Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Imagis zdjęcia
4 września 2007
III Imagis Tour. Wystartowałem do niego z Ustrzyk Górnych.
7 września 2007

Supermaraton „Klasyk Kłodzki” Zieleniec, 27-29 lipca 2007 r.

Krzysztof Wiktorowski (wiki) – nr 88

Sezon bez startu w maratonie Klasyk Kłodzki jest sezonem straconym. W myśl tej zasady, po raz kolejny postanawiam pokonać pełną trasę tej imprezy. Bazę tegorocznego maratonu organizatorzy zorganizowali w Zieleńcu. Dla mnie wiąże się to z koniecznością dojazdu rowerem z dworca PKP Kudowa Zdrój. Tuż za miastem droga wznosi się łagodnie wzdłuż płynącego doliną potoku, później jest już ostro w górę. No cóż nie ma co narzekać, sam tego chciałem. Zawsze uważałem, że meta górskiego maratonu w miejscowości położonej w dolinie nie bardzo przystoi do całości trasy KK. Chociaż ciąży mi duży plecak spokojnie i bez pośpiechu docieram na miejsce. Po drodze mijam wielu trenujących uczestników KK. Niektórzy przybyli tu już kilka dni wcześniej.

Melduję swe przybycie w bazie. Znajduję nocleg w pobliskim schronisku PTTK „Orlica”. Gdyby nie bikerzy (oprócz maratończyków są tu jeszcze zjazdowcy) obszerna, przygotowana dla miłośników białego szaleństwa baza noclegowa byłaby zupełnie pusta. Gdzie te czasy, gdy w takim jak to schronisku kotłowali się turyści pokonujący szlaki turystyczne z pełnymi plecakami. W czasie mojego tu pobytu nie spotkałem nawet jednego. Jak przystało na „martwy sezon”, ceny noclegów całkiem przystępne – od 15-20 zł w schronisku, po „promocyjną” kwotę 50 zł w bazie maratonu.

Wkrótce czeka mnie niemiła niespodzianka. Dowiaduję się, że najbliższy sklep znajduje się w widocznych poniżej Dusznikach. Można tam dotrzeć samochodem w kilkanaście minut, tylko trzeba mieć samochód. Na zjazd do Dusznik i powtórny podjazd nie mam ochoty. Tu na miejscu sklep nie jest potrzebny, ani miejscowej ludności (czy taka jeszcze istnieje?), ani spędzającym całe dnie na stoku narciarzom. Turyści pieszy – jak już wspomniałem – należą już do gatunku wymarłego. Zamiast sklepów jest co najmniej kilkanaście różnego rodzaju knajpek, jadłodajni, barów i podobnych przybytków. Na śniadanie, kolacje i kanapkę na maraton musi wystarczyć (i wystarcza) pół chleba wrzucone tak „na wszelki wypadek” do plecaka.

Pobudka, śniadanie, krótka rozgrzewka. Kilkanaście minut przede mną startuje Krzysiek Kamocki (tym razem, oczywiście, nie spotkamy się już na trasie). Dwie minuty z tyłu grupa w której jest Gregory i Wigor. Z pięciu osób startujących razem ze mną nie znam osobiście nikogo, nic nie mówią mi też ich nazwiska. W pamięci zapada gość w opływowym sprinterskim kasku.

Po starcie ruszam szybko do przodu. Kilka kilometrów, aż do przebudowywanego mostu, cała grupka pokonuje w komplecie. Dalej podążam w towarzystwie dwóch zawodników z mojej przypadkowo utworzonej grupki startowej: Artura Zaborskiego (85) i Kamila Chwisteckiego (86). Przez cały czas będziemy się spotykali, mijali, by całą trasę maratonu ukończyć w zaledwie kilkunastominutowych odstępach. Jak na razie, panuje kolarska laba. Wypoczęty organizm, ostre zjazdy, lekkie podjazdy i wiaterek w plecy. Pierwsze osoby nadjeżdżające z tyłu i pierwsze mijane z wcześniej startujących grup. Przy zjeździe przez Starą Bystrzycę przekraczam dozwoloną prędkość – już tradycyjnie – niemal dwukrotnie.

Wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Przejazd przez Nową Bystrzycę drogą w kierunku pierwszej przełęczy. Tu wszystko zaczyna się „tasować”. Początkowy podział na grupy startowe staje się nieaktualny. Pierwszy poważny podjazd weryfikuje możliwości każdego ze startujących zawodników. Miajm i jestem mijany. Nadjeżdżają silniejsi zawodnicy startujący kilka, kilkanaście minut później. Pojawia się Gregory i Wigor – chwila musi wystarczyć na krótką rozmowę, zaraz mkną do przodu i znikają za pierwszym zakrętem. Wyprzedzam coraz więcej osób, które wystartowały przede mną. Gdzieś w połowie podjazdu jest niezmordowany Jan Ambroziak i niepełnosprawny walczący z pochyłością w pojeździe napędzanym mięśniami rąk. Pomimo tego, że staram się nie wyróżniać wśród uczestników, jakiś gość rozpoznaje we mnie „faceta we flanelowej koszuli”.

Zjazd w kierunku Gniewoszowa to prawdziwa przyjemność. Byle tylko rozsądnie wybrać pomiędzy bezpieczeństwem, a przyjemnością płynącą z wyjątkowo szybkiego zjazdu (bez problemu przekraczam 60 km/godz.). Dość szczęśliwie dwa autokary zajmujące niemal cała jezdnię spotykam dopiero na ostatnim prostym odcinku zjazdu. Punkt żywnościowy – chwytam batona, banana i bez krótkiego nawet postoju ruszam dalej. Odcinek spokojnej jazdy przez Bystrzycę Kłodzką. Rozpoczyna się, początkowo niepozorny, podjazd przez Idzików. Już wiem, że wkrótce zacznie się najtrudniejszy odcinek wjazdu na przełęcz Puchaczówka. Szybkość powoli spada 15, 12, 9 km/godz.. Pamiętam (i to dodaje mi sił), że najtrudniejszy podjazd skończy się kilkaset metrów za ostatnimi zabudowaniami. Dalej serpentyny sprawiają, że nachylenie trasy jest już mniejsze.

Puchaczówka zdobyta. Zawsze jest tak, że po każdym podjeździe musi być i zjazd. Ten ze szczytu przełęczy i był przed dwoma laty szczególnie przyjemny. Przed stanem nawierzchni ostrzega nas jakiś turysta. Rzeczywiście na każdym zakręcie błoto, piasek i szuter wyrzucone przez koła skracających zakręty samochodów. Dopiero na ostatnim prostym odcinku, w kierunku widocznych w dole zabudowań, rozpędzam się do rekordowej tego dnia prędkości 67,7 km/godz.

Mijam kolejne kłodzkie miasteczka: Stronie Śląskie i Lądek Zdrój. Dalej na drodze do Złotego Stoku kolejna przełęcz – Przełęcz Jaworowa. Powoli i mozolnie w kilkuosobowym towarzystwie pokonuję kolejne odcinki podjazdu i kolejne zakręty. Na jednym z takich zakrętów mija mnie młoda dziewczyna. Głośno i żałośnie krzyczę: NO NIE!!!, KOBIETA MNIE WYPRZEDZIŁA. Na nic więcej mnie dzisiaj nie stać. Ambicja nie byłaby najlepszym doradcą w momencie gdy do pokonania pozostaje jeszcze 5 przełęczy i większa część dystansu.

Za Złotym Stokiem rozpoczyna się najnudniejsza część trasy. Płaskie, proste odcinki dogi pomiędzy polami, niezbyt interesujący krajobraz i asfalt bez większych dziur ale pozostawiający wiele do życzenia, co do swojej równości.

Gdzieś za Mąkolnem na nierównym asfalcie zaczyna dobijać tylne koło. Potwierdzają się moje najgorsze obawy – tak musiało się skończyć. Z napompowanego tuż przed startem koła przez cały czas uchodziło powietrze. Niechętnie zatrzymuję się, wymieniam dętkę, a z opony wyciągam niewielki kolec. W ciągu kilku minut mija mnie kilkanaście osób. Są i dobre strony tego nieplanowanego przystanku. Nietypowa dla kolarza pozycja sprawia, że twardniejące już łydki rozluźniają się. Niebezpieczeństwo skurczów zostaje oddalone o kilkadziesiąt kilometrów.

Teraz na trasie kolejna przeszkoda, długi podjazd na przełęcz Łaszczową. Wśród jadących zawodników krążą plotki, że gdzieś za przełęczą znajduje się punkt żywieniowy. Powoli zaczyna przecież brakować picia, coś do zjedzenia też by się przydało. Ciężki podjazd i duża niespodzianka. Bufet znajduje się już w najwyższym punkcie przełęczy. Zatrzymuję się, jest tu już kilkunastu uczestników KK. Na początek chciwie chwytam kawałek arbuza i łapczywie zanurzam w nim zęby. Niby w bidonie została jeszcze resztka płynu ale przez ostatnie kilometry piłem dość oszczędnie. Szybko zjadam batony, pomarańcze, równie dużo wrzucam do sakwy, uzupełniam płyny w bidonach. Ruszam dalej. Odpoczynek będzie podczas zjazdu, konsumpcja pobranych „zapasów” na dalszej trasie.

Kilkaset metrów zjazdu. Pomimo nierównego asfaltu jedzie się wyjątkowo lekko i przyjemnie. Zastanawiam się przez chwilę dlaczego. Czuję, że coś jest nie tak. Sięgam w stronę głowy. Pustka!!! Jeszcze raz sięgam. Gwałtowne hamowanie. Przyjemne uczucie towarzyszące jeździe, to brak kasku ściskającego głowę od kilku godzin. Mam szczęście. Od przełęczy dzieli mnie zaledwie 200 metrów. Niechętnie wracam na górę. Dobrze, że szefowa maratonu tego nie widziała. O konsekwencjach jazdy bez kasku (określonych w regulaminie) przekonało się kilka osób podczas ubiegłorocznej edycji KK. Jak by co, to bez kasku pojechałem tylko „za potrzebą” – w ustronne miejsce.

Zjazd do Kłodzka. Tu rozdziela się trasa dla jadących dystans 178 i 230 km. Na krótszą pętlę skręca wiele osób, również Adam (nr 25) z którym przejechałem ostatnie kilometry. Na trasie robi się zupełnie pusto. Z niepokojem wypatruję – na długich prostych odcinkach drogi – kolejnych oznaczeń KK. Jeździe towarzyszy niepewność. Czy aby na pewno jestem jeszcze na trasie maratonu? Niby oznaczeń o skręcie nie było ale nie ma też potwierdzenia, że jadę prawidłowo. Nikogo z przodu, nikogo z tyłu. Niepokój rośnie. Napotykam bezradnie rozglądającego się zawodnika na „góralu”. Podobnie jak ja zwątpił czy jedzie prawidłowo. Takie samo uczucie towarzyszyło mi po rozdzieleniu tras w Kłodzku podczas wcześniejszych edycji KK. W tym miejscu przydałoby się dodatkowe oznaczenie trasy.

Wjazd na Przełęcz Wilczą rozczarowuje. Podjazd mija zupełnie niepostrzeżenie. Kiedy na widok kolejnego zakrętu zbieram siły do dalszego wspinania, okazuje się, że jestem właśnie w najwyższym punkcie. Przełęcz Srebrna stanowi już dużo większe wyzwanie.

Bufet w Nowej Rudzie. Uzupełniam wodę. Wyciągam jedyną kanapkę. Marzę o bułkach z serem, zbojkotowanych przez większość bikerów podczas ubiegłorocznego maratonu. Mój – do niedawna – „wszystkotrawiący” żołądek staje się coraz bardziej wybredny. Mam ochotę na coś zapychającego. Powrót do bułek, przynajmniej przez część startujących, byłby powitany bardzo pozytywnie.

Powoli zmienia się sprzyjająca maratończykom pogoda. Na niebie pojawia się coraz większa ilość ciemnych chmur. Gdy mijam Radków i zagłębiam się w gęsty las porastający podjazd pod Przełęcz Lisią robi się zupełnie ciemno. Z obu stron jadą samochody na światłach. Czuję się jak bym jechał w środku nocy. Gdzieś w oddali słychać grzmoty. Jeszcze mam nadzieję, że zdążę. Na początek zaczyna kropić niewielki deszcz. Drzewa przez dłuższy czas stanowią skuteczną ochronę. Gdy z nieba zaczynają się lać strumienie wody, zjeżdżam na pobocze i schowam się pod kilkudziesięcioletnim świerkiem. Wyciągam kurtkę, pożywiam się. Kiedy mój „parasol” zaczyna przeciekać a deszcz przestaje być tak gwałtowny, decyduję się na dalszą jazdę. Na szczęście deszcz powoli mija, jazdę utrudnia jedynie spływająca poboczem i jezdnią woda. W Karłowie są miejsca gdzie woda rozlała się na całej szerokości jezdni. Zimny wiatr. Wilgotne ciuchy. Powoli zaczynam marznąc.

Zawsze przyjemny zjazd do Kudowy staje się koszmarem. Zmarznięty jadę ostrożnie po mokrym, śliskim asfalcie. Otuchy dodają prześwitujące chmury, wyczuwam już słońce próbujące przedostać się przez ich cienką warstwę. Zaciskam zęby. Muszę jak najszybciej zjechać w dolinę tam będzie cieplej. Tym razem doskonale oznaczony przejazd przez Kudowę. Powoli rozgrzewam się ale dopiero za miastem mój organizm wraca do normy. Wkrótce wysycha też zmoczone ubranie.

Rozpoczyna się ostatni – najgorszy dla mnie – podjazd na trasie KK. Przede mną przełęcz Polskie Wrota. Niepozorny, niemal płaski, jednostajny podjazd. Idealnie równy asfalt. To właśnie ta jednostajność męczy fizycznie a przede wszystkim wykańcza psychicznie. W drodze na przełęcz zgarniam z pobocza Kamila. Wspólna jazda mobilizuje do wysiłku. Do czasu. Po skręcie w kierunku Zieleńca dopada mnie potworny kryzys. Mojego towarzysza wypycham do przodu – i tak nie jest mi w stanie pomóc. Zatrzymuję się na poboczu, zjadam batona i spacerkiem pokonuję najbliższe 200 metrów asfaltu. Pomaga. Z niechęcią, ale jednak, wsiadam na rower. Łańcuch przerzucam na najmniejszą tarczę – po raz pierwszy dzisiejszego dnia – i powoli ruszam do przodu. Przy przełożeniu 1:1 można przecież pokonać nawet najbardziej stromy asfaltowy podjazd (np. słynne Bobrowniki).

Wkrótce z przeciwnej strony pojawia się biegacz. Trenuje na trasie z Zieleńca. Zawraca po dobiegnięciu do końca drogi i po kilku minutach pojawia się znowu. Pociesza mnie, ze niebawem ostry podjazd się skończy a do mety w Zieleńcu pozostaje już tylko 7 km. Po chwili rozmowy pozostawia mnie na podjeździe, rusza do przodu i szybko znika za wzniesieniem. Oddycham z ulgą – tym razem to nie była kobieta. Oczywiście, że żaden biegacz nie może być szybszy nawet od wycieńczonego 200 km górską trasą bikera. To wątpliwa satysfakcja, ale na którymś z kolejnych zjazdów wysuwam się do przodu i w Zieleńcu na pewno będę pierwszy.

Trasę Klasyka kończy przyjemny i długi zjazd. Z dziką przyjemnością wydobywam z siebie resztkę sił by zakończyć KK efektownym finiszem. Wracam do schroniska. Nie bardzo rozumiem o co chodzi zjazdowcom spoglądającym z zainteresowaniem w moim kierunku. W końcu wszystko się wyjaśnia, gdy jeden z nich pyta o duży medal zwisający z mojej szyi. Wyprowadzam ich z błędu – taki medal otrzymuje każdy z uczestników KK po ukończeniu maratonu.

Maraton kończę po 11 godzinach i 47 minutach jazdy. Ten wynik wystarcza na zajęcie 58 miejsca open i 2 miejsca w kategorii M5-MTB. Najlepszy zawodnik wyprzedza mnie o 2 godz. i 27 minut. Najlepszy w kategorii Marek Płóciennik (czy ja go znam?), nokautuje mnie, pokonując trasę 47 minut szybciej.

Statystyka trasy:

dystans: 230,18 km
czas trasy: 11 godz. 47 min.
czas jazdy: 11 godz. 8 min.BR> przestoje i odpocznki: 39 min.
prędkość śr. 20,77 km/godz.
prędkość max – 67,7 km/godz.
miejsce open – 58
miejsce M5-MTB – 2

Krzysztof Wiktorowski (wiki) – nr 88

za stroną Wikiego

Facebook