Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Podgórzyn – Relacja
25 czerwca 2007
Zdjęcia z podgórzyna
28 czerwca 2007

No i pierwszy tegoroczny maraton górski mamy za sobą. :mrgreen: ale i :cry:

Chyba wielu z nas miało obawy o nieznaną większości formułę. Przynajmniej ja tak. I aby nie być ewentualnie zawiedziony na całej linii, potraktowałem ten wyjazd jako „primo po pierwsze”: trening przed Istebną, „primo po drugie”, jako wyjazd rodzinny (no taka majówka w czerwcu). Jeśli chodzi o to drugie, to atrakcje zapewniała nam cała rodzinka wiernego druha Musasziego i pensjonacik w Michałowicach. Natomiast trening rozpocząłem już w sobotę do południa (testując podjazdy w Michałowicach), bo jakże dziwnie rozpoczyna się imprezę maratonową o … 16-tej :wink: !. Normalnie nie wiadomo co ze sobą zrobić :lol: . Na czasówkę do Świeradowa pojechaliśmy w strugach deszczu … samochodem.

I kto nie był na czasówce niech żałuje, bo pełne spektrum wrażeń. Z jednej strony atmosfera uzdrowiska, piękny hol domu zdrojowego, emeryci pijący wodę, a tu tabun ludzików w kolorowych majtkach i jeszcze brakowało tylko aby po tym holu rowerami jeździli :wink: Potem spotkania ze znajomymi z supermaratonów i rozgrzewka, którą uprzyjemniał kropiący deszczyk, zapoznanie się z trasą i …. :shock: – o mamo, pierwsze 500 metrów pokazało, że będzie niesamomowicie ciężko (przełożenie jeden do jeden, zadycha, a rower jakoś tak ślimaczo się rusza). No i ta burza z ulewą przed startem … moim, a dla wielu w trakcie jazdy. Odliczanie sędziego, kiedy stoi się już zapięty w blokach i GO (wszystko jak na najprawdziwszym Tour-ze). A potem już tylko walka z sobą. Ta czasówka była naprawdę wymagająca, ale i przyjemna. Podjazd nie tak ciężki, aby zejść z roweru, choć niektórzy liderzy supermaratonu się strasznie zdziwili (podziwiałem Andrzeja G., który pomykał jak łania w skarpetkach, wyrzucając buty w krzaki), bo przełożenie 39×21 nie było wskazane na tę górkę. I przez całe 6 km, tętno maksymalne i tylko na końcówce, wzrok uciekał w bok, bo takie oszałamiające widoki. Na górze szybki nawrót i ucieczka przed kolejnym deszczem w dół. W górę bolały nogi, a w dół ręce (od zaciskania klamek hamulcowych); z zazdrością patrzyłem na V-ki w góralach.

A na dole przepyszny deser w postaci placka z kruszonką :razz: , a potem odrobina perwersji i przebieranko (czytaj świecenie tyłkiem) na parkingu tuż pod kościołem, ku zgorszeniu starszych pań (a w moim przypadku, idącego na mszę księdza) :oops:

Drugi dzień, to już inna bajka. Słoneczna pogoda, tłumek w bazie maratonu i poszukiwanie startu (który w końcu był tam gdzie nikt się go nie spodziewał :wink: ). Z wrażenia mało kasku nie zgubiłem, zostawiając go w samochodzie Gregorego :oops: Dojazdówka przez górki do Piechowic na start ostry, malownicza i przyjemna, a w Piechowicach już nie tłumek a tłum cały kłębił się na starcie. A miały być maty zliczające czas startu z chip-ów i start w grupach 15-osobowych, a tu peletony 150 osobowy i … o nie … jestem prawie na jego końcu. Start i już wiadomo, że strata do startujących na początku to ze 350 m :sad: Trudno, trzeba było walczyć, wyprzedzać slalomem i co tylko się dało (to się chyba nazywa „płacenie frycowego”). Jeszcze widzę tylko, że pechowiec Andrzej zanim zaczął jechać pod górę już łąpie gumę. A po parunastu minutach maty na mecie zapiszczały i można było spokojnie jechać w dół do Podgórzyna. Ze względu na wcześniejszą zmianę trasy wypadły dwie dojazdówki po sobie, ale za to było więcej czasu, aby podziwiać widoki, pokonwersować z kolegami i … koleżankami (jak to miło, że były te nasze gwiazdeczki :lol: ).

Przed kolejnym startem ostrym pod Pałacem, chwila paniki, bo skończyły się banany na Pż, ale na szczęście zaraz donieśli. No i ten sławetny początek drugiego OS-u; raczej płasko albo z górki …. ludzie !!! lecimy już powyżej 45 km/h, ale każdy chce choć trochę pojechać tuż obok Zamany, „posiedzieć” na kole Galińskiemu :cool: No i ten nieosiągalny stan na supermaratonach – droga zamknięta dla ruchu samochodowego; tylko dla nas :mrgreen: :mrgreen: Tylko że jak się zaczęło pod górę to już nie było tak wesoło :???: No ale wszyscy pamiętali, że za metą będzie woda ze źródełka.

Teraz jestem już pewien, że te starty wspólne (bez mat i podziału na grupy), były jednak dobrym posunięciem Czarka Zamany – takiej adrenaliny startowej i radości ze ścigania nie miałem jeszcze na żadnym supermaratonie. A że się traci parę sekund jak się jest z tyłu ? Trudno to jest kolarstwo.

Kolejna dojazdówka króciótka i już ruszamy pod Kowarską, bokiem, malowniczymi wąskimi asfalcikami. Znowu ciężko, na trenignu nigdy byśmy się nie zmusili do takiego wysiłku, ale tu … nikt nie odpuszcza. Tym razem ostry finisz, bo zacząłem wolniej i już zajadam pyszny jabłecznik w towarzystwie mistrzów nad mistrzami z Choszczna i Drawska. Ale trzeba mknąć już do Podgórzyna, bo niedługo Ostatni Taki Podjazd. Wszyscy jechali tak spokojnie, że pojawiliśmy się na 5 minut przed startem.

Ten ostatni podjazd imprezy rozpoczął się od wyrzucania z rowerów wszystkich zbędnych i ważących rzeczy (choć nie udało mi się namówić Gregorego do wydłubania jednej zbędnej śrubki z jego uchwytu licznika :razz: ), a tuż po starcie Zgrzyt, bo … ktoś sobie zmielił suport i efekty dźwiękowe były takie, że mnie zęby prawie boleć zaczęły (a jednocześnie współczułem koledze widząc jak się zatrzymuje. To się nazywa dramat). Początkowe 8 km były, no jakie mogły być, pod górę, choć raczej dramatu nie było. Ale jak droga zmieniła się w wąski asfalcik i odbiła w lewo, to …. po kilkudziesięciu metrach mięśnie się zapiekły i psyche powiedziała „daj se chłopie spokój”. Idę z buta :???: Ale co to, idzie się jeszcze gorzej niż się jedzie :shock: , a tu kibice krzyczą „dawaj, dawaj !!”

Psyche skopała źle podpowiadającego jej syczącego węża „nie dasz rady” i JEDZIEMY. (Dzęki kibice ! to było decydujące). Potem było trochę lżej, więc już się jakoś kręciło, ale na ostatnim kilometrze zazdrościłem tych malutkich zębateczek przy korbach górskich rowerów i znowu musiałem zmienić sposób poruszania na wspinaczkę pieszą. Jeszcze tylko zjeżdżający mistrz z Choszczna krzyknął „To jest góra, co !?” i byłem bliziutko – Na szczęście góra umożliwiała przekraczanie mety na dwóch kółkach. A na górze … poczułem dopiero jak tu wieje i że jest zimno. Najśmieszniej, że w dół też człapałem z buta, oszczędzając obręcze i resztki klocków. Ale za to można było znowu pogadać, tym razem z mistrzem od płaskich etapów z Zielonej Góry.

A potem już tylko szybki zjazd do samego Podgórzyna i oczekiwanie na losowanie roweru, które oczywiście było bardzo tendencyjne bo … nie ja wygrałem :wink: Słowa uznania dla „wodzireja”, bo dzielnie zabawiał publiczność w oczekiwaniu na wyniki.

Ogólne podziękowania dla Orgów, choć biorąc pod uwagę, że to orgowie „profesjonalni” od razu ukłony do samej ziemi dla orgów „amatorów” z pozostałych supermaratonów.

W przyszłym roku ma być impreza może i 3 dniowa :!: Jestem „ZA”, tylko biorę urlop w poniedziałek, bo powrót był długiii.

Do zobaczenia w Istebnej

Sławek z Łasku

Facebook