fizjologia co skutecznie stara się wyplenić z mej głowy Jarek, śmiejąc się że bez bólu nie ma przyjemności. I cała rozmowa kobiety z mężczyzną.

Ale jedno jest pewne. Psychika ogromnie wpływa na całokształt odczuć. Jak tylko przestałam użalać się nad sobą ból minął i swobodnie dotarłam do mety ogromnie szczęśliwa.

A tam już tylko same przyjemności. Miłe pogawędki w towarzystwie Irenki Kosińskiej i innych Wielkich kolarzy, pyszne jedzonko i niewątpliwie urokliwe widoki Radkowa.  Wspólnie więc chcielibyśmy podziękować jeszcze raz wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że znajdujemy sens w tym by przemierzać trasę z Kielc do Radkowa i cieszyć się „rowerowaniem” naturalnie w myśl zasady, że to tylko zabawa i życzymy sobie i innym jeszcze więcej kilometrów i klasyków radkowskich.

By Jagoda i Jarek

Zdjęcia pochodzą z galerii Krysi ‚kreskasal’ Saladry.

Więcej informacji o konkursie ‚Klasyk Radkowski i Ty’ na naszym forum. Zapraszamy do udziału i dzielenia się wrażeniami po maratonie!

Facebook