Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
28.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
MRDP oczami Tomka Bagrowskiego
10 października 2009
Wspomnienie o Tadku Sobkowiaku
12 października 2009

3130 km na rowerze, w czasie 224 godz 34 min i ze średnią 14 km/h – dla 99% rowerzystów te wartości są szokujące. Wśród tego 1% jest jednak kilku śmiałków, którzy takie dystanse są w stanie przejechać. Jednym z nich jest nasz kolega Bogdan Szyszka, który wziął udział w Maratonie Dookoła Polski.

Pomysł wzięcia udziału w Maratonie Dookoła Polski przyszedł mi do głowy dość dawno. Próbowałem namówić organizatora, żeby zawodnicy, którzy mają bliżej do Zakopanego wystartowali właśnie ze stolicy Tatr i odwrotnie – Ci, którzy mają bliżej na Rozewie, rozpoczynali na Rozewiu. Niestety nie udało się. Ponowiłem zapytanie jeszcze raz w sierpniu, ale ponownie otrzymałem odpowiedź, która mnie nie usatysfakcjonowała.

Przed Klasykiem Kłodzkim zaproponowałem koledze – Jurkowi, czy nie pojechalibyśmy razem w maratonie. Jurek nie bardzo to widział, był nastawiony negatywnie na moją propozycję. Jednak nie poddałem się – ponownie padła z mojej strony ta propozycja podczas udziału w wyścigu Klasyku Kłodzkim. Tym razem Jurek długo się wahał, ale po tygodniu padła odpowiedź: „ JEDZIEMY”. Przygotowania rozpoczęły się pełną parą.

Jurek zajął się organizacją wyżywienia – odżywek, żelek i batonów, oraz oświetleniem, niezbędnym podczas jazdy nocą. Pojawił się pierwszy problem – jak transportować odzież i odżywki? W pierwszej chwili pomyśleliśmy o plecakach. Kiepski to jednak pomysł jechać w tak długą trasę mając na plecak dodatkowy ciężar – 8 kg niestety stało się – jedziemy z plecakami. Przygotowania nadal trwały. Tylko na trening niestety ciągle brakowało czasu. Codzienność – praca i jeszcze raz praca. Dopiero w ostatnim tygodniu przed planowanym wyścigiem znalazłem trochę więcej czasu. Wcześnie rano przed pracą wyjeżdżałem z Olszy, gdzie mieszkam i jechałem do Tyńca na tor kajakowy i z powrotem do Podgórza koło Korony ponownie do pracy. Pewnie to niewiele, ale dobre i to.

Jurek przyjechał do Krakowa 17 września. Tego samego dnia o 17:10 wsiedliśmy do pociągu. Rozpoczęła się podróż. Najpierw do Gdańska, tam przesiadka i dalej do Władysławowa. Tu szukamy noclegu, żeby nabrać sił po nocnej podróży. Szybka drzemka, spacer po plaży, układamy dalszy plan, taktykę na Maraton – jak będziemy jechać, gdzie spać. Tak mija czas, ostatnie chwile przed rozpoczęciem wyścigu. Nazajutrz rano dotarliśmy na linię startu, gdzie oczekiwali już pierwsi zawodnicy. Rozpoczęła się odprawa techniczna zawodników, każdy otrzymał mapę do ręki, ostatnie zdjęcia, uściski i życzenia spokojnej drogi i wiatru w plecy.


Start – 12:10 – Jedziemy. Zgodnie z naszą umową jedziemy razem, pełną grupą do pierwszego promu. Nie do końca się nam to udaje, bo już na pierwszych kilometrach odpada pierwszy zawodnik. Na drugi prom peleton jest już porozrywany. Doszliśmy z Jurkiem do wniosku, że tempo, które sobie nałożyliśmy jest za duże na taką trasę – 3130 km. To jednak bardzo duży dystans. Zwolniliśmy tempo. Ciągle jedziemy razem. Wieczorem dojeżdżamy do większej miejscowości. Tutaj posiłek w restauracji, przebieramy się w cieplejsze ciuchy, robimy dodatkowe zaopatrzenie w napoje i jedziemy dalej. Chwilę później dołącza do nas Daniel, organizator. Jakiś czas jedziemy razem w trójkę. Nie trwa to jednak długo, w końcu zostawiamy Daniela gdzieś z tylu.

Zatrzymujemy się z Jurkiem dopiero na punkcje kontrolnym w Kętrzynie i decydujemy się na nocleg w hotelu. Jest już druga godzina w nocy, kiedy idziemy spać. Pobudka o 6:00, śniadanie dopiero mamy o 8:00. Po posiłku jedziemy dalej. Po drodze w mieście spotykamy zawodnika, który został za nami w tyle już na samym początku wyścigu. Przez krótki odcinek jedziemy we troje. Aż w końcu znów zostajemy z Jurkiem sami. Pogoda dopisuje, choć wiatr cały czas wieje w twarze. Piękne widoki i bruk, który wybija jazdę z rytmu, bolą i ręce i nogi. Wieczorem dojeżdżamy do Augustowa, gdzie jak się okazuje zjechaliśmy za bardzo z trasy. Musimy zawracać, żeby trafić z powrotem na wyznaczony szlak. Nadrabiamy trochę kilometrów, w miejscowości Sokółka znajdujemy kolejny nocleg.

Śniadanie o godzinie 6:00. Siódma z minutami i już na trasie.
Na trzecim etapie spotykamy kolejnego zawodnika – Grześka Mazura. Jedziemy chwilę razem, aż do momentu, kiedy z Jurkiem postanawiamy zrobić przerwę na posiłek. Grzegorz pojechał dalej sam. Po posiłku – powrót na trasę. Na ścianie wschodniej bardzo szybko kończy się dzień. Szarówka zaczyna się o 18:30, a o 19:00 – ciemna noc. Dojeżdżamy do Włodawy. Powracają wspomnienia, bo kiedyś odbywałem tu służbę wojskowa. Nocleg, nabieramy sił i już o 6:00 jazda dalej. Nic nie zapowiadało, tego, co miało się zdarzyć dalej na trasie…

Przed Tomaszowem Lubelskim Jurek doznał kontuzji – mięśnie odmówiły współpracy. Jego dalsza jazda stała się niemożliwa. Z Tomaszowa pojechał do Jarosławia żeby dostać się na pociąg. Jurek zostawił mi odżywki, ja natomiast oddałem mu zbędny balast, który nie był mi już potrzebny. Pozostało mi, więc jechać dalej już samotnie. Przede mną prom w miejscowości Bibice. Niestety – prom jest czyny do godziny 19:00. Jest już dużo później. Żeby nie tracić czasu muszę szukać kładki, aby przedostać się przez rzekę . Jest ciemno bardzo, więc to trudne zadanie. Jednak w końcu udaje mi się znaleźć kładkę. Jazda nocą w Bieszczadach nie należy do przyjemności. Mgła, zimno i zwierzęta czające się w lesie, zewsząd widać tylko żółte ślepia wpatrzone w człowieka. Włos jeżył się ze strachu na głowie. Kolejna noc, kolejny nocleg i kolejna pobudka – tradycyjnie już o 6.00.

Zaczął się kolejny dzień Maratonu. O Siódmej już na rowerze. Udaje mi się nawiązać kontakt z Krzysztofem Ł., który jeszcze wczasował po Maratonie w Polańczyku. Przyjeżdża – będzie mnie wspierał swoim towarzystwem z Ustrzyk Górnych, gdzie przywozi go Irena, aż do Dukli wielkie dzięki. Po drodze dogania mnie jeszcze Grzesiek Mazur, z którym spotykamy się jeszcze raz – ma awarię roweru. Na trasie mam zaplanowany nocleg w Dzianiszu. I tak naprawdę – został tylko jeden problem – pokonać podjazd na Gubałówkę. Dokładnie o pierwszej w nocy dotarłem do ronda w Zakopanym. Dalej jadę Kościeliską i przy podjeździe na Gubałówkę zsiadam z roweru i idę pieszo. Dopiero na szczycie wsiadam na rower i udaję się na nocleg. O 2:15 śpię smacznie. Rano czeka na mnie przygotowane już wcześnie śniadanko przez gospodynię o 6:00 i dalej w drogę.

Wspinając się na Krowiarki dowiaduję się, że mam za sobą dwóch zawodników. Zjeżdżając do Zawoi skręcam w lewo na Stryszawę – jak się później okazuje część trasy muszę pokonać pieszo, bo pomyliłem drogę. Wcale mnie to jednak nie denerwuje – mam okazję podziwiać widoki i jest to chwila wytchnienia od jazdy na rowerze. Planowałem na ten dzień dojechać do Głubczyc, gdzie czekał na mnie towarzysz, z którym rozpoczynałem Maraton. Przed Głubczycami zaczął padać deszcz. Padało intensywnie przez długie pół godziny! Do obranego celu dotarłem już o 22:00. Tu kolejny nocleg, uzupełnienie odżywek. Pozwoliłem sobie na długi sen – aż 6 godzin. Przed 6 rano jestem już na trasie.


Przede mną góry, które znam z maratonów szosowych. Wiem, że to ciężki etap. Przed miejscowością Żywiec wyjeżdża mi na spotkanie Andrzej K., który towarzyszy mi prawie do Cieszyna wielkie dzięki . Później miejscowość Krajanów – tu już calkiem się pogubiłem, ciemność, zmęczenie daje znaki. Dojeżdża – Grześ M. mówi że niedaleko ma załatwioną kwaterę pytam czy mogę skorzystać z ich gościności jest zgoda więc zostaję . Po odpoczynku nocnym – ruszam dalej sam. Zostały mi tylko do pokonania Karkonosze, a później już tylko z górki. Zjeżdżamy z trasy i dostajem się w góry, znowu muszę iść pieszo – nie narzekam! Taki „spacer w górach” też sprawia przyjemność. Zostaje do pokonania ściana zachodnia, na nocleg zostaję w miejscowości Gręzawa, Grześ zaokrętował w tej samej kwaterze.

Rano pada propozycja byśmy dalej jechali razem – więc jemy wspólne śniadanie, wsiadamy na rowery i dając zmiany pokonujemy dalszą trasę. Czekała nas ostatnia przeprawa promowa. Pech!!! Dojeżdżamy do przeprawy w chwili, gdy prom właśnie odpływał. Na pokładzie był nasz znajomy – Grześ B. My musieliśmy czekać 30 min na kolejny kurs. Przed Szczecinem na spotkanie wyjeżdża nam Andrzej B. wraz ze swoimi znajomymi -będą nam towarzyszyć na trasie. To sympatyczny gest – takie duchowe wsparcie i towarzystwo znajomych. Dzięki wielkie!
W Szczecinie dostałem informację – Grzesiek B. ma awarię koła. Taki nie fart!

Za Goleniowem robimy przerwę na jedzonko, dołącza do nas Grzesiek B. Postanawiamy trzymać się razem – jedziemy dalej we trójkę. Nadając szybsze tempo i zmiany dojeżdżamy do miejscowości Międzyzdroje. Niestety – okazuje się, że Grzesiek M. ma problem z kolanem i mocno odczuwa zmęczenie. Próbuje dzielnie jeszcze nam towarzyszyć. Udaje mu się do jechać do Dziwnowa, gdzie zostaje na nocleg, a my z Grześkiem B. jedziemy dalej do Trzebiatowa. W Trzebiatowie nieomal zakończyłem tragicznie wyścig – zasnąłem na kierownicy.

W ostatniej chwili przebudziłem się omijając wysoki krawężnik.
Zatrzymujemy się na parkingu w Trzebiatowie około 5:30. Tym razem warunki do spania mniej wygodne niż w poprzednie noce – nocleg w busie, albo na pace lub szoferce. Wybrałem szoferkę – spanie na siedząco. Pobudka 7:30 na trasie 8:10, wiatr na szczęście tym razem wieje mocno w plecy. Więc i jazda łatwiejsza. Po drodze zatrzymujemy się u taty jednego kolegów z obsługi technicznej Grzesia B. Dostajemy pyszne jedzonko.

Do mety tylko 145 km – teraz już w deszczu. Przemoczeni, zmarznięci, ale jednocześnie szczęśliwi dojeżdżamy do mety po 224 godzinach 34 min. Dało to średnią 14 km/godz 141 godz. na rowerze średnia 22 km/godz. Całkiem niezły wynik! Po przespanej nocy powrót na Rozewie, gdzie odbyło się zakończenie mojej przygody.
Miałem już okazję pokonać podobną trasę – ciut dłuższą, o 420 km – w czasie wakacji z żoną. Wtedy trasa zajęła nam 27 dni w tym 24 na rowerze.

Chciałbym podziękować wszystkim kibicom, którzy trzymali za mnie kciuki. Kolarzom którzy wyjechali na trasę, żeby mi towarzyszyć kiedy pokonywałem trasę. Również serwisowi Vario Bikes na ul. Józefińskiej za perfekcyjne przygotowanie roweru. Dziękuję też przyjaciołom, którzy mnie mocno wspierali i dodawali wiary. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze raz na trasie za cztery lata – jeśli mi serce pozwoli.
Teraz leczę pozostałości po Maratonie – naciągnięte ścięgna Achillesa.
Minął już tydzień od zakończenia, a ja dalej pokonuję trasę w snach.
I jedno powiem – warto było!!!

Facebook