Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2022 | Puchar Polski Maratończyków w Jeździe Indywidualnej na Czas 2022

Rewal
21-22.05

Płoty
9-10.07

Pniewy
6-7.08

Gryfice
3-4.09

Radowo Małe
24-25.09
TT śmiga niczym muflon po trasach Pętli Beskidzkiej
6 lipca 2009
IX Kolarska Pielgrzymka do Częstochowy
9 lipca 2009

Zanim Istebna zakwasi w Was wszystkie mięśnie, może przyda się chwila relaksu czytając, jak zdychają inni ;-) Poniżej moja relacja z tej imprezki:

Czas napisać „jak?”.

Nie wiem czy w treści tej opowieści znajdzie się odpowiedź „dlaczego?”, gdyż do końca chyba sam tego nie wiem.

W każdym razie w piątek popołudniu zapakowaliśmy się z trudem w Krakowie do dwóch samochodzików, każdy 5 osobowy, a nas zaledwie trzech. Upał był nieznośny, więc i jechało się leniwie. W Puławach zainstalowaliśmy się chyba dopiero około 22. Późna godzina startu wcale nie przeszkadzała nam normalnie czyli wcześnie wstać. Był czas na żarty, porządne śniadanie, prysznic i dobre przygotowanie sprzętu. Poprzedniego dnia Jelitek zakupił mi w sklepie paczkę parówek, z których zaledwie pół kilo zostało mi na zawody. Trochę mało, ale miałem nadzieję, że wystarczy.

Od wczesnej wiosny przygotowywałem się do tego startu. Do samych zawodów od listopada. Brzmi śmiesznie, ale sam moment startu i wszystkie rzeczy z tym związane są niezmiernie ważne. Poprzedni maraton (700km) nie udał mi się właśnie przez złe przygotowanie chwili startu. Teraz miałem dopięte wszystko na ostatni guzik. Specjalnie przygotowany plecak do wozu technicznego, drugi z pozostałymi rzeczami trafil do samochodu. Wszystkie rzeczy dokładnie zapakowane w miejsce, gdzie mają leżeć. Jeden ruch ręką i w ręce miałem rzecz, która była mi potrzebna. Żadnego szukania, pośpiechu, paniki. Przygotowane paczki na obie przerwy obiadowe, przygotowane rezerwy, maści, kremy, zapasowe szkła kontaktowe. Koła, dętki, wszystko było już na miejscu o 11:30. Mogłem skupić się na jodze – odprężeniu psychicznym, wyrzuceniu wszystkich niepotrzebnych myśli, przygotowanie głowy na przyjęcie tego co wielu w głowie się nie mieści.

Kiedy wybiły dzwony o 12:00 wyruszyliśmy z Góry Puławskiej. Start i pierwsze 130km były dla mnie nadzwyczaj spokojne. Praktycznie nie pamiętam, żeby cokolwiek się wydarzyło. Wiem tylko, że strasznie mi się dłużyło, bo tempo było spokojne. Tętno cały czas poniżej 150 (76%). Zrobiliśmy chwilę przerwy na siusiu. Wszystkie następne chwile przerwy były w tym samym celu. Żeby nie powielać tego słowa, nie będę już o tym pisał. Polegało to na tym, że wszyscy zatrzymywaliśmy się na poboczu i często bez schodzenia z roweru wystawiali to i owo na powietrze oddając się przyjemnej relaksacji. Potem szybko na rower i powoli rozkręcaliśmy się do normalnej prędkości. Należy tu zauważyć, że pod pojęciem normalnej prędkości w zdecydowanej większości występowały liczby z przedziału 37-38km/h, bo mniej więcej tyle trzeba jechać, żeby średnia prędkość utrzymywała się powyżej 35km/h. Liczne zakręty, skrzyżowania, przejazdy kolejowe skutecznie wydłużały czas jazdy.

Do pierwszego posiłku jechało mi się znośnie. Również dość nudnawo, bo dla mnie było to wolno. Trochę życia dodawał mi pełny pęcherz, który opróżniłem dopiero na drugim postoju (260km), gdyż nie miałem potrzeby korzystać z pierwszego. Ech, mogłem chociaż spróbować. Wigoru na końcu trzeciej pętli dodał mi też pusty żołądek, więc radośnie pełną parą zasuwałem na wymarzone kluchy z czymś. To coś podobno było tuńczykiem, ale niekoniecznie tak smakowało. Bufet przeszedł w mojej pamięci jako przeprowadzony perfekcyjnie. Prawie, bo zupełnie zapomniałem, że nie mam okularów do jazdy w nocy. Ukradłem Jelitkowi, który w tym miejscu podziękował za dalszą jazdę. Nie rozmawiałem z nim wtedy o tym, nie namawiałem do dalszej jazdy, bo takie rzeczy są i muszą się zdarzać.

Idealność przygotowania i przeprowadzenia pierwszego bufetu pozwoliła mi jeszcze na parę minut zamknąć oczy. Oparty o koło wozu technicznego, odpoczywałem jak we śnie, patrząc jak grupa rozbieganych chłopaków próbuje przygotować się do jazdy. Odprężenie było absolutne. Zupełnie nie rozumiałem po co to robią. Przecież od 5 minut wszystko jest gotowe i czeka na sygnał odjazdu.

Kolejne trzy pętle to kolejne zgony kolejnych zawodników. Mi w dalszym ciągu jechało się wyśmienicie. Głównie za sprawą świadomości, że przygotowywałem się jak na 800km, oraz tego, że widziałem, że nie tylko przygotowywałem się, ale przygotowałem.

Przez ponad pół roku (od listopada) poświęciłem zaledwie 150 godzin na trening kolarski, przejeżdzając około 4000 uogólnionych (wliczając trenażer) kilometrów. Niemniej nie były to puste zwykłe kilometry jakich każdy kolarz tłucze w tym czasie kilka razy więcej ode mnie, tylko ściśle przemyślany i ułorzony przeze mnie plan, wynikający z doświadczeń lat poprzednich. Starałem się realizować ten plan, z tym że wyszło jak zwykle, tj. ilość czasu poświęconego na trening była zawsze odpowiednio mniejsza (prawie dwa razy!) niż optymistycznie zakładałem na jesieni. Praktycznie zrealizowałem program minimum tego planu. Niebagatelną rolę odgrywał tu trenażer, dzięki któremu, mimo dwutygodniowej wiosennej choroby, bez problemów z końcem kwietnia wjechałem w pierwszą w tym roku trzysetkę z czasem coś około 11h.

Nocna jazda ma swój niepowtarzalny urok. Nie widzisz drogi, nie widzisz mijanych przydrożnych drzew i słupów, nie widzisz licznika. Wydaje Ci się, że jedziesz jak szalony. Przydrożna latarnia rozwiewa Twoje pewne nastawienie. Licznik nieubłagalnie wskazuje żółwie tempo. Jeśli nie ćwiczyłeś jazdy nocą, nie umiesz automatycznie utrzymać właściwej kadencji, nie masz szans utrzymać równego tempa. Trzeba by instalować oświetlenie do licznika i bez przerwy na niego patrzeć. Tak się nie da. Jeśli do tego jesteś zmęczony, ogarnia się znużenie i senność, masz wrażenie niezykle sprawnej jazdy. Niestety to tylko wrażenie, o czym przekonujesz się kiedy zaczyna brakować Ci ciagle redukowanych przełorzeń. Utrzymania w takich warunkach właściwego tempa jazdy nie da się nauczyć podczas jazdy w dzień, lub krótkich nocnych treningów, przy zregenerowanym organiźmie.

Przez całą noc starałem się trzymać z przodu. Miałem ku temu kilka powodów. Większość z nich jechała z tyłu walcząc z własnymi słabościami, puszczała koło, blokowała dostęp do zaopatrzenia. Ale były jeszcze dwa powody. Lamka i tempo. Ocenę tempa realizowałem przez utrzymywanie załorzonej i wyuczonej kadencji (75-80 obr/min) oraz odpowiedniego przelożenia: 53/15-16. Lampka sprawdzona w bojach dająca około 200lm światła, pozwala w miarę bezpiecznie jechać nieznaną, nieoświetloną drogą przez las, bez wymalowanych pasów, w pochmurną bezksiężycową noc przy padającej mżawce do prękości około 30-35km/h. Przy większych prędkościach ryzyko wpadnięcia w dziurę i złapania kapcia znacznie się zwiększa.

Dla porównania napiszę, że zwykłe lampki diodowe w takich warunkach akurat nadają się do podświetlania licznika, a nie jezdni. Dlatego starałem się jechać z przodu, żeby Ci którzy prowadzą robili to sprawnie, ładnie i bezpiecznie. Bez zbędnej szarpaniny, nagłych manewrów czy hamowania. Ja w tym czasie mogłem spokojnie przysypiać na lemondce, zamiast przejmować się kręcącym przede mną kółkiem. Kosztowało mnie to sporo pracy, bo żeby prowadzący nie jechał we własnym cieniu starałem się odejść na bok około 20-30cm, tym samym narażając się na dodatkowe opory powietrza. Nie wiem na ile taka praca była potrzebna i przydatna, czy im to coś pomogło. Nie rozmawiałem z nimi jeszcze o tym.

Nad ranem przed ostatnią pętlą pobrałem pierwsze żele energetyczne. Pierwsze oba wszystkie. Bananów już nie mogłem, wodą się prawie topiłem. Odejście drogą nr. 12 na Zwoleń było dość nieprzyjemne. Nie dość że cały czas pod silny porywisty wiatr, to jeszcze wydawało się ciagle pod górkę. Dałem ostatnią zmianę. Zjechałem do busa po cokolwiek. Ledwo wstawiłem do koszyka bidon, już byłem czwarty od czoła, co gorsza musiałem cały czas łatać i nadganiać. Tętno miałem 160, ale to w owym czasie był mój maks. Było po prostu świetnie, szykowała się kolejna zmiana a ja jeszcze się nawet nie napiłem po poprzedniej. Ech, jak najszybciej to zapomnieć. Jak i drogę do Kozienic. Nie dali się koledzy zregenerować, robią ze mnie terminatora, którym wcale nie zamierzam być. Jakoś bym to przeżył, gdyby nie świadomość, że do mety jeszcze 3 godziny (75km) i raczej nie będzie gdzie odpocząć.

Odliczałem kilometry, minuty, sekundy. Jakoś to szło. Tigera w jelita i ogień do przodu.

Dalej jadę już tylko wolą. Nawet nie siłą woli, bo tej też już nie mam. Przyjeżdżają chłopaki z Puław. Pomagają. Sprzątają. Rozerwaną grupę sklejają do kupy. Guano musi trzymać się razem. W zasadzie nikt nie ma ochoty jechać. Każdy siedzi na kole, tworzymy podwójną kolumnę. Do nowego mostu w Puławach jakoś się toczymy. Mam dość takiej mordowni. Chcę zejść i rzucić rower.

Teraz Atomowy Roman weźmie mnie na kółko. Grupa gdzieś mi się zapodzieje. Z prędkością 30-32km/h Romek podciągnie mnie kilkanaście kilometrów, aż do pierwszego większego podjazdu. Aż do premii górskiej. W zasadzie bardzo górskiej, bo droga jest tak zniszczona, że nie wiem jak nią będę jechać. Nie umiem tego. Roman popchnie mnie jeszcze za siodełko na szczycie. Tak na szczęście, bo zysk czasowy może wyrazi się milisekundą. Tu dogoni mnie grupa. Jeszcze będzie kilka podjazdów, kilka ładnych zjazdów i wreszcie Wąwolnica, w której nareszcie napiję się czegoś. Od dwóch godzin nie piłem, Arkowi zabrałem ostatni łyk. Bus gdzieś z przodu, wcześniej zbyt z tyłu. Wezmę ostatniego Tigera na szczęście. I chyba bidon, ale dziś tego dokładnie nie pamiętam. Kiedy wypiję, uda mi się jeszcze dość mocno popędzić, na tyle że z pomocą jednego kolarza, dogonię przodowników tej orki. Ostatnie dźule energii zostawię na podjazdach w Nałęczowie. Przejazd przez finiszową bramkę, całkowicie postawi mnie na nogi. Nagle ni stąd ni zowąd wrócę do życia.

Kiedy schodzę z roweru jestem już sobą. Zmęczony, ale zawsze uśmiechnięty. Nie pamiętam tych chwil, kiedy byłem zły, zmęczony, głodny i spragniony. Jeszcze tylko muszę szybciutko opróżnić pęcherz, bo powoli pęka i cała przygoda na powrót staje się historią.
Odebraliśmy statuetki i to co mieliśmy odebrać. Zostaliśmy cudownie przyjęci przez miejscową ludność i władze, dopuściliśmy się małych ekscesów w basenie SPA i powoli zaczęliśmy się przymierzać co tu robić dalej.

Nie potrafię słowami opisać więcej, wydaje mi się, że polski język pisany i mówiony jest zbyt ubogi by podziękować wszystkim organizatorom i ludziom dobrej woli za trud włożony w to przedsięwzięcie, zarówno od strony organizacyjnej jak i podczas pomocy na trasie. Nawet jeśli nie padły w czyimś kierunku miłe słowa czy gesty, my o tym pamiętamy i nie zapomnimy o Wszystkim co dla nas Wszyscy zrobiliście.

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję.

Spros

Źródło: strona Oskara Szprocha, Sprosem zwanego.

Facebook