Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
28.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Dystans giga w Kluczborku
12 czerwca 2011
Rowerzysta przezorny, bo ubezpieczony
21 czerwca 2011

Generalnie maraton bardzo ciężki, cięższy niż rok temu, ale od początku. Start o 9:55, w grupie znałem tylko Bartka (WinSho) oraz jego kolegę z teamu, reszta to jedna wielka niewiadoma, okazało się jednak że grupa całkiem konkretna :) Od startu mocne tempo po płaskim, mój puls nie wiedzieć czemu około 180 – masakra, jakieś krótkie hopki itd a puls nie chce spadać, no ale trzymałem grupę, wychodziłem na zmiany itp.

W sumie jechało nas tak 9 sztuk z 11-osobowej grupy. Pierwszy ostry podjazd i Mikołaj wychodzi na czoło, reszta ekipy zostaje trochę z tyłu, ale doganiają na zjeździe, grupa liczy już jakieś 7 osób. Przed nami pierwszy dłuższy podjazd czyli Kapela, wyszedłem na czoło, podkręciłem tempo i odjechałem od grupy, która stopniała do 5 osób razem mną. Na szczycie zostawiłem ich całkiem konkretnie i stąd zjazd, wiedziałem że mnie dojdą, więc miałem chwilę na spokojne zjedzenie batonika ;) Ale jednak trochę trwało zanim mnie doszli :D

Jedziemy już razem w piątkę, straszne dziury, trzeba uważać, elegancko po zmianach – fajne towarzystwo, bo było równe mocne tempo i nikt się nie oszczędzał. I tak połykaliśmy kolejne kilometry, nagle niby krótka hopka, ale Garmin pokazuje 24% i znowu trochę odjeżdżam, no ale znowu dochodzą i szaleją na zjazdach (tu brylował Bartek, który od zeszłego roku poprawił zjazdy diametralnie). Przy Jeziorze Pilchowickim jakaś masakra, na odcinku 200 metrów gruba warstwa błota na całej szerokości, przejeżdżamy przez to i wszyscy wyglądają jak na maratonie MTB, rower cały zaświniony, białe buty zrobiły się czarne itp. Na szczęście akurat jechałem na zmianie, bo ekipa za mną była cała brudna również od frontu ;)

Dojechaliśmy wspólnie do rozjazdu MINI-MEGA, ale wszyscy zgodnie jedziemy dłuższą trasę, przyznam że trochę się bałem tego dystansu, bo zbyt długo na początku jechałem nad progiem i bałem się skurczy.

Następny odcinek bardzo nudny, raczej płasko, szeroka droga, wiatr, czyli coś za czym nie przepadam. Potem zjazd na lokalne drogi i podjazd do Chromca, cały czas w piątkę.

Niestety na 85 kilometrze zaczęły się skurcze :/ Wiedząc co jeszcze było przed nami, odpuszczam i cała czwórka odjeżdża (do tego momentu mieliśmy średnią 32 km/h), jakbym z nimi dalej ciągnął skończyłoby się to źle, więc decyzja jak najbardziej słuszna.

Od tego momentu jadę sam i bardzo spokojnie oszczędzając nogi, jem żelik i batona, kryzys trwa aż do Piechowic i na długim podjeździe do Michałowic, generalnie mimo to wyprzedzam jakiś ludzi, więc tragicznie nie było, ale nie było to też moje mocne tempo :/

Teraz szybki zjazd przez Jagniątków do Sobieszowa, trochę płaskiego i zaczynamy dwa ostatnie podjazdy, gdzie procenty nie małe. Poczułem się na szczęście lepiej i do Zachełmia idzie w miarę fajnie, tylko końcówka ze swoimi 18% mnie męczy. Następnie zjazd do Przesieki i chyba najtrudniejszy podjazd, który dobrze znałem aż do drogi Sudeckiej.

Pod koniec szosa pnie się około 20% przez 2 km, ludzie prowadzą rowery, ja jednak jadę i wyprzedzam :) Na górze punkt żywieniowy, staję – napełniam bidon, zjadam banana i jadę w dół przez Borowice. Dochodzi mnie jakiś koleś i razem lecimy przez Cieplice i Wojcieszyce na metę. Dodam, że cały czas czuję lekkie skurcze.

Podsumowując jestem zadowolony, średnia bardzo dobra, szczególnie że miałem problemy z nogami. Kolejny długi maraton w górach zaliczony. Poziom wydaje się wyższy niż rok temu.

Wyniki:
M2 – 8
Open – 25

Mikołaj Szewczyk

Tekst opublikowany na blogu Mikołaja, pod adresem http//:virenque.bikestats.pl (konieczne dodajcie do ulubionych!).

Facebook