Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Napisali o nas – Magazyn Rowerowy
18 lipca 2006
Słodko-Gorzki Klasyk…
25 lipca 2006

inzBiKer

Od dawna chciałem, aby na pytanie: „ile najwięcej przejechałeś na rowerze w ciągu dnia” dać odpowiedź „ponad 500”. Zawsze znalazło się jednak coś co nie pozwalało na realizację marzenia. W zeszłym roku było blisko, ale zamiast powalczyć o 500 w Świnoujściu nastawiłem się na Extrino. W tym roku nie ma zmiłowania. W moim dzienniku treningowym w rubryce cele na sezon 2006 pod numerem 3 widnieje zapis „przejechać podczas wyścigu w ciągu dnia dystans powyżej 500km”.

Wreszcie decyzja o starcie w Styrkeproven. Termin akurat pokrywać miał się z coraz lepszą formą. Dodatkowo, w miarę stawiania sobie coraz ambitniejszych wyzwań niech te 540 będzie jeszcze po górach. A nazbierało się trochę tych przewyższeń – patrząc na mapę ponad 4400m. Pierwsze 150 km pod górę, drugie 150 w dół, pozostałe 240 po płaskim. Życie zweryfikuje później ten płaski dystans. Jeszcze przed zapisaniem mnóstwo przemyśleń. Na plus na pewno organizacja, najdłuższe dni w roku a i jakość asfaltu pewnie rewelacja. Na minus pogoda. Już kiedyś rowerowałem po tym kraju i wiem, że klimat niesprzyjający, zimno i że są tam przecież takie miejsca gdzie statystycznie pada przez ponad 200 dni w roku. Poza tym drożyzna. Norwegia to zdecydowanie jeden z najdroższych krajów na świecie. Dzięki Bogu tanie linie jak na norweskie warunki są naprawdę tanie. Noclegi w 8-osobowych pokojach mają też swoje plusy. Wreszcie można dowiedzieć się czegoś konkretnego na temat wyścigu.

Rejestracja przebiega sprawnie. Opłata startowa, licencja, ubezpieczenie, nocleg na hali po wyścigu. Na całe szczęście wszystko opłaciłem wcześniej. „Gadżeciarze” byliby niezadowoleni. Jedynie świecąca opaska. Dwa papierowe numery z materiału sprawiającego wrażenie trwałości papieru toaletowego – ciekawe co stanie się z nimi w czasie deszczu. Jeszcze tylko bagaż na ciężarówkę, bez żadnego numerka także w ostatniej chwili przegrupowuje się z pieniędzmi i dokumentami chociaż wiem, że naród niby w innej kulturze ale strzeżonego….

Na liście startowej jest ponad 4 tys osób i większość wybiera się na długi dystans. W momencie rejestracji należy zadeklarować ile czasu zamierza się spędzić w siodle i w zależności od tego trafia się do określonej grupy startowej. Pierwsi startujący ruszają w piątek wieczorem. Ci na przebycie dystansu mają dwa dni. W sobotę rano ruszają 10-osobowe zespoły oraz grupki takich jak ja na oko 30 osobowe. Numery startowe są przypisywane kolejnym startującym tak więc jadąc jest możliwość obserwować czy jedzie się z tymi co wystartowali wcześniej czy później. I tutaj od razu nauczka na przyszłość. Im wcześniej się zapiszesz tym mniejszy numer startowy i wcześniejszy start a tym samym większa możliwość podczepienia się później pod jakąś grupę. Ja niestety wędruję do jednej z ostatnich grup.

Jest 9:40 i punktualnie ruszamy na trasę. Przyznam, że mocno zastanawiałem się czy poradzę sobie z oznakowaniem a tu już na pierwszym zakręcie zamiast skręcić w lewo cała grupa jedzie prosto. Na całe szczęście to jedyne nieporozumienie orientacyjne w tym wyścigu. Trasa w większości poprowadzona jest miedzynarodową drogą. Nieliczne wyjątki są dobrze oznaczone a nad ranem (pewnie aby zminimalizować ryzyko zgubienia związane ze zmęczeniem) na każdym problematycznym skrzyżowaniu pojawią się zmyślni w kamizelce.

Problemy orientacyjne na starcie nie są niestety jedynymi, z którymi przyjdzie mi walczyć na początku wyścigu. Okazuje się, że w samolocie blat został przygnieciony jakąś walizką i wykrzywił się powodując obcieranie tarczy o łańcuch. Próbuje ręcznie wyregulować przerzutkę. Wiadomo jak to w stresie wyścigowym rozregulowuje wszystkie biegi. Nie mogąc znieść odgłosu zatrzymuje się próbując przywrócić rower do stanu używalności. Po jakimś czasie dochodzę do 4 nie trzeszczących biegów, które w zupełności wystarczają przy niezbyt stromych jak na razie podjazdach, a przede wszystkim pozwalają skoncentrować się na jeździe. I tak jakoś nawet nie zauważę że po 80 kilometrach wszystko się dotrze i do końca wyścigu nie będzie już żadnych problemów technicznych.

Kłopoty techniczne spowodowały niestety, że oderwałem się od swojej grupy i muszę jechać sam. Na całe szczęście po kilku kilometrach łapię się na koło jakiegoś przecinaka i spokojnie dochodzimy do większego peletonu. Jeszcze nie wiem, że w dniu dzisiejszym czeka mnie kompletny przegląd wszystkich możliwych rodzajów szosowej jazdy. Jedziemy sobie w grupce a ja mam okazję popatrzeć trochę na rowery. Wyprzedził mnie jakiś tandem, sporadycznie zdarzają się górskie, ale większość maszyn zdecydowanie taka, że da się wyczuć, że od tej ropy w głowach im się poprzewracało i nie mają co robić z pieniędzmi. Obserwuje różne ciekawe gadżety i omal nie padam ze śmiechu widząc jednego bikera, który zainstalował sobie na ramie mini koszyczek na śmieci do którego wrzuca papierki po żelach.

Docieramy do pierwszego bufetu. A bufety na tym wyścigu to wyższa szkoła jazdy. Przed startem warto przeczytać specjalną ulotkę z której można się dowiedzieć na którym są kilometrze, który w jakich godzinach jest czynny i jakiego jest rodzaju. A są 3 klasy bufetów. Te najlepsze z ciepłym posiłkiem, który jak się później okaże o 3ciej nad ranem nie będzie wcale ciepły. Gdzieś w połowie dystansu są też zorganizowane noclegownie.

To mój pierwszy start w tego rodzaju wyścigu ale przed rozpoczęciem wiele myślałem na temat taktyki jaką przyjąć, w tym znaczną część przemyśleń poświęciłem odżywianiu. Wszystkie żele będą czekać na czarną godzinę a jak się później okaże czarne godziny. Na bufecie obżarstwo do bólu, chociaż jedzenie w przekroju wyścigu mogłoby być bardziej zróżnicowane. Pieczywo, słodkie bułki, ser, dżem i salami, z którego, ze względu na posmak zrezygnuje na dalsze 400 kilometrów. Z owoców jedynie banany (później pojawią się jeszcze pomarańcze) w smaku przypominające raczej gumę do żucia po kilkugodzinnym używaniu. Patrzę jeszcze czy nie są z Ekwadoru bo w pełni solidaryzuję się z Towarzyszem Rybką i po tym jak dołożyli nam w MŚ stracili kolejnego klienta. Mają szczęście bo na etykiecie nie ma kraju pochodzenia a może to ja mam szczęście bo gdyby okazały się z Ekwadoru i nie brał bym ich do jedzenia to wyścig potoczyłby się inaczej. Generalnie ocena bufetów w miarę pozytywna. Jedynie raz zabrakło maxima. W późniejszym okresie pojawia się kawa, a nad ranem to i herbaty z miodem można się napić.

Gdzieś za bufetem zaczyna się pierwszy większy podjazd. Kończy się jazda w peletonie a zaczyna walka ze sobą. Po kilku kilometrach góry nieznacznie ustępują a tisipovelmarowiec nie zwracając uwagi na Wandę co to do Wisły wolała skoczyć jedzie w trzyosobowej grupie z dwoma Niemcami. Jak to u Niemców ordnung muss sein każdy jedzie cztery kilometry i tylko jeden raz nieśmiało zaproponowałem krótsze zmiany, ale nic z tego nie wyszło.

Po kolejnych kilometrach docieramy do większego peletonu. Jadę na przedzie. Chcę dawać zmiany, wstydu ojczyźnie przynieść nie mogę, a velmar.pl na spodenkach jednoznacznie wskazuje przecież z jakiego kraju pochodzę.

Szybko zostaję sprowadzony na ziemię. Jeden z Norwegów robi mi pogadankę. Bardzo popularną kategorią w wyścigu są 10-osobowe zespoły, które muszą jechać same, a ja już do końca jadąc wypatrywać będę czy na przedzie jest 9 facetów i jedna kobieta. Jeśli tak to co najwyżej załapię się za nimi na sępa.

Czas na dobre pożegnać się z jazdą w grupie, zaczynamy właściwy podjazd na najwyższy punkt. 1000 metrów to wysokość niezbyt imponująca, ale te 1000 w Norwegii to ośnieżone szczyty już bez żadnych drzew bo te pożegnaliśmy gdzieś na 800 metrach. To najpiękniejszy fragment etapu. Co kilka kilometrów wodospady, przy których jak na polskie warunki zatrzymywałbym się co chwilę, a tutaj stają się czymś oczywistym Widoki piękne, chociaż rowerowałem już kiedyś po tym kraju i wiem, że w porównaniu z zachodnim wybrzeżem miejsce nie jest tak atrakcyjne. Bardzo często wrażenie wielkich przestrzeni jak na Alasce, może trochę krajobrazów księżycowych bo na górze faktycznie pustynia. Wszystko niekiedy przerywane przejazdem przez małe miasto, gdzie widać tylko przydrożny bar i stację benzynową, co przez chwilę pozwala poczuć się jak bohater amerykańskiego filmu drogi.

Im wyżej tym zimniej, na całe „szczęście” podjazd coraz bardziej stromy także nie czuć tego zimna. Pojawia się natomiast deszcz. Patrząc po wynikach z różnych lat widać jak wiele zależy w tym wyścigu od pogody. My przez pierwsze 140 kilometrów mieliśmy szczęście bo pomimo stosunkowo niskiej temperatury nie padało. Patrząc na niebo trochę się jednak uspokajam. Chmura wróży deszcz przelotny, może nie do końca deszcz bo ze względu na temperaturę jest to coś pomiędzy zwykłym deszczem a deszczem ze śniegiem. Opad w końcu się zakończył a na liczniku pojawia się 160 km, co oznacza koniec podjazdu w tym wyścigu. Patrząc na czas popadam w euforię. Tempo faktycznie było ostre, średnia pod górę ponad 29km/h i już zaczynam wizualizować wjazd na metę po 20 godzinach jazdy.

Zaczyna się zjazd. Wymieniamy jeszcze poglądy jak przyjemnie, że czeka nas 150 km w dół. Rzeczywistość nie jest już taka różowa i dopiero później po wyścigu przeglądając mapkę przekonam się, że to, że stracimy na 150 km 1000m nie oznacza wcale, że nie ma żadnych podjazdów.

Niektóre zjazdy boskie, szczególnie ten przed bufetem na 200km. Pozwala na bezstresową jazdę po dobrym asfalcie z prędkością 70 km/h. Cóż z tego skoro w ciągu kilku kilometrów tracimy 500 metrów wysokości. Na szczęście na dole jest zdecydowanie cieplej.

Pierwszy bufet z ciepłym posiłkiem, na razie jeszcze ciepłym i ruszam szybko dalej. Upojony uzyskanym dotychczasowym czasem zaczynam myśleć o rywalizacji. Odczuwalna prędkość wzrasta, jedziemy ze zmianami w siedmioosobowej grupie. Humor z lekkiego zjazdu gdyż trasa biegnie w dół rzeki psuje jednak wmordewind. Walczymy jednak dzielnie. Zbliża się moment który zadecyduje o dalszej części wyścigu. Wyprzedza nas pięcioosobowa grupa przecinaków ze średnią prędkością mocno przekraczającą nasze tempo. Łapie się na koło i z ledwością ale udaje mi się utrzymać prędkość pozwalającą na jazdę w tym pociągu. Strasznie mi głupio bo nie daję żadnych zmian. Minipeleton przyspiesza coraz bardziej a ja osiągam tempo leśnych wyścigów. Po pewnym czasie zakwaszam się totalnie i muszę się zatrzymać. Po kilku minutach wsiadam na rower, ale niestety moje maximum to 15 km/h. Mija mnie poprzednia grupa, wyprzedają mnie inni poprzedni znajomi z trasy , a ja zdaję sobie sprawę, że dopadł mnie pierwszy kryzys. Jestem na siebie totalnie zły bo nijak ma się to do taktyki którą wybrałem i sam jestem sobie winien. Do następnego bufetu tracę pewnie z 50 pozycji, a najgorsze, ze nie mam nawet siły wsiąść do jakiegoś wyprzedzającego pociągu.

Na całe szczęście jest wreszcie bufet na 270 kilometrze. Świadomość tego, że jest się dopiero w połowie nie nastraja jednak optymistycznie. Zapoznaje jednego Norwega i rozmawiamy o fenomenie tego wyścigu. On osobiście startuje 28 raz ( w tym roku odbyła się 40 edycja) U nas na 500 kilometrowe pętle wybiera się kilkanaście osób. Tam tysiące ludzi na starcie, wiele kobiet. I jedyne wytłumaczenie jakie mogę znaleźć to pochodzenie, wszyscy są przecież potomkami Wikingów. O tym mu jeszcze mówię Ale drugie moje przemyślenie, że gdyby przyszło mi żyć w takim klimacie to dla zabicia doła faktycznie zostałbym albo wybitnym sportowcem albo nałogowym alkoholikiem postanawiam zachować tylko dla siebie. Uzupełnienie jedzenia, kawa i rachunek sumienia. Głupota z jazdą na zapiek. Chyba po raz pierwszy w tym roku problemy z sercem. Z drugiej strony nogi zapodają naprawdę dobrze, żadnych skórczów. Wreszcie widać też jak dużo daje przerobienie zimą biblijnego programu na siłowni. Praktycznie żadnego bólu ramion czy kręgosłupa, a i siodełka nie czuć jak na razie wcale. Trochę się jeszcze porozciągałem i ruszam na trasę. Po kryzysie ani śladu przezornie jednak nie zapodaje dużego tempa. Po kilku kilometrach wyprzedza mnie Simplicity a ja łapię się na koło korzystając z aerodynamicznego tunelu.

Niesamowita sprawa z tymi zespołami. Nie znam niestety norweskiego, ale można się zorientować z folderu, że w każdym mieście jest rowerowy klub a te największe potrafią wystawić w wyścigu nawet po kilkadziesiąt zespołów,

Śmieszni ci Norwegowie. Wiadomo ja jestem ciepłolubny i najchętniej roweruję w temperaturze powyżej 15 stopni. Tutaj muszę o tym zapomnieć, ale widząc wielu w krótkich koszulkach i spodenkach przy kilku stopniach jakoś nie mogę tego zrozumieć. Nauczyłem się też, że przelotny deszcz to nic. Też się już nie zatrzymuję. Niestety w dali widać nadciągające czarne chmury i czuć już, że nic nie uratuje od kolejnej przygody w postaci oberwania chmury. Pada totalnie, a deszcz musi już naprawdę być duży bo widzę jak stanął nawet cały zespół. Moje wyobrażenie przygotowania do totalnej ulewy jest jednak nieco inne niż norweskie. U nich może z 5 osób zarzuca na siebie jakieś kamizelki i pelerynki i odjeżdżają w dal. Ja dzięki Bogu przed wyjazdem kupiłem sobie specjalne przeciwdeszczowe spodnie. Zawijam się w spodnie, kurtka, ochraniacze, czapka i w tak zwiniętym kokonie będę jechał już do końca wyścigu. Niestety deszcz już był naprawdę totalny. Czuję mokre spodenki i koszulkę pod spodem i wilgoć będzie mi towarzyszyła właściwie do końca. Szkoda też, że przez kokon współczynnik cx spadnie na łeb i szyję, ale komfort ciepła przez prawie cały pozostały dystans to podstawa.

Po 40-tu minutach oberwanie chmury ustępuje. To już ponad 300 kilometrów jazdy i pojawiają się pierwsze głupawki. Jeden z bufetów położony jest nie przy samej trasie, niby widzę strzałkę, ale coś ubzdurałem sobie, że to nie bufet a sklep Styrkepreven. Myślę sobie bez sensu robić zakupy koszulka i inne gadżety zaraz pewnie będzie bufet bo trzeba przyznać, że czasami kilometrowo umiejscowienie bufetów nie zawsze odpowiada temu co było w rozpisce. Dopiero po 20 kilometrach coś mi świta, że postąpiłem bez sensu i jak w ogóle mogłem pomyśleć, że w połowie dystansu zorganizowali sklep. Zatrzymuje się i odpoczywam. Nie jest wesoło. W bidonach coraz mniej wody a pamiętam przecież dobrze co stało się ze mną tydzień wcześniej podczas odwodnienia, gdy zabrakło bufetu na LBM w Wałbrzychu. Za chwilę się pocieszam. Od czasu do czasu pojawiają się przecież jakieś osady i będzie można dostać od kogoś wodę. Jest jednak jeden problem. Białe noce potrafią zmylić czujność a jest już przecież po 22-tej. Kibice jednak są cierpliwi. Najlepsi są ci imprezujący, pojawiający się co jakiś czas. Wygląda to tak, że przy ulicy wystawiony jest jakiś stół, leje się mocno alkohol, bo akurat ci Norwegowie należą raczej do Wikingów niewysportowanych i pijących. Na pewno jednak są mocno obeznani w kwestii dopingu i taki doping faktycznie potrafi ponieść.

Tak sobie zacząłem jechać i doszło mnie znowu Simplicity. Właśnie w takich sytuacjach można zauważyć ile czasu traci się na bufecie, bo tempa zawrotnego przecież nie miałem. A są załogi ,lub zawodnicy, którzy nie korzystają z bufetów. Od czasu do czasu widać samochody zarejestrowane jako suport. Płaci się na nasze pieniądze 150 pln, dostaje numer za szybę i można towarzyszyć i pomagać podczas wyścigu swoim bliskim. Cały czas widać te samochody a co ważne ani razu nie zauważyłem, co ma miejsce nagminnie na innych wyścigach, że ktoś przewozi sobie w nich rower.

Znowu zajmuje miejsce w 6-tym szeregu i spokojnie zmierzam do upragnionego celu. Po kilkunastu kilometrach grupa się zatrzymuje a ja do bufetu zmierzam już ciągnąc za sobą jakieś dwa ogony. Docieramy wreszcie na bufet a jest to mój pierwszy bufet od 100km. Podczas wyścigu tylko na jednym z bufetów zabrakło maxima ale oczywiśce stało się to akurat wtedy kiedy potrzebowałem tego najbardziej. Jesteśmy w Lillehammer, na bufecie na którym przewidziana jest noclegownia. W środku widać rozłożone materace i śpiących zawodników. Czas goni, ani przez chwilę nie myślę się kłaść. To nic, że zrobiło się ciemno, no może nie do końca bo o tej porze roku w tym miejscu coś podobnego do nocy przychodzi zaledwie na jakieś dwie godziny. Jest około 23.30. czas ruszać dalej. Zapalam światełka i rozpoczynam podjazd. Łapię kolejnego doła, czas dłuży się nieubłaganie a mnie napada głupawa obliczania czasu jazdy i upływających kilometrów za pomocą IV płyty Led Zeppelin. Nie wiem dlaczego, płyty z kilkanaście lat przecież nie słuchałem. „ Dance/ ride in the dark of night, sing to the morning light” – jakże mi to pasuje do sytuacji, w której się znalazłem. Patrzę na taflę jeziora. Oby tylko nie pękła tama, bo nie będzie gdzie uciec. I wreszcie podjazdy. Każdy z nich to moje prywatne schody do nieba myślę patrząc na migoczące przed sobą lampki innych rowerzystów. Jest gdzieś taki fragment, że zawsze są do wyboru dwie drogi a w dłuższej perspektywie można zawrócić z obranej wcześniej. Może się wycofać? Co ja tutaj robię? Udział w tym wyścigu to rzeźnia. Ten wyścig to nie styrkeproven a slougterproven. Najgorsze są podjazdy. Po kilkunastu godzinach jazdy każde pociągnięcie na podjeździe od jakiegoś już czasu powoduje dokuczliwy ból kolan. Jest też coraz zimniej, szczególnie teraz bo cały czas ciągnie od wody z pobliskich jezior. Stojąc na bufecie przy oddychaniu z ust unosi się para. Przynajmniej żadne robactwo nie ma prawa utrzymać się w takiej temperaturze – usiłuje znaleźć jakieś pozytywy. Kolejny bufet a ja jak robot – jedzenie uzupełnienie płynów, rozciąganie i dalej i dopiero po 100 km zauważam jak jadę. 30 kilometrów samotnej jazdy, a później łapię peleton i pozostałe 20 w grupie. Bez sensu. Można przecież dłużej odpocząć na bufecie i jechać cały czasu w tunelu. To pewnie przez te zimne puree i parowkową, którymi uraczyli nas na bufecie. To zdecydowanie najgorszy czas wyścigu. Minuty upływają pomiędzy kolejnymi głupawkami a wypatrywaniem znaków drogowych. Dwie strzałki to znak, że droga się rozszerza, a jeżeli się rozszerza to znaczy, że będą dwa pasy, a jeżeli będą dwa pasy to za chwilę zacznie się podjazd i ból kolan. Przynajmniej będzie cieplej – szukam znowu pozytywów i może to faktycznie lepsze od uczucia chłodu na zjeździe.

Co ja tutaj robię ? Pech chciał , że akurat w tym terminie miałem rocznicę matury. Koleżanki i koledzy pewno mocno zanietrzeźwieni w rytmie starych przebojów a ja na rowerze przy 6ciu stopniach orlim lotem idę w zawody czy to słońce (tutaj raczej powinien być deszcz) czy wicher mnie gna – przypominając sobie pierwsze słowa hymnu naszego LO.

Po jakimś czasie kryzys mija a ja w tunelu jadę naprawdę szybko, bo trafiła się jakaś dobra grupa. Pewnie ktoś musiał mieć jakąś awarię. Jest cieplej a i myśl, że zostało tak mało napawa optymizmem. Zastanawiam się też nad swoją postawą. Faktycznie, cały rok przygotowuje się do długich wysiłków i wreszcie widać co dały godziny poświęceń. Może nie jestem dobry na leśne ściganie w LBM, ale tutaj można zweryfikować swoją formę w czymś zupełnie innym. Jeżeli nic w lidze LBM nie zmieni się z dystansami trzeba będzie zmodyfikować w przyszłości swoje plany startowe. Zamiast wypruwać sobie flaki w ściganiu się z kolegami na krótkich dystansach po lasach wokół wielkich miast wybieram jednak epicką wielogodzinną walkę ze sobą i własnymi słabościami.

Jest wreszcie ostatni bufet, na bufecie nawet herbata z miodem z tej radości to już nawet pozwalam sobie na salami. Już jestem pewien, że nic mnie nie zdoła powstrzymać. Jeszcze 50 kilometrow, a właściwie to 40 bo pamiętam z mapy, że ostatnie 10 to zjazd.

Kolejny raz okazało się jak błędne są tego rodzaju wyobrażenia. Zaczyna się totalny opad. Z licznika jeszcze kilkanaście km do mety. Później okazuje się, że jeszcze dodatkowe 6 (razem licznikowo wyszło 546) i nie z góry a pod górę , po autostradzie bo wygospodarowali nam dwa pasy na obwodnicy Oslo. Tak się zdołowałem tym wszystkim, że te ostatnie 10 kilometrów zajmuje mi chyba 45 minut.

Wjazd na metę w czasie 23:24. Strasznie dumny z siebie jestem chociaż później zostaję sprowadzony na ziemię widząc 1256 miejsce i dopiero dokładniejsza analiza wyników pozwala stwierdzić, że jak na pierwszy tego rodzaju start w życiu tragicznie nie wypadłem. Bardzo przyjemnie, spiker wyczytuje coś przypominającego moje nazwisko, dopadają mnie dwie osoby, odkręcają czipa, dostaję finiszera i medal. Kobiety z zespołów z wielkimi bukietami kwiatów, mężczyźni z wieńcami laurowymi, atmosfera wielkiego święta.

Meta zlokalizowana jest w pobliżu lodowiska Wchodzę do środka, oddaję rower w przechowalni, odnajduje bagaż, szybko przebieram się w ciepłe ciuchy i idę na górę do przygotowanej noclegowni od czasu do czasu jedynie potykając się o tych, którzy nie mieli nawet siły wejść po wyścigu na pierwsze piętro, tylko śpią gdzieś na podłodze niczym nie przykryci, w przemoczonych szmatach przy swoich maszynach. Widoki niesamowite, ale sam już nawet nie mam sił wyciągnąć aparatu aby zrobić im zdjęcie.

Kosmodrom, dwie godziny snu, bufet, sen, sen i jeszcze raz sen.

Panie Prezesie! Melduje wykonanie zadania nr 3.

teks ze strony velmar.pl

Facebook