Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
28.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Ranking górski po 12. imprezach
8 lutego 2010
Klasyk Radkowski zaprasza!
16 lutego 2010

Jakiś czas temu odkryłem wśród mych przyjaciół, z którymi współdzielę jako kibic pasję kolarską, że i oni zimową porą przerzucają się na biatlon. I to nie chodzi o to, że biatlon staje się jakimś zastępstwem dla kolarstwa. Biatlon i kolarstwo są naszymi ulubionymi dyscyplinami sportu - pisze Dobrosław Barwicki-Picheta.

A przecież specjalnie wiele ich nie łączy, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Jednak dopiero ostatnio zacząłem sobie zaprzątać głowę myślami powstałymi wskutek skojarzenia przez me i nie tylko me upodobanie tych sportów. Ale może po kolei.

Jak to się zaczęło
Jak zwykle – przypadkiem; i w obu razach winny był… Eurosport. Zdaje się, biatlon był nieco starszą pasją, starszą o około rok. Bodajże w 1994 roku, zimą, usłyszałem gdzieś (wyczytałem zapewne w Tempie) o sukcesie żeńskiej drużyny biatlonowej na mistrzostwach Europy. Przy okazji musiałem się też rozchorować, bo pamiętam, że trafiłem na rzeczonym Eurosporcie w godzinach dość porannych na transmisję jakiegoś pucharu świata, choć powinienem był być wówczas w szkole. I oglądane zjawisko zainteresowało mnie – na tyle, bym przyswoił sobie panujące w nim reguły i baczniej zaczął przyglądać się kolejnym zawodom. A już po roku nastąpiło coś, co scementowało me przywiązanie do biatlonu.

Początkowo były to niezłe występy Tomasza Sikory w pucharach świata, a następnie szok: tytuł mistrzowski w Antherselvie. Pamiętam ten dzień, gdy wróciłem ze szkoły i w Eurosporcie podrzucano akurat powtórkę, która dla mnie była jak live. Po prostu nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem. Później Tomasz już nie dawał tylu powodów do zachwytu, a właściwie to szło mu coraz słabiej i tylko mały wybryk drużyny na mistrzostwach świata, czyli brąz (ech, miło wspominać, jak to Wojtek Kozub narzucił lepsze tempo na ostatnim kółku od Frode Andresena…) były ostoją dla patriotycznej otuchy. Jednak zawody biatlonowe – mimo nieobecności w czołówce rodaków – wcale nie były nudne.

W końcu trafiłem na czasy największego geniusza w historii biatlonu: Ole-Einara Bjorndalena, któremu wcale nie było łatwo w rywalizacji z Rafaelem Poiree i całymi tabunami świetnych Niemców i Rosjan. A przy tym jakże miło było i wciąż jest oglądać rywalizację przedstawicielek płci pięknej. Nie mająca szczęścia do igrzysk olimpijskich Magdalena Wallin-Forsberg i jej rywalki: Usi Disl, Liv-Grete Skjelbraid, Francuzki, Rosjanki czy obecnie najbardziej elektryzująca stadiony biatlonistka: Magdalena Neuner – tych emocji nigdy nie odpuszczałem sobie i ciągnąłem przed telewizor czy monitor jak ćma w ogień. Z tym większą satysfakcją, gdy Tomasz Sikora wrócił i na stałe zadomowił się w światowej czołówce.

Również przypadkiem i również dzięki sukcesom rodaka „trafiłem” do kolarstwa. To był rok 1995, gdy wpadłem na transmitowane przez niemiecką stację DSF Giro d’Italia. Akurat była czasówka i przez burzę (w Polsce, nie we Włoszech) rwał się obraz, jednak w chwilach między kolejnymi piorunami spostrzegłem, że nieźle jedzie Zenon Jaskuła, który był gdzieś w pierwszej dziesiątce tego etapu. Co prawda potem na kilka tygodni zapomniałem niemal o kolarstwie, ale o Jaskule znów było głośno: w Tempie czytałem, że bardzo dobrze radzi sobie w Tour de Suisse. Nie wiedziałem, co to znaczy, ale gdy trafiłem na relację ze Szwajcarii w Eurosporcie, to postanowiłem sprawdzić. I sprawdzam do dziś.

I wprawdzie sukcesów specjalnych nasi rodacy nie notują w kolarstwie, nawet w połowie zbliżonych do tych Tomasza Sikory w biatlonie, to kolarstwo wciąż mnie kręci – w dużej mierze dzięki różnorakim konkursom wokółkolarskim opierającym się na zestawianiu drużyn. To dość ważne dla kibica: mieć swoich, z którymi się sympatyzuje, zwłaszcza gdy na rodaków nie można liczyć.

Co charakterystyczne, moje zainteresowanie kolarstwem przypadło na lata zmierzchu jednej wielkiej gwiazdy: Miguela Induraina i świetności kolejnej: Lance’a Armstronga, jednak wciąż daleko im do miana kanibala biatlonu, jakim z pewnością jest Bjoerndalen.

Niemniej jednak wciąż nie zabrałem się do znalezienia odpowiedzi na pytanie, co tak emocjonalnie zbliża kolarstwo i biatlon. I czy to nie jest tylko przypadek, że w mym i moich znajomych odczuciu akurat te dwie dyscypliny są tymi „naj”.

Nieprzewidywalność
Biatlon jest zdaje się najbardziej nieprzewidywalną dyscypliną sportu. Na starcie nie ma pewnych kandydatów do zwycięstwa. A grono faworytów każdego biegu, no, może poza pościgowym, który jest w dużym stopniu zdeterminowany, sięga często nawet dwudziestu nazwisk. Podobnie jest w kolarstwie: tu średnio trudny etap bądź wyścig jednodniowy może wygrać niemal każdy zawodnik, aczkolwiek im bardziej specyficzny i trudny wyścig, tym grono faworytów zawęża się: płaski etap wygra Cavendish, Tour de France – Contador, a mistrzostwo świata w jeździe na czas – Cancellara (oczywiście, decydujące znaczenie ma tu literka „C”).

Zmienność sytuacji
Najbardziej fascynujące w biatlonie jest ciągłe (tzn. co strzelanie) tasowanie się głównych bohaterów wydarzeń. To już nawet nie tyle do ostatniego strzelania, co do ostatniego strzału często nie wiadomo, jak się potoczą losy biegu. Biatlon pod tym względem nie ma sobie równych w całej dziedzinie sportu. Pod tym względem kolarstwo znacznie ustępuje biatlonowi – bardzo rzadko zdarza się wyścig tak gmatwający się i pełen zwrotów akcji, jak przeciętny mass-start w biatlonowym PŚ. Ale gdy już się zdarzy… kibic kolarski jest wniebowzięty.

Nie takie proste w odbiorze
Obie dyscypliny – choć to nie jest ich wyłączna własność – wymagają od odbiorcy zadania sobie trudu zgłębienia zawiłości regulaminowych (w biatlonie) i taktycznych (w kolarstwie). Dopiero wówczas stają się atrakcyjne – kiedy się wie, dlaczego oni się kładą na tej macie, a nie stoją, czemu jedni stoją, a drudzy się kładą, po cholerę lecą do tego ogródka, czemu doładowują itd. A kolarstwo: dopiero po jakimś czasie się okazuje, że te tabuny ludzi na rowerach to wcale nie taka bezładna masa i każdy ma w niej swoje miejsce. I przestaje być idiotyczne, że ktoś ucieka po to, by zostać złapanym przed metą. Dobrze też zorientować się, dlaczego kilku kolarzy poświęca swoje szanse, by wygrać mógł inny, albo dlaczego rywal z ucieczki oddaje zwycięstwo etapowe bez walki. Dopiero poznawszy te „tajemnice”, w pełni można delektować się rywalizacją atletów.

Proces, a nie zdarzenie; rywalizacja
Najważniejszym wspólnym elementem obu dyscyplin jest ich procesualny charakter. Biegi biatlonowe i wyścigi kolarskie są rozłożone w czasie i każdy ich moment może mieć wpływ na ostateczny wynik. Dlatego też w napięciu ogląda się całe zawody, bo w każdej chwili może się wydarzyć coś, co zadecyduje o ich losach. I nigdy nie wiadomo, który to będzie moment.

Równie ważny jest tu element bezpośredniej rywalizacji z przeciwnikami. Biatlon nabrał rumieńców właśnie wtedy, gdy wprowadzono do niego nowe konkurencje: wyścig pościgowy i start wspólny. Nagle okazało się, że – co tu kryć – biatlon stał się najatrakcyjniejszą medialnie zimową dyscypliną, i coś, co nie sprawdza się do końca (przynajmniej moim zdaniem) w biegach narciarskich, gdzie masowe starty kończą się zwykle finiszem z peletonu, jest w biatlonie strzałem w dziesiątkę (czystym strzelaniem przy śnieżycy w Oberhofie w biegu indywidualnym). Tu przecież rywalizacja ramię w ramię, zwłaszcza na strzelnicy, dodaje smaku zawodom i z każdego wyścigu kreuje niezwykle emocjonujące wydarzenie. Gdy zawodnicy widzą, z kim przychodzi im rywalizować dajmy na to po dwóch strzelaniach, dobierają odpowiednią taktykę, wiedząc mniej więcej, jak dobrze rywal biega. To przyspieszają, żeby tym bardziej podmęczyć przeciwnika, by popełniał błędy na strzelnicy, to nie starają się za rywalem nadążyć, by zachować „oddech” na strzelnicę, to zupełnie przestają kalkulować i idą na żywioł, by później biegać kilka rund karnych. Są też tacy, których prowadzenie w wyścigu paraliżuje i np. strzelają do nie swojej tarczy (och, Daria, Daria…).

Nieco inaczej wygląda rywalizacja w kolarstwie. Tutaj rolę strzelnic, na których wiadomo, że coś się będzie działo, spełniają podjazdy, ewentualnie fragmenty brukowe, na których dokonywana jest z jednej strony selekcja negatywna, a z drugiej: stwarzają się najdogodniejsze okazje do zawiązywania skutecznych akcji zaczepnych. A że kolarstwo jest sportem drużynowym, bo wygrywać można tylko przy wsparciu drużyny, w tych rozgrywkach spore znaczenie dla sukcesu mają zagrywki taktyczne. Dwóch zawodników z jednej drużyny w ucieczce to często czynnik decydujący o zwycięstwie. A rywal, który zostanie pozostawiony bez pomocników – nie będzie mógł kontrolować poczynań przeciwników i najprawdopodobniej przegra. To wszystko sprawia, że na podjazdach wyścigi nabierają rumieńców i z wypiekami na twarzy obserwuje się, jak konfigurują się poszczególne odjazdy, czy mają szanse powodzenia, jaki jest w nich układ i co to znaczy dla losów wyścigu.

Dwóch wspaniałych
Jest jeszcze jedno kluczowe podobieństwo, choć dla mnie – akurat w kojarzeniu biatlonu z kolarstwem nie odegrało żadnej roli. Mianowicie, doskonała para komentatorów: Tomasz Jaroński i Krzysztof Wyrzykowski, którzy specjalizują się w wyczarowywaniu magicznej otoczki wokół transmisji z obu dyscyplin. Przekomarzając się i podrzucając ciekawostki i anegdtotki, a przy tym rzeczowo opowiadając o tym, co widzą (jeśli akurat patrzą, rzecz jasna) po protu przyciągają wiele osób do kolarstwa i biatlonu. Tak więc trochę żałuję, że nie miałem do tej pory okazji, by przysłuchiwać się relacjom pary J&W z zawodów biatlonowych i kultowe „rach, ciach, ciach” znam tylko z przekazów osób trzecich, a kolarstwo w ich obecności pochłaniałem raptem parę razy. Tym bardziej mogę poświadczyć legendarność komentatorskiej pary.

Ale o co chodzi
I tak sobie trochę popisałem o dwóch ulubionych dyscyplinach sportu – z pewnością nie wszystko ująłem, ale chyba najważniejszych spraw nie pominąłem. I wciąż nie wiem, czy to nie tylko na konto przypadku mogę zapisać tę dwu-fascynację. O mistrzostwie w obu dyscyplinach decyduje wytrzymałość, dojrzałość taktyczna, mentalność sportowego zabójcy, opanowanie, ale to dotyczy wszystkich dyscyplin wytrzymałościowych (które z grubsza rzecz biorąc w ogóle lubię oglądać), więc może w tym jest jakiś klucz. A podobieństwo w różnorodności: nieprzewidywalność ostatecznego wyniku – to po prostu cecha sportu.

Choć trzeba przyznać, że są to takie dyscypliny, w których nie ma murowanych faworytów, w których wcale nie zawsze musi wygrać ten najsilniejszy, ale wygrywa ten, który – owszem – jest mocny, ale przy tym najsensowniej powiąże wiele różnych czynników decydujących o ostatecznym triumfie. Wygrywa ten, kto wygra mentalnie – czasem skalkuluje najlepiej, a czasem w ogóle nie będzie kalkulował. I to jest takie piękne.

Ale czy to wszystko? Ja jednak wciąż nie wiem, dlaczego taka wiązanka: biatlon i kolarstwo. A może Wy wiecie, Kamilo, Michale, Waldku?

Dobrosław Barwicki-Picheta

Facebook