Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Srebrna Góra przywitała nas deszczem
6 sierpnia 2005
Klasyk Kłodzki 2005
10 sierpnia 2005

Maraton Klasyk Kłodzki 2005
Daniel  Wigor  Śmieja

Przygotowania do Klasyka Kłodzkiego były takie same jak do wielu innych maratonów w których startowałem, czyli kilka godzin jazdy na rowerze w połączeniu z odpowiednia dietą w tygodniu poprzedzającym start. Na jednym z treningów podczas skoku przez betonowe koryto rowu wgniotłem tylną obręcz do środka, ale co tam koło prawie się nie zcentrowało, parę ruchów kluczem do szprych i było prawie jak nowe, tyle że pozostało w nim charakterystyczne bicie na równym asfalcie. Na kolejnym treningu, zresztą tak jak za każdym razem jak przejeżdżam przez Jasne Błonia w Szczecinie, zeskoczyłem z tamtejszych 3 małych schodków i po wylądowaniu jakoś dziwnie zaczęło nosić rower na lewo, z początku myślałem ze skrzywiłem ośkę albo cos w tym stylu, ostatecznie stwierdziłem, że to jednak coś nie tak z ramą i przestałem zawracać sobie tym głowę.

W nocy przed wyjazdem postanowiłem odpompować koła, i żeby nie było za mało wcześniejszych usterek to wyrwał mi się wentyl z tylnego koła, szybko znalazłem w kartonie jakąkolwiek dętkę i ja założyłem. Rower był przygotowany do startu. Jeszcze tylko się spakować i można jechać. Jednak jak to w życiu bywa pakowanie na ostatnią chwilę i zawsze czegoś się zapomni. Pewny, że wszystko zabrałem pojechałem razem z kolegami ze Szczecina do Srebrnej Góry.

Do Bazy Maratonu dotarliśmy ok. 23, szybka rejestracja w biurze zawodów, ostatnie poprawki w ustawieniu roweru, ale coś jest nie tak z ciśnieniem w tylnym kole, nie zastanawiając się długo stwierdziłem, że dętka ma mikro szczeliny, które najlepiej zakleja się mlekiem, tylko skąd wziąć mleko o północy, pozostał tylko inny specyfik zakupiony na trasę maratonu, mianowicie Gatorade, który po wpompowaniu do dętki doskonale ją uszczelnił. Jeszcze tylko przygotować sobie spanie na sali gimnastycznej, a tu kolejna niespodzianka, w plecaku brak butów rowerowych, tym to akurat już najmniej się przejąłem bo i tak cały tydzień dostarczył mi moc wrażeń i już mało co mogło mnie zaskoczyć. Tak więc spokojnie położyłem się spać, zostawiając problem butów na rano.

Pobudka wyjątkowo późno ok. 8 rano, start mojej grupy zaplanowany był na 9:40, to pozostało sporo czasu na zrobienie śniadania i znalezienie odpowiednich butów. Na szczęście w Bazie Maratonu była wypożyczalnia rowerów, jednak nie mieli tam żadnych butów SPD, pozostało mi tylko wykręcenie z jednego z rowerów zwykłych platform, zawsze to lepiej niż jechać w adidasach na Time’ach.

Nareszcie wybiła 9:40 i ostro ruszyliśmy od razu pod górę. Razem z Markiem Dynaka i Dominikiem Mirowskim narzuciliśmy całkiem spore tempo podjazdu, jednak Dominik go nie wytrzymał i szybko pozostał w tyle, i szybko dogoniliśmy kilka osób startujących przed nami, część z nich pod koniec podjazdu przyłączyła się do naszej dwójki i w grupie 6-7 osobowej ze średnią prędkością ponad 30km/h dojechaliśmy do podjazdu przed Kudową, który poszarpał nasza grupę. W ostateczności jechaliśmy już tylko we trzech, ja Marek i Stanisław Jutel. Ponieważ jechałem góralem na oponkach 1,9” mogłem pozwolić sobie na szybszy zjazd do Kudowej niż koledzy na szosówkach, jednak jak się zrobiło trochę bardziej płasko i lepszy asfalt od razu mnie dogonili. Na PK w Kudowej szybkie załatwienie formalności i w drogę. Z PK odjechałem jako pierwszy z naszej trójki, tak wiec jechałem powoli czekając na kolegów aż mnie dogonią, i spokojnie razem jechaliśmy dalej. Po kilku kolejnych km po raz pierwszy wyprzedziła nas kilkuosobowa grupa z wyższymi nr startowymi, a ponieważ nie poruszali się dużo szybciej dołączyliśmy do nich, jednak po kilku drobnych podjazdach w miarę szybkim tempem stwierdzimy, że to dla nas za szybko i odpuściliśmy. Podjazd pod Zieleniec dał się ostro we znaki Markowi i nie wytrzymał tempa narzuconego przeze mnie i Stanisława, tak wiec już tylko we dwóch jechaliśmy dalej razem, od czasu do czasu wyprzedzając innych uczestników lub załapując się do wspólnej jazdy z mocniejszymi zawodnikami. Już tradycyjnie znacznie szybciej pokonywałem zjazdy od kolegi na szosówce, zważywszy na remont nawierzchni w okolicy Zieleńca, W jednym miejscu było takie fajne brązowawe błotko, a ja z całego rozpędu przez nie przeleciałem ochlapując nim całkowicie rower i siebie. A niby miał być to maraton szosowy.

Po dotarciu do kolejnego PK i kilkunasto sekundowym pobycie na nim, był kolejny szybki i bardzo kręty zjazd do Bystrzycy Kłodzkiej, na którym znowu wyprzedziłem kilkuosobowa grupę szosowców, z którymi mniej więcej w tym samym czasie wyruszyłem z PK, jednak po wyprostowaniu profilu szybko mnie dogonili i tyle ich widziałem.

Stanisław dogonił mnie dopiero kilka kilometrów za Bystrzycą i razem wtoczyliśmy się na Przełęcz Puczaczówka. Na szczycie dogoniliśmy Krzyska Wiktorowskiego, z którym razem przekroczyłem tamtejsza linie METY, prawdopodobnie z innych zawodów.

Krzysiek poszedł w dół jak przecinak, mimo że asfalt był mokry po krótkim opadzie deszczu, a zjazd był bardzo kręty. Wolałem nie ryzykować bezpośrednio jazdy za nim i trzymałem bezpieczną odległość. W Stroniu Śląskim był kolejny PK, na którym jak zwykle zabawiłem kilkanaście sekund i pojechałem spokojnie dalej, czekając na kolegów aż mnie dogonią.

Na podjeździe za Lądkiem Zdrój, zaliczyłem kilka większych dziur z rzędu i nagle dziwnie zaczęło nosić moim rowerem, dokładnie takie samo uczucie jak po tym kilka dni wcześniej feralnym skoku ze schodów. Patrze na przednie koło, wszystko w porządku, pomyślałem że pękła mi tylna ośka. Patrze na tylne koło, wszystko niby w porządku, jednak nim zdążyłem podnieść głowę do góry już leżałem na asfalcie. No i masz pękła rura sterowa w widelcu, od razu wiedziałem, że było to wynikiem skoku kilka dni wcześniej. W pierwszej chwili pomyślałem, że już po zawodach, no ale w końcu był samochód techniczny na trasie. Złapałem za telefon i niestety nie maja czegoś takiego na stanie. Tak wiec pozostały już tylko saperskie patenty. Pozbierałem łożyska z asfaltu i odłożyłem rower na pobocze, zastanawiając się co tu można zrobić. Pierwsza myśl wcisnąć kawałek kołka, ułamałem pierwszą lepszą gałąź, jednak okazała się za słaba. No nic w takim razie pozostało się wrócić do Lądka i poszukać sklepu rowerowego z nadzieją, że będzie otwarty. W tym samym momencie przejeżdżał inny uczestnik maratonu i zwrócił mi uwagę ze 200m pod górę jest wieś, tak więc złapałem rower pod pachę i poszedłem do pierwszego z brzegu domu. Pukam do drzwi, nic tylko pies szczeka, pukam znowu, dalej tylko szczekanie słychać. To znowu rower pod pachę i do kolejnego domu, a były tylko dwa bezpośrednio przy głównej drodze. Pukam, po chwili otwiera drzwi starsza Pani, mowie jej co się stało i pytam się czy we wsi jest jakiś spawacz, a Pani powiedziała, że poprosi męża. Przyszedł gospodarz a ja dalej pytam się czy we wsi jest jakiś spawacz, wytłumaczyłem o co chodzi, popatrzał na rower i stwierdził, że po co spawać, skoro jego znajomy gdzieś tam ma coś takiego. Wsiadł w trabanta i pojechał. W miedzy czasie zabrałem się za rozbieranie roweru i co chwila przejeżdżali inni uczestnicy, a co drugi na wieść, że połamałem widelec wypowiadał tylko słowa: „O w mordę”. Po ok. 10-15min wrócił gospodarz z „nowym” zielonym widelcem .Gospodarz poprosił, o krótką sesję zdjęciową w celu pokazania miejscowym władzą co się dzieje z rowerami na tutejszych drogach. Szybko na oko stwierdziłem, że widelec się nadaje, sprawdziłem tylko długość gwintu na rurze sterowej i zabrałem się za skręcanie. Na początek poszły do przykręcenia hamulce, i od razu okazało się, że gwint w piwotach jest za krótki. Zapytałem się gospodarza czy ma może gwintowniki, poszedł do komórki i po chwili wrócił z kompletem gwintowników. Szybko znalazłem odpowiedni M6 i zabrałem się za przegwintowywanie. Po paru minutach hamulce były na swoim miejscu. Następnie przyszła kolej na przykręcenie widelca do ramy, i znowu wyszła kolejna niedogodność, gwint na rurze był za krótki o ok. 2-3mm ale to było do zaakceptowania i już nawet nie pytałem się gospodarza czy przypadkiem nie ma takiej narzynki. Skręciłem ile się dało, skontrowałem nakrętką i już chcę zakładać mostek a on nie pasuje, średnica otworu w rurze sterowej jest za mała. Gospodarz bez namysłu powiedział, że można to rozwiercić i przyniósł z komórki specjalne regulowane ręczne rozwiertaki. Po kilku przejazdach tym urządzeniem mostek dało się wcisnąć do rury sterowej. Pozostało już tylko przykręcenie koła, regulacja klocków hamulcowych, zamocowani linki hamulca i czujnika licznika i można było jechać dalej. W chwili gdy wykonywałem tą ostatnią czynność przyjechał samochód techniczny, który na swoim wyposażeniu miał cały rower. Ponieważ już uporałem się sam z problemem połamanego widelca nie musiałem korzystać z ich pomocy. Po ok. 1,5 godzinnej naprawie mogłem dalej kontynuować maraton.

Jak tylko ruszyłem zaraz dogonił mnie inny mocny uczestnik, który też miał problemy z rowerem, ale drobne w porównaniu do moich, kilka przepitych dętek, tyle że stracił dużo czasu na czekanie na samochód techniczny. I tak we dwóch spokojnie ok. 20km/h zrobiliśmy podjazd przed Złotym Stokiem. Na zjeździe dogoniliśmy Jurka Złotowskiego, który akurat zatrzymał się aby uzupełnić bidon z pobliskiego strumienia. Niestety zmiana geometrii roweru i zbyt luźno skręcone stery nie pozwoliły mi na szybki zjazd w dół, po krętej i dziurawej drodze. Na jednym z zakrętów dogonił mnie Jurek, akurat obróciłem się do tyłu i tylko zobaczyłem jak sunie bokiem po asfalcie. Krzyknąłem czy nic mu się nie stało, nic nie odpowiedział, zawróciłem żeby zobaczyć co się dzieje, na szczęście tylko się trochę podrapał i już razem zjechaliśmy do Złotego Stoku. Później jeszcze kawałek jechaliśmy razem, jednak Jurek odpadł na jednym z podjazdów i dalej jechałem już sam. Na kolejnym długim podejdzie ze sterów zaczęły wydobywać się dziwne skrzypienia, zalałem je olejem do łańcucha, przestały na kilka sekund, po czym znowu zaczęły skrzypieć. To zalałem je drugi raz, ale po chwili dalej to samo, dopiero jak przyszła ulewa to przestały. I tak cały zjazd do Kłodzka i aż do Barda ciągle w ciepłym letnim deszczu. Od razu nabrałem ochoty do dalszej walki, ale jak tylko przestało padać to ją straciłem, na szczęście pozostało już tylko ok. 10km do mety.

W chwili gdy mijałem tablicę z napisem „Srebrna Góra 9” otrzymałem telefon od Grześka Grabca, sędziego głównego, z pytaniem gdzie jestem, odpowiedziałem, że właśnie zostało mi 9km do mety, a on z wielkim zdziwieniem pyta się czy jadę na rowerze, odpowiedziałem mu, że przecież nie na hulajnodze. I tyle było tej rozmowy.

Po ok. 20min dotarłem do mety z czasem 9h 32min, zajmując 51 miejsce w klasyfikacji OPEN i 3 w swojej kategorii, a co najważniejsze utrzymałem pozycje lidera w klasyfikacji generalnej Pucharu Polski w kategorii MTB.

Na mecie wszyscy byli bardzo zdziwieni jak to się stało, że połamałem widelec i udało mi się ukończyć maraton, a opowieści o tym nie było końca.

Tekst pochodzi ze  strony  LIRO Racing Team

Facebook