Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2021

Stargard
08.05

Płoty
19.06

Łobez
17.07

Pniewy
14.08

Gryfice
25.09
Noclegi w Świnoujściu
11 maja 2012
Grupy startowe w Świnoujściu
18 maja 2012

Marzena Szymańska, znana z wytrwałego pokonywania podczas maratonów cyklu Pucharu Polski najdłuższych dystansów opowiada o swojej rowerowej pasji, która zaczęła się właściwie dopiero w 2004 roku, kiedy... nauczyła się jeździć rowerem. W tym roku, tę miłośniczkę roślin i skrupulatną kronikarkę zapewne również spotykać będziemy na dystansach giga.

Z Marzeną Szymańską, znaną z pokonywania na rowerze najdłuższych dystansów, pasjonatką nie tylko kolarstwa, o rowerze i maratonach cyklu Pucharu Polski, a także mniej rowerowych kwestiach rozmawia Małgorzata greten Pawlaczek.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z rowerem?
Moje początki były dość nietypowe. Miałam jakieś 10 lat i strasznie zazdrościłam innym dzieciakom tego, że potrafią jeździć na rowerze. Jako chorowite dziecko bardzo często trafiałam do szpitala, nigdy nie ćwiczyłam na lekcjach WF, a rodzicom nawet nie przyszło do głowy, by sprawić mi rower. W tamtych czasach modne było zbieranie puszek. Za sprawą wujka miałam dużą kolekcję. Co ciekawsze egzemplarze dawałam koledze, który w zamian woził mnie na bagażniku swojego czerwonego składaka. Miałam chyba 14 lat, kiedy po długich namowach uprosiłam tatę, by nauczył mnie jeździć na rowerze. Źle się to skończyło. Jego rower był dla mnie za wielki, w dodatku nie do końca sprawny. Porządnie się potłukłam i z nauki nic nie wyszło. Po raz drugi spróbowałam w 2004. No i wreszcie się udało! Krótko po tym, jak nauczyłam się trzymać równowagę, bez żadnego przygotowania przejechałam 30 km. Nie czułam żadnego zmęczenia. Wszyscy byli tym zaskoczeni. A ja zaczęłam się zastanawiać, ile bym musiała przejechać, by poczuć zmęczenie?

Dość niecodzienna historia. Ale i mnie długo wydawało się, że wszyscy dorośli ludzie potrafią jeździć rowerem, dopóki w jednym z wrocławskich parków nie spotkałam dwojga młodych ludzi: chłopaka, który swoją dziewczynę uczył utrzymywać równowagę na jednośladzie. A dlaczego akurat rower stał się Twoją pasją? Zrealizowałaś „marzenie” z dzieciństwa?
Właściwie nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Może właśnie dlatego, że kiedyś to było dla mnie coś zupełnie nieosiągalnego. Wszyscy jeździli, a ja nie. Jeszcze zanim wsiadłam na rower wydawało mi się, że taka jazda musi być bardzo fajna. Wsiadasz i po chwili jesteś na drugim końcu wioski. Rower nigdy nie kojarzył mi się z wysiłkiem, tylko z łatwym przemieszczaniem się z miejsca na miejsce. Przez moją Wierzenicę co roku prowadzony jest wyścig szosowy mastersów. Barwny peleton pędzący koło domu. To wszystko bardzo mnie przyciągało.

Podoba mi się takie podejście: „nie kojarzę roweru z wysiłkiem”. Co zatem uważasz za swój największy rowerowy wyczyn?
Wiele zależy właśnie od tego, co się przez ten wyczyn rozumie. Jeśli pokonaną odległość, to z pewnością przejechanie dystansu ULTRA w maju zeszłego roku w Gryficach. Jeśli uzyskaną średnią prędkość, to wyczynem będzie zajęcie II miejsca w VIII Ogólnopolskim Wyścigu Kolarskim o Puchar Prezesa Firmy MERX, rozegranym w zeszłym roku w Wągrowcu. Najtrudniejsza dla mnie jest jazda rowerem zimą, w dużym mrozie. Największy mój wyczyn to przejażdżka rowerowa przy -6°C. Co roku rywalizuję z kolegą z klubu AKTR Cyklista – Darkiem Rauem (czasem pojawia się na Supermaratonach). Rywalizację wygrywa ten, kto w ciągu roku przejedzie więcej kilometrów. W zeszłym roku wygrałam. To sukces, który dał mi dużo radości i którym chętnie się chwalę.

Jesteś w tej szczęśliwej sytuacji, że Twój mąż, Krzysztof podziela Twoją rowerową pasję. Czy to ułatwia przygotowanie do maratonów i wyjazdy na rowerowe imprezy?
Z pewnością ułatwia to organizację wyjazdów na rowerowe imprezy, łatwiej też jest zaplanować rowerowe wakacje. Na maratonach wygląda to bardzo różnie. Nawet jeśli jedziemy razem, nie zawsze siedzę na kole. Krzysztof jest bardzo mocny i często mi odskakuje. Choćby teraz w Trzebnicy był na premii górskiej 8 open. A przecież on w ogóle nie trenuje! W styczniu 2008 miał fatalny w skutkach wypadek, gdy jechał rowerem do pracy. Wcześniej osiągał bardzo dobre wyniki w maratonach MTB i w zawodach XC. Po wypadku, niestety, w terenie wyczynowo jeździć już nie może. Pozostała szosa. Zdaję sobie sprawę z tego, że on trochę się nudzi jeżdżąc ze mną. Mamy taką umowę, że na maratonach górskich każde z nas jedzie „na siebie”. Tak więc sama jechałam w Polańczyku w 2009, w Klasyku Kłodzkim i Liczyrzepie w 2010. Sama pojechałam równie w ubiegłorocznym maratonie w Łobzie. Ładnie natomiast współpracowaliśmy między innymi w Gryficach, czy teraz, w Trzebnicy. Kiedy stoję na linii startu, nigdy nie wiem jak potoczy się nasza współpraca. Jeśli chodzi o przygotowania do maratonów, to w zasadzie żadne z nas się nie przygotowuje. Jedyne co robimy, to jeździmy rowerami do pracy, a w weekendy na rajdy.

Oprócz maratonów Pucharu Polski bierzesz udział w innych rowerowych zawodach?
Zdarza mi się, choć Supermaratony, z racji długich dystansów, lubię najbardziej. Startuję w innych imprezach, jeśli rozgrywane są blisko mojego miejsca zamieszkania. Kiedyś próbowałam swoich sił w MTB. Szło mi marnie, bo jestem słabiutka technicznie. To co zyskiwałam na podjazdach, traciłam na zjazdach.

Od dwóch, trzech lat jesteś bardzo wysoko w rankingu Pucharu Polski, osiągasz znakomite wyniki. Co motywuje Cię do pokonywania najdłuższych dystansów i w jaki sposób trenujesz, godząc pracę z przygotowaniem do tak ogromnego wysiłku?
Te wyniki to dla mnie samej jest niespodzianka, bo zawsze uważałam siebie za bardzo przeciętną rowerzystkę. Nie jestem specjalnie szybka, ani spektakularnie mocna. Mam jednak dobrą wytrzymałość. Potrafię długo jechać i nie czuć zmęczenia. To czasem mnie złości, bo ja lubię być zmęczona, gdy zsiądę z roweru, a potem następnego dnia czuć w nogach, że jechałam. To zmęczenie pojawia się u mnie dopiero po przejechaniu najdłuższego dystansu. Poza tym ja po prostu lubię jeździć i uważam, że najfajniejszy pomysł na sobotę to cały dzień w siodle. Najdłuższe dystanse gwarantują mi taką właśnie rozrywkę, dlatego je preferuję. Jeśli chodzi o trening, to nie trenuję wcale. Nie ma więc problemu godzenia pracy i treningu. Na maratonie po prostu wsiadam na rower i jadę.

W tym roku również chcesz utrzymać wysoką pozycję w PP?
Nigdy nie planuję z wyprzedzeniem. Na razie muszę wyleczyć do końca chore ścięgno. Chciałabym bardzo wystartować w Gryfickim Maratonie.

Masz swoje szczególnie ulubione maratony?
Lubię je wszystkie!

Co sądzisz o nowym regulaminie PP?
Uważam, że powinna zostać utworzona osobna kategoria M7 i K7. Jeśli chodzi o losowanie, to myślę, że jeśli ktoś ma się z kimś zjechać na trasie to i tak się zjedzie – dogoni, poczeka lub zwyczajnie dojedzie. Cieszę się, że pozostawiono kategorię rowery Inne.

Czym zajmujesz się zawodowo?
Ukończyłam ochronę środowiska na UAM w Poznaniu i obecnie jestem urzędniczką. Pracuję 12 km od domu.

Masz również jakieś inne pasje, zainteresowania?
Kiedy nie jeżdżę na rowerze, chętnie piszę o tym, że jeździłam. Piszę dla siebie. Mam oprawione kroniki rowerowe od 2007 roku. Niekiedy tym pisarstwem dzielę się z innymi. Ostatnio nawiązałam współpracę z czasopismem Rowertour. W lutym ukazał się mój artykuł o rowerowej wakacyjnej podróży z sakwami po Portugalii, w majowym numerze ukazał się tekst o norweskim szlaku Rallarvegen. Poza tym uwielbiam moje zwierzaki: jaszczurkę Leona, z którym żyję w przyjaźni już od 7 lat i kota Wiktora. Moją pasją jest też uprawa roślin doniczkowych. W naszym domu są niemal wszędzie: wiszą na ścianach, stoją na parapetach, stole, mikrofali, w terrarium Leona, na sprzęcie grającym, na półce nad łóżkiem, na komodzie i na stoliku koło kompa. Rośliny sprawiają, że u nas zawsze jest wiosna.

Dziękuję za rozmowę. Trzymam kciuki za pomyślne straty w tym sezonie!

Autorem zdjęć jest Piotr pepe Pizoń

Facebook