Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Krótka historia Supermaratonu rowerowego
3 maja 2003
KLASYK KŁODZKI- 29.06.2003
29 czerwca 2003

Świnoujście, 07-08 czerwca 2003 r.

Krzysztof Wiktorowski (wiki)
Jesienią ubiegłego roku, wśród lawiny żalów wylewanych nad złą organizacją Harpagana 24 w Pucku pojawiły się głosy konstruktywne. Były to propozycje zupełnie nowych – lepiej zorganizowanych – imprez ekstremalnych. Pomysł zorganizowania ogólnopolskiego supermaratonu w Świnoujściu (wcześniej impreza o charakterze kameralno-towarzyskim) był jedną z nich.

Pomysłodawcą i głównym organizatorem maratonu jest Wiesław Rusak (WiechoR), jeden z niewielu (a może jedyny) Polaków, którzy ukończyli słynny maraton Styrkerproven – liczącą 540 km trasę przez góry Norwegii z Trondheim do Oslo.

Kiedy czytałem jego relację z udziału w tym maratonie, dla mnie lubiącego pokonywanie dużych odległości, start w tego typu imprezie i dystans 540 km wydawał się czymś nierealnym, wręcz absurdalnym. Podobno kropla drąży skałę. Gdy kilka tygodni później pada propozycja zorganizowania podobnego supermaratonu w Polsce, decyzję o starcie podejmuję niemal natychmiast i bez zastanowienia.

Jak reagują na mój udział w maratonie, znajomi? Przyzwyczajeni do moich rowerowych wyjazdów – pytają:
– a przez ile dni będziecie jechać?
– tylko przez 30 godzin.
– no dobrze, 510 kilometrów przez 30 godzin ale ile dni będzie trwał maraton?
– maksymalny limit czasowy wynosi 30 godzin – powtarzam zniecierpliwiony
– ?!?

Przeliczenie godzin na dni wydaje się trudne dla skądinąd wykształconych ludzi. Czy tak trudne jak pokonanie przeze mnie tego maratonu? Nic to, grzecznie tłumaczę dalej:

– do maratonu startujemy w sobotę o godz. 9 rano, na metę musimy przyjechać najpóźniej w niedzielę o godz. 15.
– ale kiedy będziecie spać?
– w czasie maratonu każdy z uczestników może przeznaczyć dowolną ilość czasu na wypoczynek i sen. Trzeba tylko zmieścić się w limicie czasu 30 godzin. Zwykle nikt nie robi przerw na spanie.
– ?!?

Więcej pytań już nie pada. Na ich twarzach nie widać jednak żadnych oznak zrozumienia.

Przygotowania kondycyjne do startu w maratonie rozpoczynam już w styczniu. W Nowy Rok przejeżdżam 100 km a później dystans powoli ale systematycznie zwiększam. Po kwietniowym Harpaganie (relacja) zmieniam opony na cieńsze – bardziej użyteczne na asfalcie. Jedyny, w tym czasie, godny odnotowania trening i jednocześnie próba generalna przed Supermaratonem to powrót z Ostrzyc na Kaszubach do Łodzi. Jadąc przy pełnym obciążeniu 3 sakw przez 19 godzin pokonuję 390 km. Jestem bardzo zmęczony ale jednocześnie pewny możliwości przejechania 510 km w Świnoujściu.

Kilka tygodni przed startem WiechoR pyta wszystkich uczestników o wybrany dystans (255/510 km) i przewidywany czas jego pokonania. Odpowiedź ma decydować o przydziale do odpowiedniej grupy startowej. Po głębokim namyśle swoje możliwości oceniam na 510 km w 24 godziny (255 km – 11 godz.). Z tą chwilą start w supermaratonie staje się coraz bardziej bliski i namacalny.

Podczas pierwszej pętli planuję jazdę bez zbędnych przerw na wypoczynek. Celem jest osiągniecie jak najlepszego miejsca przy możliwie rozsądnym wysiłku (sił musi wystarczyć na całą trasę). Średnia szybkość 25 km/godz. i miejsce w pierwszej 30 w zupełności byłoby satysfakcjonujące. Spokojniejsza jazda na drugim odcinku powinna mi zapewnić miejsce w 10.

Pierwsze 500 km pokonuję pociągiem, który w piątek wczesnym rankiem wyrusza z Łodzi do Świnoujścia. Melduję się i obowiązkowo zapoznaję z drogami dojazdowymi z promu do bazy i z bazy do przejścia granicznego (wiem, że warto). Do wieczora pojawia się większość zamiejscowych uczestników maratonu. Niesłychana różnorodność sprzętu i ludzi. Obok młodzieży (najmłodszy zawodnik ma 16 lat), są weterani kolarstwa z 67 letnim Zbigniewem Nowakiem. Obok drobnych chłopaków są panowie z brzuszkiem. Są uczestnicy egzotycznych eskapad i tacy którzy na rowerze zwiedzali tylko Polskę. Nie sposób nie wspomnieć o jedynej kobiecie, którą jest Kinga Kamińska. Widać też pełny przekrój sprzętu jaki można spotkać na polskich drogach. Obok najprzeróżniejszych “górali” i rowerów trekkingowych jakie widziałem już na Harpaganie dochodzą wszelkiego rodzaju rowery szosowe, od starych kolarek po najnowsze osiągnięcia w tej dziedzinie.

W pokoju w którym obok mnie jest dwóch warszawiaków i chłopak z Rzeszowa, obstawiamy ilu uczestników skończy 510 km. Stawiam na 15 i później okazuje się, że niewiele się mylę. Cała nasza czwórka, choć z różnym czasem, zalicza cała trasę Supermaratonu.

Start ostry wyznaczony jest 2 km za przejściem granicznym. 10-15 osobowe grupki startują w odstępach 5 minutowych. Nic nie wskazuje, że uczestnicy mają do przejechania dystans co najmniej 255 km. Wszyscy ruszają w górę tak szybko jakby 400 m dalej, na pobliskim pagórku znajdowała się meta lub przynajmniej górska premia z wartościowymi nagrodami. Wkrótce szaleńczy zjazd, szutrową drogą. Mnie, tak od niechcenia udaje się tu wyciągnąć blisko 48 km/godz. Krótki podjazd, zjazd i nieoczekiwanie z Andrzejem Kaczmarkiem z Krosna odrywamy się od naszej III grupy startowej. Wbrew wcześniejszym założeniom, dostosowuję się do mocnego tempa dyktowanego przez “ściganta” zamierzającego przejechać tylko 255 km pierwszej pętli. Z trudnością wytrzymuję szybkość z jaką Andrzej pokonuje niewielkie podjazdy. Do Anklam pędzimy z szybkością sporadycznie spadającą poniżej 30 km/godz. Kiedy zmęczony zostaję nieco z tyłu mój towarzysz nieco zwalnia. Dość szybko mijamy większość osób ze startującej 15 minut przed nami grupy VII (teoretycznie najsłabszej). Później przychodzi kolej na bikerów z grupy II (5 minut przed nami). Jako ostatnich “kasujemy” Andrzeja Grabca i Rafała Melonka z Wrocławia. Anklam osiągamy po 1 godzinie i 25 minutach czyli, jak się później okazuje, z najlepszym międzyczasem. O kilka minut gorsi są nawet Niemcy startujący w wybitnie szosowej grupie pierwszej.

Znajdujący się w odległości zaledwie 42 km od startu punkt kontrolny w miejscowości Anklam, to jeszcze nie miejsce na odpoczynek. Rejestrujemy swój pobyt na punkcie, uzupełniamy wodę, zabieramy batony, banany i szybko ruszamy dalej. Po wyjeździe z miasta, prowadząc grupę, mylę zjazd w kierunku miasta Pasewalk. Przez krótką chwilę jedziemy w przeciwnym kierunku. Nasza grupa powiększa się gdy mijamy kolejno rowerzystów, którzy wykorzystali moją pomyłkę i znaleźli się przed nami. Adrenalina skacze w górę, szybkość – 30-40 km/godz. rzadko spada poniżej dolnej granicy tego zakresu. Ktoś optymistycznie twierdzi, że widoczne przed nami sylwetki to szosowcy z grupy I. To mobilizuje do pogoni. Szybkość rośnie. Wreszcie grupy łączą się gdzieś w drodze przed miastem Pasewalk.

Nie mam siły na dalszą tak szaloną jazdę i bez żalu puszczam “ścigantów” przodem. Po krótkim czasie dołączam do 2 osób, które tak jak ja odpadły z połączonych grup. Swoje rowerowe wyczyny okupuję skurczami. Przez dłuższy czas jadę z tyłu, starając jednocześnie rozluźnić mięśnie na miękkim przełożeniu. Sporadycznie skurcz w lewej nodze daje o sobie znać jeszcze przez kolejne 100 km. W tak ustalonym składzie (pamięć mnie zawodzi – być może były to numery 26, 35 lub 40) mijamy przejście graniczne w Lubieszynie (120 km osiągam po 4 godzinach i 9 minutach, przy średniej prędności 32,5 km/godz.). Tu, na punkcie kontrolnym, odpoczywają wyraźnie zmęczeni “ściganci”. Uzupełniam dawno wyczerpane zapasy wody, zjadam wyjątkowo smaczną, w tej sytuacji, bułkę przygotowaną przez organizatorów. Próbuję namówić kogokolwiek z odpoczywających do dalszej jazdy – bezskutecznie. Zdaje się, że regenerują siły, by ścigać się na trasie do kolejnego punktu kontrolnego w Stępnicy.

Zawierzam informacjom podanym przez organizatorów i przez Szczecin jadę dokładnie według załączonej instrukcji: “jazda zgodnie z drogowskazami na Świnoujście lub Gdańsk“. Wszystko jest OK kiedy jadę przez miasto. Po kilkunastu kilometrach wszystko wskazuje, że miasto już się skończyło, widzę drogowskazy z nazwami zupełnie nieznanych mi miejscowości. Jak w takiej sytuacji przejść do kolejnego punktu instrukcji: “po wyjeździe z m.Szczecin Dąbie skręt w lewo na drogę gminną na Załom, Kliniska …“, gdy wymienionego Szczecina Dąbie wcale nie było? Zatrzymuję się. Jedyny ratunkiem pozostają miejscowi aborygeni. Pytam się o najbliższą drogę do Goleniowa. Po chwili wszystko jasne, dawno, dawno temu minąłem drogę prowadzącą na Szczecin Dąbie. Teraz mogę zawrócić lub dojechać do autostrady. Wybieram jazdę autostradą – to brzmi dość atrakcyjnie.

Jest mi szczególnie przykro, bo nie tylko sam wybieram dłuższą drogę ale “sprowadzam na złą drogę” innego uczestnika maratonu – Grzegorza Foremnego. Publicznie biję się w pierś, oczywiście nie własną, lecz organizatorów.

Dojazd do autostrady to jeszcze kilka kilometrów niesprzyjającego wiatru. Później wiatr wieje już tylko w plecy. Główny przeciwnik zawodników to nieznośny upał. Napotkany na autostradzie termometr jeszcze o godzinie 15.45 wskazuje temperaturę powietrza 26,9 stopni i o 20 stopni wyższą (47) temperaturę asfaltu po którym się poruszam. Wodę zużywam zarówno wewnętrznie jak i na zewnątrz, leję na kark, głowę, spryskuję twarz. Pomaga … na krótką chwilę. Dodatkowa trudność, znana doskonale miejscowych bikerom, to stan nawierzchni -betonowe płyty i miejscami zupełny brak pobocza. Czy to ma być autostrada?

W końcu koszmar autostrady się kończy – zjazd do Goleniowa. Porównanie stanu licznika z odległościami podanymi przez organizatorów wskazuje, że na trasie Lubieszyn-Goleniów nadrobiłem 18 km. Oznacza to, lekko licząc, 30-40 minut straty. Przyznaję, wtedy byłem lekko podłamany, może by tak skończyć zabawę na pierwszej pętli?
N I E, nie po to jechałem przez pół Polski by przejechać tylko 255 km, to mogę zrobić niemal w każdy weekend w okolicy Łodzi. Pozostaje pewien żal ze straconego czasu ale jednocześnie mobilizacja – nic mnie nie powstrzyma przed wyjazdem na 2 pętlę.

Mijam samotnie punkt kontrolny w Stępnicy. Niewielka grupka tworzy się dopiero w drodze do Wolina. Jazda w grupie pozwala uregulować tempo jazdy również wtedy, gdy oni pilnują tylko mojego tylnego koła. Gdy po raz drugi nie wytrzymują tempa jakie narzucam prowadząc grupę, nie czekam i drogę z Wolina w kierunku Świnoujścia pokonuje samotnie.

Trochę obawiam się nieznanego mi dojazdu do promu w Świnoujściu. Szczęśliwie na kilka kilometrów przed Świnoujściem doganiam chłopaczka na góralu o niepozornych nogach i cienkich, zdawałoby się nieumięśnionych łydkach. Pozory mylą, dopiero później dowiaduję się, że ten gość to notoryczny zwycięzca ostatnich Harpaganów – Daniel Śmieja. Startując od niespełna roku w imprezach ekstremalnych mam jeszcze trudnoŚci by do znanych mi już nazwisk przyporządkować twarz bądź sylwetkę zawodnika. A ci najlepsi niekoniecznie wyróżniają się sprzętem, wyposażeniem, ubiorem czy umięśnieniem.

Spokojnie dojeżdżamy razem do punktu kończącego połowę trasy (jest godzina 18.55). Półmetek kończę z nieoczekiwanie dobrym czasem 9 godzin 55 minut i średnią prędkością 28,6 km/godz. Ten czas zapewnia mi dobre 33 miejsce.

II runda? – oczywiście że jadę.

Szybko wsiadam na czekający prom. Baza – szykuję napój z glukozy, robię kolejne kanapki z pieczonym mięsem, zmieniam skarpetki i koszulę. Chłodny prysznic i gorąca zupa gulaszowa stawia mnie na nogi. Zupa jest doskonała – a może tylko inna od z trudem przełykanych batonów.

Śpieszę się, chcę maksymalnie wykorzystać godziny jakie pozostały jeszcze przed zapadnięciem ciemności. Szczególnie obawiam się nocnego przejazdu przez Anklam. Na drugą rundę ruszam o godz. 19.40. Mimo pośpiechu zabrakło 5-10 minut by zabrać się z grupą, która ukończyła I rundę o 30-40 minut wcześniej. Szkoda – ta strata okazuje się już niemożliwą do odrobienia.

Nie pamiętam szczegółów trasy, którą pokonałem 10-11 godzin wcześniej. Błądzę już na samym początku, po wyjeździe z lasu. Droga którą wybrałem kończy się po 2 km, trzeba wracać. Dalsze odcinki trasy pokonuję już bez problemu. Nawet przejazd przez Anklam, nie nastręcza trudności. Na szczęście dopiero tu zaczyna się ściemniać.

Z wielkimi obawami wyruszałem na drugą pętlę, bynajmniej nie z chęci do kontynuowania wysiłku i dalszej jazdy rowerem. I tu miłe zaskoczenie. Pod wieczór temperatura powoli obniża się. Wiatr jest praktycznie niezauważalny. Samochody jeżdżą tylko sporadycznie. Nie odczuwam żadnego zmęczenia, dopiero teraz jadę z prawdziwą przyjemnością. Trochę niepokoi brak innych zawodników. Czyżby cały czekający na mnie jeszcze dystans przyszło przejechać samotnie?

Za skrzyżowaniem w Pasewalk (po 90 km jazdy), robię krótką przerwę, przelewam wodę z butelki do bidonu, zjadam kanapkę i na chwilę kładę się na trawie by rozprostować kręgosłup (gdy 3 tygodnie wcześniej pokonałem 390 km to właśnie ból kręgosłupa dokuczał mi najbardziej).

Kiedy powoli zbieram się do dalszej jazdy w krótkich odstępach mija mnie dwóch zawodników. Każdy z nich samotnie pokonał dotychczasową trasę. Wskakuję na rower i po chwili wszyscy jedziemy razem. Okazuje się, że jadę w wyśmienitym towarzystwie, jest Daniel Śmieja z którym kończyłem pierwszą rundę i weteran Andrzej Charusta z Wrocławia.

Skład grupki jest szalony: Andrzej – starszy ode mnie o 8 lat – jedzie na kolarce, ja na trekkingu, Daniel – młodszy o 28 lat – na góralu. Różnice wieku i sprzętu niwelują się wzajemnie i w takim właśnie składzie przejeżdżamy ostatnie 160 km. Jedziemy równo i bez szaleństw. Chociaż w ciemnościach trudno cokolwiek kontrolować, szybkość utrzymuje się zwykle w granicach 25-30 km/godz. Kilka razy zdarza się, że nie wytrzymuję narzucanego tempa i razem z Danielem zostajemy z tyłu. Jakoś żaden z nas nie śmie powiedzieć: Andrzej, jesteś lepszy jedź sam (i tak by się nie zgodził), albo krzyknąć by zwolnił. Nasza grupa musi wyglądać komicznie, gdy Andrzej prowadząc, kładzie się płasko na kierownicy a my mniej więcej od pasa w górę wystajemy ponad jego sylwetką. Gdyby wiało, taka osłona byłaby mocna problematyczna. Pomimo, że jedzie mi się doskonale, od czasu do czasu marzę o odłączeniu się od grupy, o samotnej jeździe i chociażby krótkich odpoczynkach.

Przejazd z Pasewalk do przejścia granicznego w Lubieszynie mija niepostrzeżenie. Tu krótki odpoczynek, banan, bułka z indykiem i ruszamy z Danielem przodem. Ponownie spotkamy się razem dopiero kilkanaście kilometrów dalej w Szczecinie. Przez opustoszale nocą miasto (jest godz. 2.30) pewnie przeprowadza nas, sobie tylko znanymi skrótami Daniel Śmieja – tubylec z pobliskiego Goleniowa.

Od Szczecina jedziemy już właściwie bez zatrzymywania. Na punkcie kontrolnym w położonej nad łąkami Stępnicy staramy się zatrzymać jak najkrócej. Tutaj jest naprawdę wilgotno i chłodno. Po raz pierwszy marznę. Zastanawiamy się czy się ubrać. Proponuję poczekać aż skończą się łąki i wtedy zadecydować. Rzeczywiście warto było poczekać, równo z mijanymi łąkami nieznośny chłód gwałtownie się kończy.

Nikt nie ma ochoty na wodę, batony rosną w ustach i trzeba dużego samozaparcia by przepchnąć je dalej. Organizm zaczyna sięgać do głębszych pokładów tłuszczu w organizmie.

Pierwsze objawy znurzenia dopadają mnie gdzieś przed Wolinem ale meta jest coraz bliżej (35 km), nie warto nawet myśleć o odpoczynku. O godzinie 6.31 kończymy maraton. Jestem zmęczony ale nie wyczerpany. Będąc pewny otrzymanej odpowiedzi, pytam sędziego: A gdzie można się zapisać na 3 rundę?

Mój dystans – ok. 530 km
Czas – 21 godzin 26 minut
Średnia prędkość – 27.08 km/godz. (I runda – 28,6, II – 25,7 km/godz.)
Czas jazdy 19 godzin 20 minut
Max prędkość 60,1 km/godz. – na autostradzie
Miejsce 12

Teraz prom i spokojny już zjazd do bazy. Planowałem przed zapowiedzianym na godz. 16.00 zakończeniem imprezy porządnie się wyspać. Niestety pomimo zmęczenia sen nie przychodzi. Trzeba poczekać na wyciszenie, uspokojenie organizmu.

Szkoda, czeka mnie jeszcze nocny powrót pociągiem do Łodzi. Ta ostatnia 500-ka jest najtrudniejszym etapem mojego wyjazdu do Świnoujścia. Organizm żąda snu padam z nóg a ja muszę pilnować by nie przespać przesiadki w Kutnie. Trochę drzemę. Nad ranem jestem w domu ale koszmar wcale się nie kończy. Właśnie dzisiaj zaczyna się remont kuchni, przyjdą fachowcy, będą skuwać kafelki. Trzy godziny snu muszą wystarczyć. Zmywam się do pracy. Muszę też odwiedzić znajomego z serwisu rowerowego, obiecałem wpaść po maratonie.

Co zrobić by pokonać trasę Supermaratonu? Wszyscy wiedzą, że potrzebne jest doskonałe przygotowanie kondycyjne. Zgadza się, ale okazuje się, że to nie wystarcza. Równie ważne jest pokonanie psychicznej bariery jaką stwarza perspektywa przejechania niewyobrażalnej odległości 500 km. Najtrudniejszy psychicznie jest półmetek. Porządnie już zmęczeni mamy do wyboru: rezygnację z dalszej jazdy i natychmiastowy odpoczynek lub jazdę nocą i kontynuowanie wysiłku przez kolejne 10, 15 czy więcej godzin. Pokusa jest tak silna, że ponad połowa z tych którzy deklarowali przed startem pokonanie całego dystansu zrezygnowało z wyjazdu na drugą rundę. Myślę, że wielu zrobiło to zbyt pochopnie.

To, że można było przejechać całość niech świadczy przykład młodych warszawiaków, Rafała Muszczenko i Cezarego Żabickiego, którym osobiście przed startem nie wróżyłem powodzenia. Pokonali całą trasę jadąc przez 29 godzin na rowerach górskich z grubymi terenowymi oponami. Na nogach tenisówki. Okazuje się, że sprzęt jest bardzo ważny ale nie najważniejszy. Nieraz wystarczy tylko bardzo, bardzo chcieć i konsekwentnie to realizować. Jestem pod wrażeniem i chylę głęboko głowę przed tym czego dokonali.

Mieszane uczucia mam natomiast wobec osiągnięć Roberta Peterczuka i innych szosowców. Może ktoś jest mi w stanie wytłumaczyć, co wspólnego z Supermaratonem ma pokonanie przez młodego, przygotowanego kondycyjnie faceta, na dobrym szosowym rowerze dystansu 255 km? To chyba lekkie nieporozumienie – pomylenie pojęć.

Wartym rozważenia rozwiązaniem, przy wzrastającym zainteresowaniu maratonem, byłaby rezygnacja z rozgrywania krótszego dystansu. Mobilizowałoby to wszystkich uczestników do pokonania całej 510 km trasy. Wadą takiego rozwiązania jest wyeliminowanie z udziału wszystkich tych dla których wyzwaniem i “superdystansem” jest już pokonanie 255 km.
Liczę, że zapotrzebowanie na tego typu imprezy sprawi, że będą powstawać konkurencyjne super-, mega-, gigamaratony. Teraz po oswojeniu 500-ki, chętnie powalczyłbym z 600-ką, 700-ką ….

Czy osiągnięte w tym roku czasy przejazdu są do poprawienia? Wszystko bardzo zależy od pogody. Ta, pomimo upału, była podczas tegorocznego Supermaratonu sprzyjająca kolarzom. Na pierwszej rundzie umiarkowany wiatr zmieniał się z zachodniego przed południem, na południowy w drugiej części dnia. Na drugiej rundzie wiatru właściwie niemal wcale nie było.
Z pewnością przyjadę za rok by to sprawdzić.

Tekst ze strony Wikiego


Facebook