Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Klasyk Kłodzki 2004
24 sierpnia 2004
Ultramaraton Dookoła Zalewu – Świnoujście 2004
30 września 2004

Paweł Koralewski

Moja przygoda z maratonem rowerowym zaczęła się zaledwie kilkanaście dni przed nim. Decyzja o wyjeździe zapadła bardzo szybko. Ponieważ miałem za sobą przynajmniej kilka solidnych treningów, doszedłem do wniosku, że w Świnoujściu przejadę te 250 km. Przy okazji po raz pierwszy nadarzyła się okazja do poznania sporej grupy zapaleńców kolarskich z całego kraju i nie tylko! Już w drodze pociągiem poznałem bardzo sympatycznego seniora Pana Wacława Żurakowskiego ze Świebodzina, który również podążał na maraton, ale z ambicjami sięgającymi dużo dalej niż moje. Zamierzał pokonać trzy pętle – 750 km! To był dla mnie szok, ale i byłem pełen podziwu dla jego młodzieńczego hartu ducha w ciele 60-latka. Wkrótce dołączył do nas kolejny uczestnik zmagań, Pan Jan Ambroziak ze Słubic – kolejny fanatyk kolarstwa, jeszcze starszy od Pana Wacława. Chociaż jego sprzęt stanowił nie najnowszy już rower trekkingowy bez przerzutek, na którym dźwigał wielkie i ważące kilka kilogramów sakwy, chociaż zapewne zdrowie nie zawsze mu dopisywało to jednak posiadał to co najcenniejsze – wolę walki, a raczej zmierzenia się z własną słabością, z potężnym dystansem. Na stacji w Szczecinie przesiadka – rozstajemy się z Panem Janem, który wyrusza na „objazd” części trasy po mieście. Tymczasem spotyka kolejnego rywala – Pana Aleksandra Czapnika z Gdyni – to główny rywal Pana Wacława w kategorii wiekowej M5 (51-60 lat).

Po przyjeździe do Świnoujścia nadchodzi czas na rejestrację przed zawodami w biurze ulokowanym w schronisku młodzieżowym. Czeka mnie jeszcze tylko wyśmienity dorsz na kolację w nadmorskiej smażalni i udaję się na wypoczynek przed sobotnią próbą. Czuję się zmęczony i lekko przeziębiony – wierzę, że zdrowe nadmorskie powietrze nie pozwoli mi rozchorować się na dobre.
Rano o 6:30 wstaję rześki, czuję się już silniejszy i zdrowy, pojawiają się emocje – już wkrótce przyjdzie mi stanąć na starcie z blisko 150 miłośnikami kolarstwa.


Zbiórka przed schroniskiem młodzieżowym


Start honorowy w centrum Świnoujścia

7:30 – wyruszamy spod biura maratonu na honorowy start spod Urzędu Miasta na Placu Mickiewicza. Wiceprezydent Świnoujścia otwiera maraton, pada wystrzał i wszyscy udajemy się na prom, który przeprawiamy się z wyspy Uznam na wyspę Wolin, gdzie odbędzie się start ostry.


Przygotowanie do startu ostrego Świnoujście-Warszów

Jesteśmy podzieleni na 15-osobowe grupy, będziemy startować od 9:00 co 5 minut. Przypada mi numer 47 – jadę o 9:15 w czwartej grupie. Jak się okazuje moja grupa jest bardzo silna. Szczególnie wrażenie robi na mnie postawa 16-letniego świebodzinianina Michała Cięciela, który jadąc na rowerze MTB w niczym nie ustępuje wprawnym kolarzom na szosówkach. Po niespełna 3 minutach moja grupa ucieka. Pozostaje samotne pokonywanie kolejnych kilometrów, które do łatwych nie należą – szczególnie podjazdy za Międzyzdrojami. Jedyny towarzysz podróży nie sprawia wrażenia do chętnego na zmianę, więc cały czas jadę z przodu. Około 9:45 dogania nas grupa startująca 5 minut po nas. Chętnie się do nich przyłączam. Jedzie się dobrze. Niestety, tuż przed pierwszym punktem kontrolnym w Stepnicy około 11:00 nie wytrzymuje tempa ponad 30 km/h, grupka mi ucieka. Zostaje sam z kolegą ze Szczecina, który na dodatek ma naderwane ścięgno, więc nie będę go zmuszać do pomocy.


Punkt kontrolny przy wyjeździe ze Stepnicy

Punkt kontrolny – chwila przerwy na zdjęcie ciepłego stroju, użycie żelu fastum i dalej w drogę. Powoli zaczyna znikać słońce, które towarzyszyło nam od rana. Pojawiają się złowrogie chmury. Nie pojawiają się niestety grupy chętne do zabrania mnie i kontuzjowanego kolegi ze Szczecina – Filipa Siwczyka. Prawie do samego punktu kontrolnego i pierwszego bufetu w Goleniowie jadę na czele grupki – czasem tak trzeba. W końcu od dawna oczekiwany bufet – kanapki z kiełbasą i ogórkiem, banany, woda. Dojeżdża za nami spory peleton i szybko ucieka.


Punkt kontrolny i bufet przy stacji Orlen w Goleniowie

Po 10 minutach także ruszamy dalej. 12:15 – zaczyna padać, najpierw lekko, później niestety trochę mocniej. Doganiamy grupkę z Gorzowa. Walczą z zakładaniem kurtek w trakcie jazdy pod wiatr, w końcu zatrzymują się. Po chwili jednak doganiają nas i od tej pory zaczyna się bardzo przyzwoita współpraca na zmianach. Nadal pada, czuję, że jest mi coraz zimniej, ale jestem twardy. Mam na sobie jedynie klubowy strój Lubuszan, w końcu pojechałem reprezentować nasz klub. Dojeżdżamy do Szczecina – 13:00. Przestaje padać, od tej pory powietrze staje się coraz cieplejsze, wilgotne – dopiero teraz tak naprawdę jazda jest przyjemnością. Mamy w nogach już ponad 100 km. Fatalny przejazd przez szczecińską kostkę brukową szybko odchodzi w niepamięć. Teraz zmagamy się z przeciwnym wiatrem już na drodze do granicy w Lubieszynie. Kiedy docieramy na przejście zaczynam się gramolić wyciągając dowód osobisty z woreczka. Grupa ucieka. Pozostaje mi dołączyć się do dwóch innych uczestników, którzy właśnie mnie doganiają. Tempo jest dobre – około 29 km/h, zmiany idą sprawnie, udaje nam się nawet wyprzedzić 2 małe grupki. W tym momencie jestem już myślami przy bufecie w Pasewalku, gdzie czeka na nas organizator – Pan Wiesław Rusak.


Punkt kontrolny i bufet na stacji Shella w Pasewalku

Na miejscu na stacji Shella okazuje się, że sporo osób zatrzymało się tu na dłużej, spotykam m.in. Pana Wacława – to ostatni bufet przed Świnoujściem, 100 km przed metą. Zasiedziałem się na tym postoju, pozostaje mi wyjechać na trasę samotnie. Po 5 minutach natrafiam na Michała Ziomka z Warszawy, który jedzie na szosówce. Przez kilka kilometrów jedziemy w milczeniu zmieniając się co 2-3 minuty. Współpraca układa się znakomicie, walczymy z czołowym, potem z bocznym wiatrem. Mimo kilku kryzysowych chwil udaje nam się we dwóch pokonać wspólnie trudny ze względu na wiatr odcinek do Anklam oraz późniejsze kilometry już w kierunku wschodnim. W sumie jakieś 75 km. Wyspa Uznam okazuje się być prawdziwym piekłem na sam koniec. Podjazdy wycieńczyły Michała. W pewnym momencie mówi, że musi zatrzymać się na dłużej. Rozstajemy się, szkoda, bo współpraca była idealna. Mam do mety około 25 km, jestem sam, mam w bidonie kilka łyków wody, nic do jedzenia, w żołądku pustka. Organizm jest bezlitosny, żąda jedzenia, staram się w miarę szybko jechać do mety, jednocześnie nie przeciążając się. Dogania mnie Pan Tadeusz Moskal na szosówce. Okazuje się, że miał awarię i długo jechał sam. Przez chwilę jadę przed nim, później zmieniamy się. Mój żołądek nadal woła. Okazuje się, że Pan Tadeusz odpowiada na to wołanie. Otrzymuję paczuszkę suszonych owoców – to mi ratuje życie. W tym momencie wyrasta przed nami ostatnia i najtrudniejsza przeszkoda na całej trasie, 6-procentowy podjazd przed Ahlbeckiem. Wbrew znakom zakazującym jazdy rowerem pokonujemy ją po szosie. Gęsty ciemny las, gęsta mgła, tuż za nami samochody, to wszystko sprawia, że sytuacja staje się jeszcze bardziej stresująca. W końcu jednak jesteśmy na szczycie. Dalej będzie już tylko z górki. Pogranicznicy nawet się nami nie interesują, każą jechać dalej. Już tylko kilka kilometrów ścieżki w Świnoujściu i o godzinie 19:07 wpadamy na metę. Czas – 9 godzin 52 minuty, z czego 51 minut to postoje. Średnia efektywna – 27,45 km/h. Dystans – 247,7 km. Nie czuję zmęczenia, jedynie mam poczucie wielkiej satysfakcji z pokonania trasy maratonu. Tym większej, że uczyniłem to wspólnie z kilkoma spotkanymi na trasie osobami. Tak więc można powiedzieć, że oni mają swój wkład w mój wynik, a ja w ich. Można powiedzieć, że była to rywalizacja, ale bardzo zdrowa. Idę spać.
Niedziela rano. Spacer po Świnoujściu, podczas którego dowiaduję się, że już sześciu śmiałków wyruszyło na trzecią pętlę. Po godzinie 13 wybieram się w końcu na krótką przejażdżkę do Międzyzdrojów. Na promie spotykam Tomka Kuligowskiego, który jak się okazuje jako ostatni wyruszył na pokonanie trzeciej pętli. Jestem pełen podziwu, tym bardziej, że to praktycznie mój rówieśnik. Postanawiam mu pomóc chociaż na tych 12 kilometrach, w końcu czeka go jeszcze kilkanaście godzin pedałowania! Odcinek do Międzyzdrojów przy korzystnym wietrze pokonujemy w 20 minut. W ten sposób zakończyłem na dobre swój udział w maratonie. Powrót do Świnoujścia jest już zdecydowanie trudniejszy i ledwie udaje mi się zdążyć na wręczenie medali pamiątkowych dla „jedno-” i „dwupętlowców”. Kiedy wszyscy pochłaniamy przepyszny żurek, organizatorzy informują, że pierwszy śmiałek zakończył już przejazd 750 km w ciągu 29 godzin. Czapki z głów! Bez komentarza.


Dekoracja uczestników maratonu na dystansie 250 i 500 km

Poniedziałkowy poranek – czas na powrót. W pociągu ponownie spotykam Pana Aleksandra z Gdyni. Pokonał 2 pętle, jest pełen podziwu dla Pana Wacława, który przejechał 3 okrążenia i tym samym wyprzedził go w jego grupie wiekowej. Jedzie z nami także berlińczyk Pan Roland Listner. Oprócz kolarstwa ma jeszcze jedną pasję – język polski, porozumiewa się nim bez problemu, choć jak mówi w Polsce bywa tylko na maratonach rowerowych…
Wspaniały wyjazd, świetni ludzie, już nie mogę doczekać się przyszłorocznych maratonów, bo jestem pewny, że wezmę w nich udział!

ze strony Lubuszanie 73

Facebook