Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Klasyk Kłodzki – GK Perfekt
6 sierpnia 2006
Deszczowy Gryfland 2006
8 sierpnia 2006

czyli Gryfland 2006

Jacek Uniewski

Zbudowany niezwykłymi przeżyciami maratonu w Gryficach postanowiłem napisać relację z drugiego mojego maratonu.

Do Gryfic wybrałem się z moimi znajomymi z kołobrzeskiego Towarzystwa Rowerowego Bicykl:(mam nadzieję, że nie zabiją mnie za podanie nazwisk) Andrzejem Gallem, Andrzejem Sieradzkim, Jolą Malinowską, Agnieszką Trusewicz oraz Grzegorzem Kołodziejkiem.

Przez kilka dni poprzedzających dzień zawodów obserwowałem z zainteresowaniem prognozy pogody. Niestety ciągle zapowiadano deszcze i burze. Miałem nadzieję, że przynajmniej w części prognoza się nie sprawdzi. I nie myliłem się: opady miały być minimalne, a okazało się, że wybrałem się na rowery wodne.

Rano przed samym startem, niebo oszczędziło nam rzęsistych opadów, co pozwoliło mieć nadzieję, że na trasie nie będzie tak źle. Wyruszyliśmy 5 osobową grupą bicyklową o godzinie 9.50. Nasz kolega Andrzej Gall wystartował wcześniej planując przejechanie (na szosie) dwóch okrążeń,co też później uczynił. Przed wyjazdem obiecaliśmy sobie, że jedziemy razem, nie szalejemy tylko spokojnie tempem ok. 20km/h bedziemy sobie pedałować mile spędzając czas.

Obawiałem się, że adrenalina towarzysząca zawodom sportowym udzieli się nam i od początku każdy będzie się starał jak najszybciej pojechać. Tak też się stało, ledwo mogłem nadążyć za członkami Bicykla. Najszybciej oddalili się Agnieszka i Grzegorz. Ja, Andrzej i Jola posuwaliśmy się powoli do przodu. Widząc, że wszystkim zależy na osiagnięciu dobrego wyniku postanowiłem się odłączyć i pojechać trochę szybciej.

Obiecałem poczekać na moich towarzyszy dwóch kółek co też uczyniłem – na mecie. Ze mną zabrał się Grzegorz z Poznania. Dość szybkim tempem jak na moje zwyczaje ok. 28-30 km/h poruszaliśmy się w deszczu i pośród mijających nas samochodów.

W Trzebiatowie napotkaliśmy na gigantyczny korek. Postanowiliśmy środkiem drogi wyprzedzić stojące w nim samochody. Jak wszyscy wiedzą polscy kierowcy nie należą do najmilszych, co objawiało się w uporczywym zajeżdżaniu drogi, niebezpiecznym zmniejszaniu luki pomiędzy rzędami stojących aut.  W pewnym momencie jadący przede mną Grzegosz zahamował, ja również zacząłem hamować ale na mokrej nawierzchni nie miałem szans. W jedej chwili oczyma wyobraźni widziałem siebie lądującego głową na przednim siedzeniu obok kierowcy malucha. Który jest tak ogromnym pojazdem, że nie mógł się zmieścić na 3-metrowym pasie i musiał jechać przy osi jezdni. Na szczęście skończyło się na zderzeniu kierownicami, cudem udało mi się utrzymać równowagę. Głęboko odetchnąłem wyjeżdżając z Trzebiatowa.

Za Trzebiatowem jechaliśmy dalej tym samym tempem w kierunku punktu kontrolnego w Gryficach. Tu muszę zganić organizatora: objeżdżanie całego rynku dookoła po to by dostać się do punktu kontrolnego, czy mety jesty wyjątkowo bez sensu. Droga ta jest zatłoczona, dużo samochodów.  By nieco ułatwić życie sobie i zawodnikom wystarczyłoby zamknąć dla ruchu ulicę przylegającą do rynku i odgrodzić od ruchu drogowego 2 metry pasa drogowego biegnącego do mety. Dzięki temu zawodnicy jadąc nią nie musieliby łamać przepisów.

Przed Gryficamy dostrzegłem z daleka dwójkę znajomych, których zgubiłem na początku: Agnieszkę i Grzegorza. Z daleka wyglądało jakby powoli kręcili pedałami, jednak odległość wcale się nie zmniejszała. W końcu dogoniliśmy ich. Mijając ich, widziałem na twarzach malującą się desperację: byłem pewien, że nie dadzą się pokonać przez pogodę. Mam dla nich wiele podziwu, nie poddali się i dojechali do mety 10 minut po mnie.

[…]Po posileniu się na punkcie żywieniowym w Gryficach ruszyliśmy z Grzegorzem w kierunku Płot. Kilka km. za miastem niebo przygotowało nam niespodziankę w postaci oberwania chmury. W jednej chwili spadły na ziemię hektolitry wody. Poczułem się, jakbym wskoczył z rowerem do basenu. Kto wie, może teraz skuszę się na imprezę pt. „Rowerem po wodzie”, którą Bicykl organizuje w sierpniu w kołobrzeskim Porcie Jachtowym. Polega ona na jechaniu rowerem po deskach ułożonych na wodzie. Ulewa była tak silna, że na 100 metrów nic nie było widać. A prędkość zmniejszyła się do 17km/h. W końcu deszcz troszkę zelżał i mogliśmy kontytuować jazdę z prawie normalną prędkością. W płotach napotkaliśmy na kolejny korek. Tu na szczęście były świeżo położone chodniki, którymi wyprzedziliśmy samochody.

W Płotach czułem, że tak szybkim dla mnie tempem nie będę już w stanie jechać, więc powiedziałem Grzegorzowi, że jeśli ma siły to może mnie zostawić i pedałować dalej. Tak też zrobiliśmy, po przejechaniu jeszcze 10 kilometrów, w Resku za miastem poczułem, że nadszedł moment, w którym muszę odpocząć jeśli chcę wogóle dojechać do mety. Postawiłem rower przy drogowskazie i zacząłem robić ćwiczenia rozciągające. Po takim wysiłku nogi miałem jak z drewna, a ćwiczenia niewiele pomogły. Postanowiłem wrzucić sobie do bidonu tabletkę rozpuszczalną, która miała podziałać energetyzująco. Owszem podziałała, ale niezbyt pozytywnie na mój żołądek… Chociaż może dzięki niej ostatni odcinek pokonałem szybko  wiedziony niejasnym przeczuciem, że mogę potrzebować toalety.

10 kilometrów przed metą napotkałem zawodnika stojącego na poboczu. Okazało się, że Pana złapał kurcz uda. Poratowałem go tabletkami musującymi z magnezem. Kazałem także zadrzeć nogę na siodełko i robić skłony. Potem koledzy i koleżanki z Bicykla śmiali się ze mnie, że pewnie chciałem wyeliminować konkurenta do medalu. Ostatnie kilkanaście kilometrów pokonaliśmy razem. Coraz częściej patrzyłem na mapę, gdy zobaczyliśmy w oddali elewatory gryfickie – obaj ruszyliśmy żwawo do mety.

Na mecie przywitał nas ciepły rosół, którym się posiliłem. Po 115km jazdy w deszczu docenia się ciepły posiłek.
W sobotę wieczorem w gronie Bicyklowym przy pizzy i piwie wspominaliśmy ten niezwykły dzień. Każdy opowiadał o swoich odczuciach i to co się wydarzyło na trasie.
Ja skorzystałem z okazji i rozpocząłem agitację na rzecz wyjazdu do Niemiec do Prenzlau na Hugelmarathon. Jest to niedaleko – niecałe 30 km od granicy polsko-niemieckiej, z Kołobrzegu 190 km. Udało mi się namówić Andrzeja Sieradzkiego – specjalnie to piszę by nie mógł się wycofać  . Formuła maratonu: brak klasyfikacji czasowej i charakter czysto turystyczny może się nie podobać. Jednak patrząc na profil wzniesień widać, że jest sporo podjazdów i zjazdów. Ponadto jest to teren, gdzie znajduje się dużo jezior i lasów, więc na pewno będzie to wspaniałe przeżycie.
W niedzielę pojechaliśmy zobaczyć wyniki i odebrać medale pamiątkowe. Okazało się, że nasza koleżanka z Bicykla: Agnieszka Trusewicz zajęła I miejsce w kategorii K3 z czasem 5:13. Pierwszy raz na maratonie i od razu puchar. Gratuluję.
Każdy dostał dyplom pamiątkowy z wydrukowanym dystansem i czasem przejazdu. Niestety na skutek pomyłki w drukarni medale zostaną dostarczone pocztą. Liczymy na to. Czekamy na maraton za rok i mamy nadzieję, że będzie nieco lepsza pogoda.

Po powrocie do domu, zjadłem obiad i położyłem się spać. Nieprzespana piątkowa noc, przez chrapiących współspaczy zrobiła swoje. Obudziłem się wypoczęty o godzinie 20.  Pozdrawiam sympatyków turystyki rowerowej, do zobaczenia na trasie.

Facebook