Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Gryfland 2005
13 sierpnia 2005
X Rajd Dookoła Tatr 28.08.2005
28 sierpnia 2005

Ultramaraton IMAGIS-TOUR – ŚWINOUJŚCIE – USTRZYKI 1008 km
Cezary Urzyczyn
Kilka słów na gorąco:

Najważniejsza wiadomość: Wszyscy uczestnicy dojechali, zmieścili się w limicie 72 godzin , bez kraks, bez większych awarii, tylko jedna guma. Na mecie wyglądało, że wszyscy są zadowoleni, choć grymas bólu mięśni i stawów zniekształcał twarz, więc trudno było rozpoznać czy się cieszy czy krzywi ….. Ale wszystkim udało się ukończyć !!! – GRATULUJEMY SOBIE NAWZAJEM !
Ale od początku…
Na starcie W Świnoujściu stanęło nas 15. Najmłodszy 23 lata, najstarszy chyba 40 lat starszy (!) Wszyscy chcą przejechać ten tysiąc z jak najlepszym dla siebie czasem. Nastroje bojowe, rowery lśniące, uśmiechy i pozdrowienia, spisanie testamentu etc. Fotki, telewizja, radio machamy…. Jak zawsze w Świnoujściu salwa armatnia po przemówieniu burmistrza i szlaban się otwiera; ruszamy. Macha nam też Wiechor; najbardziej zakręcony wyspiarz.

Pierwsze kilometry o dziwo w wysokim tempie i wysokiej kadencji. Na  liczniku średnia ponad 33 na godzinę. Ale numer – taka średnia utrzymuje się do….. aż trzy setnego kilometra. Głównym zaciągającym na zmianach był Zdzichu Kalinowski. Kolejno z takiego tempa rezygnowali co rozsądniejsi wiekiem i rozumem. Stopniowo liczebność zasadniczej grupy topniała 10, 8 osób. Na dużym punkcie kontrolnym ok. 330 km Zdzisiek był przed wszystkimi nawet przed organizatorami. Za parę minut wpadamy na punkt .
I co odpoczywamy dłużej? , jemy dużo? kąpiemy się? Przebieramy? Czy śpimy tu trochę ? Pytam Olka z Gdyni. – Musze się na chwilę położyć, muszę to wszystko przemyśleć- powiedział ze stoickim spokojem i poszedł do pokoju … zobaczyłem go dopiero na mecie.

Kto chciał mógł spać po 1/3 dystansu, inni po gorącym posiłku, którego nie było, pojechali dalej. Zasadnicza grupa to teraz 6 osób. Tempo nie spada. Jak Kalina wychodzi na zmianę podkręca do 35, długo tak być nie mogło. Ok. 500 km urywa się od nas zabierając na kole Daniela Śmieję. On się owszem śmieje, ale na 750 km sam puszcza Kalinę.
Organizatorzy nie przewidzieli takiego tempa. Punkty kontrolne nieprzygotowane na nasz przyjazd. Trzeba było ruszać tyłek i ruszać głową co zrobić. Mamy książeczki a punkty kontrolne to stacje CPN; podbijamy więc pieczątki stacji, żeby nie myśleli że dystans przefruneliśmy. Duża wyżerka i dłuższy postój to drugi duży punkt kontrolny na ok. 700 kilometrze. Nas trzech: Jacek z Krakowa, Paweł z Sierpca i Czarek z Warszawy decydujemy się na krótki 2 lub 3 godzinny sen. Nie jesteśmy przecież cyborgami. Zjadamy porządny obiad. Kąpiel i pozycja horyzontalna dają nam regenerację. Czy to wystarczy aby przejechać góry? Po drodze opowiadamy sobie mity o podjazdach i serpentynach bieszczadzkich. Poznajemy swoje charaktery, wychodzą z nas i te złe cechy. Wyczerpanie robi swoje. No bo wpatrywać się w swoje (męskie-brzydkie) tyłki przez tyle godzin. Bez kobiet i telewizji. Na szczęście piwo jest po drodze i żona co chwilę pyta w sms – czy jeszcze żyję? Żyje, ale CIEŻKIE JEST ŻYCIE KOLARZA.

W Bieszczady wpadamy w nocy i na szczęście- bo nie widać podjazdów, ale i co gorsza słabo widać zjazdy. Na jednym ze stromych zjazdów pod wpływem wibracji spada mi przednia lampka. Słyszę jak z hukiem rozpryskuję się o asfalt. Przy prędkości 60 km/h nawet przez myśl mi nie przeszło aby się wrócić, Nie było co zbierać.

Na szczęście mam drugą ale słabą. A na nieszczęście ta słabą zobaczył policjant w Lesku i dawaj nas spisywać.
A wie pan skąd my jedziemy – próbuję zagadnąć gliniarza, aby złagodzić wymiar kary – A z różnych stron tutaj przyjeżdżają – odpowiada mi z kamienną twarzą pan władza.
Tracimy na darmo 10 min i gonimy we  2 kolegę, który nam zwiał. Wschód słońca na połoninach bieszczadzkich i jeszcze na siodełku – to jest to co koi nasze małe rozumki. Tablica – Ustrzyki Górne wydaje nam się bramą do raju. Dwa dni temu byliśmy nad morzem. Udaje nam się w pięciu przejechać w czasie poniżej dwóch dób.
Pierwszy oczywiście – kto dojechał ? – Zdzichu Kalinowski z czasem ok. 40 godzin za nim Daniel Śmieja. Przyjechał ok 2 godz za Kalinem Jako trzeci wpadli: piszący te słowa Czarek Urzyczyn z W-wy, Paweł Sekulski z Sierpca i z nami jeszcze Jacek z Krakowa.
Nasz czas 46 godz 44 min. Średnia z licznika to 29,5 km/godz. Tylko jak my się zmieścimy na podium ?? Ale nie podium się liczy bo nie dla podium tam jechaliśmy. Każdy walczył ze sobą samym i z dystansem oraz z czasem. Chyba każdy z uczestników jest dla siebie mistrzem świata. Coś sobie udowodniliśmy i o to min. chodziło. Każdy miał swój cel.

OGÓLNIE IMPREZA UDANA – choć można by znaleźć wiele błędów. Ale nie warto narzekać. Kto trochę zajmował się organizowaniem takich imprez wie jak to jest. DZIĘKUJEMY ROBERTOWI I CAŁEJ EKIPIE OD SPONSORÓW PO WOLONTARIUSZY. Specjalne dzięki dla naszego rodzynka ALI – z wozu technicznego która uśmiechem nadrabiała braki i pomagała w odzyskaniu sił. Jak ja odzyskam siły, pomyśle jeszcze o takich maratonach. Inni też niech myślą.
umieszczono dzieki uprzejmości Cezarego Urzyczyna.

Facebook