Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
21.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Janusz Kierzkowski nie żyje
20 sierpnia 2011
Szurkowski i Szozda znowu najlepsi
29 sierpnia 2011

Najstarsi kołobrzescy górale nie pamiętają takiego wiatru... podczas Kołobrzeskiego Bicykl Maratonu. Ale niebanalnych atrakcji w czasie imprez z cyklu Pucharu Polski nigdy dość. Więcej w jak zawsze wyczerpującej relacji Marzenki.

Do Kołobrzegu mieliśmy z Krzysztofem i Darkiem dojechać wczesnym piątkowym popołudniem, by przed sobotnim wyścigiem popluskać się w basenie i posiedzieć w saunie. Jako pasjonatka latarni morskich planowałam też sprawdzić, czy latarnia w Kołobrzegu jest ujęta w Międzynarodowych Dniach Latarni Morskich i czy w związku z tym jest możliwe wejście na nią po zmroku.

Okrutny los sprawił jednak, że w piątkowy poranek zamiast do Kołobrzegu pojechaliśmy do Milicza pożegnać naszego przyjaciela i wielkiego Człowieka – Bolesława Zajiczka. Do Kołobrzegu dotarliśmy w smutnych nastrojach bardzo późnym wieczorem, po 23.00, kiedy na sali było już zgaszone światło i prawie wszyscy spali. Pośród wyjątkowo silnej wichury wypakowaliśmy nasze graty z auta i wkrótce poszliśmy spać.

Sobotni poranek pogodowo był bardzo dynamiczny. Wiało tak mocno, że metalowe barierki na boisku były powywracane. Wyjący wiatr szarpał mocno koronami drzew. Bałam się tego maratonu. W tak silnym wietrze jazda rowerem staje się niebezpieczna. Wg informacji z kapitanatu portu wiatr tego dnia osiągał siłę 8 stopni w skali Beauforta. Oznaczało to, że w porywach miał prędkość do 75 km/h, a na morzu był sztorm.

Silnych bocznych podmuchów obawiałam się nie tylko ja. Kilka osób wyraziło nadzieję, że nie wyląduje w rowie, nie połamie siebie, albo nie zniszczy roweru. Podczas śniadania pogadałam z Beatą Tulimowską. Tego roku była ona jedyną dziewczyną, która wystartowała w Bałtyk Bieszczady Tour i mimo fatalnej pogody go ukończyła. Z ogromnym zainteresowaniem słuchałam, gdy opowiadała mi jak było na tym morderczym maratonie. Jej wyczyn jest godny podziwu, nie tylko ze względu na pokonany dystans 1008km, ale też ze względu na konieczność jazdy po ciemku i prawie bez snu.

To był mój trzeci maraton w Kołobrzegu i jednocześnie pierwszy, podczas którego zdążyłam na rundę honorową. Ta krótka przejażdżka była dobrym pomysłem, bo pozwoliła choć trochę oswoić się z bardzo silnym wiatrem. Była to też świetna okazja by przed startem spotkać znajomych i z nimi chwilę pogadać. Przez miasto jechaliśmy wszyscy powoli i dostojnie. W takich warunkach można sobie było kręcić ramię w ramię z najlepszymi.

Moja grupa startowała o 9.02. Poza mną i Krzysztofem byli w niej m.in. Janek Wesołowski, Heniu Fortoński i Edward Dąbrowski. Zapowiadała się ładna, równa jazda.

Wystartowaliśmy i na wstępie prawie zaliczyłam glebę. Ze startu jechaliśmy prosto, tymczasem ktoś za mną zaczął skręcać w lewo i prawie wjechał mi w tylne koło. Potem poczułam, że coś niedobrego dzieje się z moim rowerem. Ledwie nad nim panowałam. W pierwszej chwili myślałam, że to wiatr, ale po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że ktoś się bawi w pchanie mnie. Zaczęłam krzyczeć, by nie pchał, bo mnie za chwilę wywróci. Jakiekolwiek pchanie, trzymanie ręki na plecach, tudzież sidełku, jest moim zdaniem nie tylko nieuczciwe, ale też bardzo ryzykowne. Zwłaszcza, jeśli ktoś tak jak ja ma skłonności do nienaturalnie dużych krwiaków.

Grupa pracowała dobrze. Bardzo szybko zaczęliśmy doganiać porozrywaną już grupę pierwszą. Dogoniliśmy też wspólnymi siłami Irenę i Beatę, które jechały razem tocząc nierówną walkę z wiatrem. Dość długo nikt nas nie wyprzedzał. W końcu jednak zaczęli nas dochodzić co mocniejsi ludzie z grup późniejszych. Ku swojemu zaskoczeniu zauważyłam, że porwała się grupa cyborgów. Mignęła mi sylwetka Jana Lipczyńskiego. Jakiś czas później jak torpeda przeleciał Zdzisław Kalinowski.

Przed pierwszym bufetem był pierwszy bruk. W poprzednich latach jeździłam na rowerze MTB i wtedy ten bruk zupełnie mi nie przeszkadzał. Teraz, na szosówce to była masakra. Trochę jechałam po kamieniach, trochę po chodniku po lewej stronie, trochę też biegłam z rowerem na ramieniu. Prawdziwy przełaj! Do pierwszego bufetu jechaliśmy całkiem ładnie, utrzymując średnią prędkość powyżej 30km/h. Zastanawiałam się czy / kiedy dogonią mnie dziewczyny, tzn. Kaśka Orłowska, która już na starcie zapowiedziała, że będzie mnie goniła i Monika Buchowiecka, moja faworytka w tym wyścigu. Monika, której siła i szybkość są powszechnie znane, po raz pierwszy rzuciła się na dystans GIGA. Po ładnych kilkudziesięciu km, usłyszałam wesołe „cześć Marzenka”. To była Monika. Po chwili w ten sam sposób powitała mnie Kaśka, jadąca może ze 100m za Moniką.

Za pierwszym bufetem grupa zaczęła się rwać. Jechałam jedząc. Jedzenie drożdżówki na kiepskim asfalcie i w silnym wietrze było prawdziwym wyzwaniem. Tempo było mocno szarpane. Czasami trzeba się było napracować, by się za chłopakami utrzymać. Chwilami z kolei było zupełnie spokojnie. Jechaliśmy tak w 5: Krzysztof, Edward, ja i jeszcze jeden chłopak, gdy zauważyłam, że na poboczu Kaśka zmienia dętkę. Wyprzedziła nas potem na bardzo parszywym asfalcie jadąc z (chyba) dwoma chłopakami.

Asfalt prawie na całej trasie był tragiczny. Bardzo dziurawy, nierówny. Miejscami było na nim dużo piachu lub luźnego żwirku drogowego natryskiwanego na dziury w celu ich załatania. Bruk pojawił się łącznie z 4 lub 5 razy, w tym dwukrotnie był równy i gładki. Po stu kilometrach jazdy po dziurach bolało mnie dosłownie wszystko. Na rowerze MTB w takich warunkach drogowych jechało się jednak o wiele wygodniej.

Nasza grupa rozpadła się ostatecznie na bufecie z wodą, za którym się odbijało w lewo. Edward uciekł nam już jakiś czas temu (uciekał przede wszystkim swojemu bezpośredniemu rywalowi – Janowi Wesołowskiemu). Jan na bufecie dosypał mi jeszcze Izostaru do bukłaka i potem zobaczyłam go dopiero na mecie. Po rozpadzie grupy Krzysztof stracił motywację do jazdy. Jechał tak powoli, że wioząc się na kole musiałam mieć ręce cały czas na klamkach. Kiedy prosiłam, by przyspieszył, wyrywał gwałtownie do przodu, gubiąc mnie. Za nic nie mogliśmy zgrać tempa i jechaliśmy osobno, mając siebie nawzajem jedynie w zasięgu wzroku.

W międzyczasie silny podmuch wiatru zepchnął mnie z szosy. Poleciałam na bok, wbijając sobie czubek rury sterowej w brzuch i siodło w plecy. Zaraz potem dojechał do nas sympatyczny zawodnik, który towarzyszył mi kilkanaście km. Niestety nie wiem kto to był. Numery startowe mieliśmy tylko na kierownicach i nie zdołałam wypatrzyć jego numeru. Krzysztof od niechcenia pedałował gdzieś za nami.

Bruk w Tyczewie był paskudnie nierówny i wyboisty. Nawet nie próbowałam tam przejechać. Cała obolała pochwyciłam rower i zrezygnowana zrobiłam sobie spacer. Szłam powoli. Krzysztof pojechał do przodu, spotkaliśmy się na bufecie z drożdżówkami. Kiedy jedliśmy, zaczęli się zjeżdżać ludzie i po chwili zrobiło się tłoczno. Dojechał Henryk Fortoński i jeszcze parę innych osób. Spośród nich wszystkich ja ruszyłam pierwsza.

Do mety było niewiele poniżej 100km. Jechałam sama. Co jakiś czas obracałam się za siebie. Nikogo jednak nie było widać. Przede mną też było pusto. Jechałam tak sobie przekraczając pieszo pierwsze skośne tory, potem drugie i nadal nikogo ani z przodu, ani z tyłu nie było. Dopiero dużo później zaczęła mnie doganiać dwójka zawodników. Mastersi z Gryfic. P. Grzegorz z kolegą. O ile pierwszy z nich jechał bez wysiłku (ma już w tym roku przejechane ponad 15000 km), o tyle drugi sprawiał wrażenie porządnie zmęczonego. Jako, że i ja nie czułam się szczególnie świetne, zawisłam na kole tego drugiego, by złapać trochę oddechu. Nasze tempo nie było wysokie. Początkowo bardzo mi to odpowiadało. Później, gdy odpoczęłam, za namową p. Grzegorza poleciałam dalej sama.

Przed jakąś wioską dogonił mnie Krzysztof, który wiózł naszego wspólnego kolegę – Darka. Widząc ich zmotywowałam się do szybszej jazdy. Krzysztof nie chcąc zgubić Darka, zwolnił. W końcu asfalt zrobił się gładki. Był to niechybny znak, że dojeżdżam do Dygowa. Za Dygowem jechałam jak automat. Na horyzoncie przede mną pojawiła się sylwetka zawodnika ubranego na czarno.

Jechałam tak i stopniowo zmniejszałam odległość między nami. Wyprzedziłam kolegę i nadal jechałam sama. Niedługo moim oczom ukazała się tablica „Kołobrzeg”, a w oddali, po lewej spośród zabudowań miasta wyraźnie odznaczała się katedra. Na metę wjechałam sama. Jakieś 5 minut później wjechał Krzysztof, bez Darka, którego zgubił gdzieś po drodze. Na mecie pogaduszki, zupka. Potem prysznic, pompowanie materaca specjalną pompką, której użyczył Leszek Marchel, długie rozmowy z Robertem i Marianem z Iławy, a na koniec tańce.

Z licznika:
Czas netto……………………………09:54:28
Czas brutto …………………..10:11:29
Dystans …………………………………259,79 km
Prędkość średnia netto……………….26,20 km/h
Prędkość średnia brutto …….……25,90 km/h
Prędkość maksymalna ……………….49,0 km/h
Temperatura minimalna ………………+19 stopni C
Temperatura maksymalna …………..+21 stopni C
Przewyższenie ……………………………1397 m
Nachylenie średnie …………………………..1%
Nachylenie maksymalne …………………..5%

W niedzielę odbyła się uroczysta dekoracja zwycięzców oraz losowanie nagród. Tym razem, w przeciwieństwie do lat ubiegłych, nagrodzeni i wyczytani zostali tylko ci, którzy wywalczyli pierwsze miejsca. Nie było też pucharów za trzy pierwsze miejsca open wśród kobiet i mężczyzn. W swojej kategorii byłam trzecia (3/3), trzecia również open (3/6). Minutą ciszy została uczczona pamięć Bolesława Zajiczka.

Podczas rozdawania imiennych medali z czasami przejazdu trochę pokropiło i ten deszczyk dość skutecznie przegonił nas z boiska.

Z Kołobrzegu wyjechaliśmy późno, wszak trzeba było zjeść rybkę, pochodzić po plaży, po raz niewiadomo już który wleźć na latarnię morską, no i oczywiście skorzystać z bezpłatnej wejściówki na saunę i basen.

Mimo asfaltów o parszywej jakości bardzo lubię maraton w Kołobrzegu i mam nadzieję pojawić się na nim również w roku przyszłym.

Marzena Szymańska

Facebook